niedziela, 18 stycznia 2026

Rozdział 28

 

Dlaczego jej to wszystko powiedział?

Kriggs nie umiał zdecydować, co powinien myśleć o tej burzowej chwili szczerości. I uparcie udawał, że wcale nie wie również tego, jak poczuł się, gdy te orzechowe wilcze oczy spojrzały na niego... ze zrozumieniem? Cóż, na ile było ono oczywiście możliwe.

Jak to się stało? Lhynne otrzymała wszystko na pieprzonej tacy. Musiała wiedzieć, kim był. A jednak z jakiegoś powodu nie odepchnęła go, choć gdyby zamienili się miejscami, on prawdopodobnie zrobiłby słuszny użytek z Mgielnego Ostrza...

Wmawiaj sobie, parsknął Zarroth.

Oczywiście, że sobie wmawiał. Jak mógłby podnieść na nią rękę, skoro przechodził go dreszcz, ilekroć o niej pomyślał? I wcale nie był to dreszcz bitewny, który wszyscy tacy jak on otrzymywali w przykrym pakiecie wraz z tajemniczym mieczem – o nie... To było pożądanie. I taka rozkosznie szczenięca miłość, sprawiająca, że miał ochotę korzyć się przed nią i rzucać kwiaty na ziemię, po której miała stąpać.

O proszę, wreszcie nazwał rzeczy po imieniu! I czy naprawdę tak bardzo bolało, że usprawiedliwić mogło tak długą zwłokę? Cóż, w zasadzie nie bolało wcale. Po prostu czyniło sprawy... dziwnie ostatecznymi. Bo co teraz?

Gdyby był jednym z mężczyzn, z którymi miał do tej pory do czynienia, prawdopodobnie zacząłby rozważać, jak zaciągnąć to dziewczę do łóżka. Tylko że nigdy nie był normalny, nawet w tej jednej kwestii. Prawda była taka, że chyba kompletnie nie znał własnego ciała i jego potrzeb, skoro przez lata pewności, iż w zupełności wystarczy mu zaspokajanie ich samodzielnie, nagle przekonał się, że i to jest niemożliwe bez wyobrażenia sobie tej przeklętej wilczej dziewczynki.

Ktoś kiedyś określił to w tak trafny sposób... Zarroth chichotał jak panna na wydaniu. Humor miał tak doskonały, że nie mógł się powstrzymać od kręcenia beczek w krystalicznym powietrzu wysoko nad Myllhaven, przystających raczej smokowi ładnych sto lat młodszemu, niż bestii tak słusznego wieku i rozmiaru.

Nic nie mów, wycedził przez myślowe zęby, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że cudem tylko nie zniszczył okładki tajemniczej książki.

A może jednak? To bardzo dobre określenie. Pewien był, że ogromny smok uśmiecha się prawie jak człowiek.

Milcz!

Na takich ludzi mówi się...

Zarroth, na Źródła...!

...że są niewinni jak nieobsrana łąka, dokończył Dziki z pełną premedytacją, skrupulatnie uważając, aby odpowiednio zaakcentować każde słowo. Czy to nie ty przypadkiem o kimś tak powiedziałeś? Chyba moja doskonała pamięć szwankuje.

Powiedziałem tak o Lhynne. Z gardła wyrwał mu się wściekły warkot, co oczywiście ściągnęło na niego uwagę dyskutujących zawzięcie kobiet w kolorowych chustach, które właśnie mijał. Bardzo dzielnie udał, że wcale tego nie zauważył, przyspieszając kroku. Sięgnął po papierośnicę, w połowie ruchu przypominając sobie, że przecież opróżnił ją już kilka godzin temu.

Gdyby tylko wiedziała... Zarroth wyrównał lot gwałtownym wymachem skrzydeł. Kriggs bez trudu wyczuł echo wysiłku, wprawiającego potężne mięśnie w lekkie drżenie.

Miała wtedy piętnaście lat, warknął w tonie usprawiedliwienia, choć sam nie wiedział, dlaczego czuł taką potrzebę, by się wytłumaczyć, skoro przewrotna bestia pamiętała tę chwilę równie dobrze, jak on. Weszła do budynku szkoły wojskowej i domagała się wpisania na lekcje szermierki, choć nie dość, że nie chciała wstąpić do wojska, to jeszcze była na to za młoda. W jej wyobraźni szermierka wyglądała jak z książeczki dla kilkulatków.

Co nie zmienia faktu, że takie słowa, skierowane do dziewczęcia wiotkiego jak trzcina i głową nie sięgającego tobie nawet do ramienia, mogły być nie na miejscu.

Przeprosiłem.

A ona wybaczyła. Choć ciebie dalej to gniecie, durny człowieku. Zarroth westchnął z niedowierzaniem i swoistą rezygnacją, jakby nie wierzył już w to, że kiedykolwiek rozumowanie Jeźdźca stanie się dla niego jasne.

Kriggs obejrzał się krótko przez ramię, nim przekroczył portalową bramę zamku. Igri szła za nim w pewnej odległości, ignorując oglądających się z niepokojem ludzi. Ostentacyjnie odwróciła wzrok, gdy spróbował zajrzeć jej w ślepia, co wprawiło go w taką konsternację, że aż zatrzymał się na moment w cieniu rzucanym przez kamienne pinakle.

A tej co?, spytał głupio w myślach, nie oczekując odpowiedzi.

Jak to co? Zarroth westchnął nad jego głupotą, przewracając jedynym okiem. Obniżył już lot na tyle, że dobrze było go widać, pikującego leniwie w stronę wyrastającej z wysokiej wieży półki.

Co to ma znaczyć? Wściekły już nie na żarty, mężczyzna nie wiedział, na którym ze smoków powinien skoncentrować uwagę.

Przecież to proste. Zarroth zamachał energiczniej skrzydłami i usiadł na ogromnym występie z wdziękiem lądującego kruka. Nie podoba jej się to, jak potraktowałeś wilczą dziewczynkę.

Pierwszy raz słyszę, żebyś tak ją nazywał. Kriggs z niedowierzaniem potrząsnął głową i zmusił się do podjęcia marszu przez kamienisty dziedziniec. A jak ja ją niby potraktowałem?

Uciekłeś. Gdy uczucia stały się zbyt trudne, po prostu podałeś tyły. A ona uważa, że tak nie zachowuje się prawdziwy mężczyzna. Słowa zawisły w myślowej przestrzeni, uzupełnione zaraz nieco ciszej, lecz równie jasno. Ja też tak uważam, jeśli jesteś zainteresowany moim zdaniem.

Co takiego miałem niby zrobić? Aż zgrzytnął zębami. Jak zawsze, gdy wszystkiego robiło się za dużo, a w gardle coś zaczynało go nieprzyjemnie dławić, pragnął Przywołać Mgielne Ostrze i zakręcić nim w palcach. Powinienem rzucić jej się tam w ramiona? Wyznać jej dozgonną miłość i poprosić o rękę?

Zdaniem Igri to właśnie powinieneś uczynić.

Chyba żartujesz! O mało nie popluł się z oburzenia, cudem przywołując kamienny wyraz twarzy, gdy przyszło machnąć strażnikom, aby otworzyli przed nim ciężkie wrota.

Ja sam rozegrałbym to znacznie subtelniej... ale owszem, uważam, że zielona ma rację. Wy, ludzie, niepotrzebnie wszystko komplikujecie.

Właśnie: to jest zbyt skomplikowane, żebyście zrozumieli i dawali mi światłe rady. I nie ja odpowiadam za...

Ty ją kochasz. Ona kocha ciebie, i to od szczenięcych lat. Więc w czym problem? My, smoki, gdy podobamy się sobie nawzajem, po prostu się ze sobą wiążemy. Moi przodkowie robią tak od eonów.

Nawet gdybym faktycznie miał tę czterdziestkę na karku, jak wszystkim podaję, to byłbym starszy od niej o osiemnaście lat, Zarroth.

Smoki nie baczą na wiek, dobierając się w pary na całe życie.

U ludzi wygląda to zupełnie inaczej.

Nawet jeśli, to żadne z was nie jest zwyczajnym człowiekiem. Przestaliście się starzeć w chwili Związania z Mgielnym Ostrzem. Więc gdzie tu problem? Gdzieś wiele kondygnacji nad Kriggsem Zarroth zaczął leniwie czyścić łuski rozwidlonym językiem.

Ona po prostu zasługuje na kogoś lepszego! – Dopiero po ładnych paru chwilach zdał sobie sprawę z tego, że wypowiedział to na głos. Obejrzał się trwożliwie, lecz choć echo poniosło daleko jego słowa, w zasięgu wzroku nie było nikogo, kto chciałby spojrzeć na niego jak na wariata. Jedynie Igri, podążająca za nim po szerokich schodach i wciąż udająca, że spogląda w inną stronę, choć już z mniejszym zaangażowaniem. Ślepia uciekały jej w jego stronę, jak ściągane ogromnym magnesem, gdy żelazna smocza wola przegrywała powoli z ciekawością.

Być może, zamruczał Zarroth. Lecz chce właśnie ciebie. A ty pragniesz jej. To jest znacznie prostsze, niż ci się zdaje, lecz wciąż nie chcesz uwierzyć. Wystarczyłoby tylko słowo, a oboje bylibyście szczęśliwi.

Czy ja naprawdę zasługuję na szczęście?

Nie oczekiwał odpowiedzi. Potrząsnął ze złością głową i zdecydowanym krokiem podjął marsz w stronę sali tronowej, próbując zająć myśli umykającymi spod nóg wzorami marmurowej posadzki. W hipnotycznym transie, w którym złote żyłkowanie układało się w żywe sceny, było znacznie łatwiej zabić emocje.

Lub – kolejny raz – wmówić sobie, że zostały zabite, choć jaka była prawda, wszyscy doskonale wiedzieli.

Nie kłopotał się z pukaniem do rzeźbionych drzwi. Skinął głową salutującym strażnikom i nacisnął klamkę, otworzył szeroko jedno skrzydło i zajął się odblokowywaniem opornego mechanizmu, poruszającego również drugie. Igri dumnie wmaszerowała do środka, strosząc łuski wzdłuż kręgosłupa i profilaktycznie odsłaniając ostre jak brzytwy zębiska. Głęboki pomruk, dobiegający z jej piersi, podpowiedział mu, że w środku znajdowała się Scheira.

Jesteś wreszcie! – Erghon na jego widok zerwał się ze swojego miejsca na skromnym komplecie wypoczynkowym, ustawionym tuż obok witrażowego okna. Wyglądał jak uczniak, już powoli wierzący w to, że ukochany mistrz tego dnia się nie zjawi...

Zabawne porównanie. On mistrzem Erghona Zdobywcy? Na pewno nie.

Scheira uniosła wielki łeb z legowiska za samotnym tronem i zawarczała głęboko, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Rozłożyła lekko skrzydła – szaro-niebieska błona rozpostarła się, zasłaniając kunsztowne malunki gwieździstego sklepienia. Wykonała taki ruch, jakby zamierzała zerwać się z miejsca i trzepnąć człowieka łapą, jej kocie oczy lśniły czystą nienawiścią; nawet Igri skamieniała, niepewna, czy powinna iść dalej.

Przestań! – Zanim Erghon zdążył zareagować, Kriggs krzyknął na ogromną smoczycę twardym, stanowczym tonem, jakiego przez lata używał podczas trenowania młodszych bestii.

Scheira nie zaatakowała, lecz zmarszczyła wściekle nos i plunęła snopem iskier, od których prawie zajął się czerwony dywan, podprowadzony aż do stopni wiodących na podwyższenie z tronem.

Scheira! – krzyknął Erghon, pojednawczo wyciągając dłoń w stronę bestii, lecz Kriggs, osadził go w miejscu krótkim gestem. Emocje smakowały paskudnie, dezorientacja i słabość poranka łatwo przekuły się w złość...

Złość podszytą siłą, na całe szczęście. Scheira zawarczała w proteście, gdy pierwotna magia skruszyła bariery wokół jej umysłu – uczucie było bezbolesne, lecz próżno szukać smoka, który przyjąłby podobną ingerencję z entuzjazmem.

Ty durny człowiecze!, zagrzmiał jej myślowy głos.

Generał był zaskoczony, jak wysoki się okazał, nie dał jednak tego po sobie poznać.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak mnie nienawidzisz, wycedził, dokładnie ważąc każde słowo, lecz na własne nieszczęście musisz mnie zaakceptować.

Jak śmiesz?!... Smoczyca aż cofnęła łeb na długiej, kolczastej szyi, o mało nie uderzając lekko zakrzywionymi rogami w rzeźbiony filar.

Nic ci nie zrobiłem, oznajmił cierpliwie. A teraz próbuję pomóc. Nie pierwszy raz. Nie musisz mnie kochać. Ale nie możesz mnie zeżreć!

Złote oczy chwilę wpatrywały się w niego nienawistnie, rozwidlony język smakował powietrze. Wzdrygnęła się, gdy siedzący na podeście za ogromnymi wrotami Zarroth ryknął gardłowo, wprawiając przedwieczne mury w spazmatyczne drżenie, lecz to nie głos wściekłego Dzikiego zmusił ją ostatecznie do tego, by skinęła łbem dla przypieczętowania chwilowego rozejmu i wycofała się lekko, nie tracąc jednak czujności.

Naprawdę nie wiem, co ją napadło – zaczął Erghon przepraszającym tonem, bezradnie rozkładając ramiona. Kriggs z nieprzyjemnym uczuciem zaobserwował, jak król postarzał się od czasu ich poprzedniego spotkania – włosy nie były już szpakowate, a niemal śnieżnobiałe, a silne dłonie przypominały szkielet, obciągnięty poznaczoną wątrobowymi plamami skórą.

Tak, było bardzo źle. Bezradnie przyglądał się, jak niegdyś tak potężny mężczyzna odruchowo się przed nim skłonił, prawdopodobnie sam do końca nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, i pokornym gestem wskazał otomanę o rzeźbionych w smocze głowy podłokietnikach, jakby proponował swemu panu, aby raczył spocząć.

Erghon umierał. Starość zgłosiła się po niego nagle i niepostrzeżenie, każdego dnia pożerając większą część silnego ciała. Stałoby się to prędzej czy później, lecz stres wynikający z sytuacji w Górach Barierowych zdawał się odebrać mu przynajmniej kilkanaście lat życia. Kriggs poczuł lodowaty jęzor strachu, liżący go wzdłuż kręgosłupa...

Bogowie, co z nim nie tak? Nigdy nie przypuszczał, że mógłby uważać za przyjaciela człowieka, który doprowadził go do przebudzenia. Jak mógłby darzyć czymś więcej prócz skrzętnie skrywanej niechęci kogoś, komu zawdzięczał w zasadzie wszystko – cudem darowane życie, przedziwnie wysoką pozycję i burzowo ogromne zaufanie? To budziło wdzięczność, lecz podszytą wstydem i złością, a nie sympatią.

A jednak...

Być może nie lękał się stanu Erghona ze względu na niego samego. Lękał się, ponieważ wiedział dobrze, co to oznaczać mogło dla Ragharranu, stanu wojennego... i niego samego. Erghon był jedynym gwarantem istnienia generała Kriggsa von Eckhardta, a generał Kriggs von Eckhardt był prawdopodobnie jedynym gwarantem istnienia Ragharranu, bo jako ostatni pamiętał poprzednią wojnę z Creonią.

Czy był egoistą? O bogowie, naprawdę by tego nie chciał. Niestety właśnie tak wyglądał paskudny realizm. A częścią realizmu było to, że Erghon prawdopodobnie właśnie umierał na jego oczach. I to też w jakiś przedziwny sposób... bolało. Czyż to nie był dobry król, który obalił złego władcę, lecz okazał mu łaskę, zamiast dać mu to, na co zasługiwał? Człowiek tak przesiąknięty dobrem, że aż zdolny je dostrzec w każdym, bez względu na jego uczynki?

Sheira wydała jakiś dziwnie płaczliwy dźwięk, lecz gdy ponownie się na niej skoncentrował, nie umiał nic wyczytać z jej ślepiów. Zerwał myślowy kontakt, zwracając jej prywatność tak szybko, jak tylko mógł, nie umiał więc powiedzieć, co takiego czaiło się w tych wrzecionowatych źrenicach, domyślał się jednak, że smoczyca zdawała sobie sprawę ze stanu swojego ukochanego Jeźdźca jeszcze lepiej niż on. Nawet Igri zamilkła i zrezygnowała z wojowniczej postawy, zerkając na starszą samicę łaskawiej. Smoki wprawdzie nie umierały w chwili śmierci Jeźdźca, lecz ból po jego stracie nieraz doprowadzał je do utraty zdrowych zmysłów... a zielona coś o tym wiedziała.

Kriggs ze złością przywołał się do porządku. Bogowie, zachowywał się tak, jakby przyszło mu odprawiać modły nad trumną dobrego króla, a on przecież stał tutaj przed nim – w kiepskim stanie, lecz wciąż żywy! I skąd ten sentymentalizm? Skąd ta wrażliwość? Czuł się jak...

Nawet jeśli nie kończysz myśli, dobrze wiem, o co ci chodzi, człowieku, zanucił Zarroth. I równie dobrze wiem, co byłoby na to lekarstwem.

Przestań! – Znowu stracił nad sobą kontrolę. Gwałtownie zwrócił się w stronę witrażowego okna, za którym widział słaby zarys smoka przycupniętego na platformie, rozmyty i zdeformowany przez pęcherzyki powietrza zatopione w starym szkle. – Nawet nie masz pojęcia, jak bym chciał! Ale nie mogę, na Źródła Burz!

Smok zaburczał coś niewyraźnego, a on ocknął się dopiero wtedy, gdy Erghon położył mu dłoń na ramieniu.

Kłopoty w niebie? – spytał z przyjaznym uśmiechem. Wyglądał jak troskliwy ojciec, gdy gestem ponownie wskazał mu otomanę, pchając go lekko w jej stronę...

Przecież on jest ode mnie młodszy o ładnych czterdzieści lat!, przemknęło Kriggsowi przez myśl, lecz tym razem dał się posadzić na przyjemnie miękkich poduchach, wyszywanych w rodzajowe scenki. Soczysta zieleń nici przyjemnie komponowała się z lekko różową barwą światła, przecedzonego przez wyblakłe witraże, a herbata, którą podsunął mu Erghon w filiżance tak zabawnie maleńkiej w stosunku do ogromnej dłoni, w którą musiał ją złapać, znowu przywiodła na myśl tę burzową dziewczynę o wilczych oczach.

Nie nazwałbym tego niebem – westchnął z opóźnieniem i z braku innej możliwości rzucił najprostszym usprawiedliwieniem z możliwych: – To Havre tak na mnie działa.

Havre? A gotów byłbym przysiąc, że mowa o kimś jak najbardziej żywym. – Erghon zasiadł naprzeciwko z ciężkim westchnięciem. Choć widać było po nim zmęczenie, uśmiech wykrzywił jego wargi pod sumiastymi wąsami.

I co miał na to odpowiedzieć? Już jeden pośledni lekarz znał ten sekret. O jedną osobę za dużo... a król nigdy nie plasował się na wysokim miejscu wśród tych, którym mógłby się zwierzyć. Coś nakazywało mu powiedzieć, wyznać wszystko w próżnym pragnieniu ulgi poprzez samo podzielenie się bólem toczącym serce – masz, skoro chcesz, dźwigaj wraz ze mną część tego ciężaru! Lecz nie umiał się przemóc. Po cóż miałby to robić? Kompletny idiotyzm... Sekret musiał pozostać sekretem, a podobna miłość nie miała prawa poznać akceptacji, wbrew temu, co mówiły najpiękniejsze ballady. Miłość to miłość, bez względu na jej barwę? Ta, jasne.

Porozmawiajmy o Havre – warknął, przełknąwszy gorycz wraz z łykiem solidnie posłodzonej herbaty.

Taktyczna zmiana tematu? – Erghon westchnął ciężko, tracąc cały dobry humor. – Jak ja cię dobrze znam...

Jak dużo wiesz? – Postanowił pominąć to milczeniem. Być może naprawdę był żałosny.

Prawdopodobnie więcej niż ty. – Król z trzaskiem odstawił imbryk, dziwnie pedantycznym gestem ustawiając go uszkiem na godzinie drugiej. – Ty lepiej powiedz mi, jak wiele wiesz o innych miejscowościach u podnóża Gór Barierowych?

Kriggs zmarszczył brwi i chwilę zastanowił się nad odpowiedzią, dobrze wiedząc, że wcale nie będzie ona tak prosta. Palce świerzbiły nieprzyjemnie, a Zarroth nucił śpiewnie na zewnątrz. Nawet Igri zakołysała łbem, odwróciwszy nareszcie wzrok uwolniony z pułapki ślepiów Scheiry.

Domyślam się, że nic nie wiem – wycedził nieco opryskliwie. – Na męki Radrossa, błagam, powiedz, że masz jakieś fajki.

Erghon łypnął na niego z dezaprobatą, lecz bez słowa sięgnął do kieszeni elegancko haftowanej tuniki. Położył pozłacaną papierośnicę na blacie stolika kawowego i pchnął ją w stronę generała od niechcenia.

Teraz domyślam się, że na granicy jest wyjątkowo chujowo – skonstatował Kriggs, sięgając po perfekcyjnie zwiniętego skręta nieco drżącymi palcami. – Ty nie palisz.

Nie paliłem. – Król – z jakiegoś powodu wciąż odruchowo chciał myśleć o nim jak o starcze, lecz nie mógł się do tego przemóc – poszedł w jego ślady, pstrykając prostą, posrebrzaną zapalniczką. – Teraz nie da się inaczej, generale.

Scheira zaburczała obrażonym tonem, lecz cokolwiek powiedziała, władca zachował to dla siebie.

Sytuacja jest gorzej niż beznadziejna – kontynuował, z zaskakującą wprawą zaciągając się dymem. – Havre nie jest jedyne. Creońskie bojówki regularnie atakują większe przygraniczne miejscowości, wyżynając kogo popadnie. Osiemnaście mniejszych wiosek zostało puszczonych z dymem. Oddziały porywają ze sobą mieszkańców i porzucają ich bestialsko okaleczonych. A ich magia jest burzowo skuteczna – mąci smokom w głowach... Straciliśmy już szesnastu Jeźdźców.

Szesnastu?! – Kriggs zerwał się na równe nogi, o mało nie przewracając stolika. Erghon odsunął się odruchowo, jakby chciał osłonić twarz, choć generał nie planował mu zaszkodzić – odskoczył w bok, Mgielne Ostrze szybko zmaterializowało się w odrętwiałych palcach. Ze świstem przecięło powietrze, gdy zakręcił nim w dłoni jak lekkim sztyletem, balansując ciężarem na samych opuszkach. Płomienie chciwie liznęły odsłoniętą skórę, lecz przed Erghonem nie musiał ich wstrzymywać.

Ta liczba sprawia, że nie śpię od pięciu dni. – Erghon zaśmiał się krucho i wskazał na siebie sugestywnie. – Myślałeś, że dlaczego tak szykownie wyglądam?

Dlaczego ja o tym, kurwa, nie wiem?! – Niski głos poniósł się przytłaczającym echem po monumentalnej sali. Igri zawarczała, plując różnokolorowymi płomieniami, a Zarroth znowu zaryczał.

Kriggs...

Zadałem pytanie! – Wytknął Erghona palcem. Cienie w kątach oszalały, kłębiąc się jak smagane wiatrem fale przypływu. – Dlaczego znowu coś przede mną zatajacie?! Jestem pieprzonym najwyższym zwierzchnikiem twoich wojsk! Jak mam prowadzić wojnę, skoro nic o niej nie wiem?!

Uspokój się, Kriggs! – Erghon wykazał się niezwykłym spokojem, skutecznie studzącym jego ognistą wściekłość. – Nie wiesz nic, ponieważ nie dotarli do ciebie posłańcy. Szesnastu martwych Jeźdźców to liczba mocno niedoszacowana, ale tylko co do tylu mam pewność. Nie pamiętam, ilu posłańców posłano do Havre i stacjonującej tam jednostki z tobą na czele, ale skoro nie wiesz o niczym, to znaczy, że ich również należy dopisać do listy poległych.

Stał jak kołek, wpatrując się w króla z niedowierzaniem. Ostrze ciążyło mu nieprzyjemnie, lecz tylko dzięki niemu czuł się... jakoś. Jakby tylko ono kotwiczyło go w realnym świecie.

A jak wielu Creończyków zginęło?

Z pewnością mniej niż Jeźdźców. – Erghon spuścił wzrok, zaciskając wargi w linię tak wąską, że zniknęła praktycznie w jego śnieżnobiałej brodzie. – Wysłałem rozkaz, aby nie zapuszczano się za nimi poza granice miast. Zezwoliłem jedynie na takie działania, jakie okażą się bezpieczne dla przeprowadzających je żołnierzy. Jeźdźcom zakazałem wzbijać się w powietrze. Lecz jaką mam gwarancję, że te dyspozycje dotrą na miejsce? – Jęknął bezradnie i ukrył nagle twarz w dłoniach. Ramiona drżały mu tak mocno, jakby tłumił właśnie dziecinny szloch, choć oddech miał głęboki i spokojny. – Dobrze, że wróciłeś. Niewiele brakowało, a udałbym się do Havre osobiście, aby mieć pewność, że wieści dotrą, gdzie trzeba. Nie wiem, co robić...

Kriggs również nie wiedział...

Czy może raczej nie chciał wiedzieć. Rozwiązania zbyt mocno podszyte były perłową bielą albinotycznych łusek.

Tyle lat. A schemat pozostał identyczny.

Zostaw to mnie – wycedził, zaciskając prawą pięść aż do bólu.

Kriggs...

Wiem, jak z nimi walczyć – uciął stanowczo, nie zważając na lęk w niebieskich oczach władcy.

Wiesz – powtórzył cierpliwie Erghon, siląc się na spokój, być może mając w ten sposób nadzieję powściągnąć ognistą wściekłość generała. – Ale powinieneś też pamiętać, jaką cenę zapłaciłeś za tą wiedzę.

Ach, ależ zabolało! Kriggs drgnął, rozproszył się na tyle, że Mgielne Ostrze rozwiało się bez śladu, wymknąwszy z odrętwiałych palców.

Uwierz, pamiętam – warknął przez zaciśnięte zęby. – Nie musisz mi o tym przypominać. Każdy kamień w tym burzowym mieście skutecznie pobudza moją pamięć.

Nie mówię tego po to, by cię rozsierdzić. Po prostu chcę mieć pewność, że postąpisz rozsądnie. – Odpowiednia pauza jasno zasugerowała, iż w wypowiedzianym zdaniu brakło sugestywnego „tym razem”. – Być może nie uwierzysz w to, co powiem, lecz mam tylko ciebie, generale von Eckhardt. Tylko ty wiesz, jak walczyć z Creonią. Tylko ty masz odpowiednie doświadczenie, by podołać czemuś takiemu. Tylko ty znasz Góry Barierowe odpowiednio, aby toczyć w nich wojnę podjazdową. I w tej chwili jesteś moim jedynym generałem. Nie mam nikogo, kogo mógłbym mianować na równe twojemu stanowisko. Rozporządzaj własną siłą rozsądnie. Cenię twoją wiedzę i twoje doświadczenie, ale zupełnie nie ufam twojej wierze w siebie.

Jakiej znowu... – zaczął wściekle, lecz Erghon uciszył go samym spojrzeniem.

Nie wierzę w twój instynkt przetrwania.

Obecnie ma się on całkiem nieźle. Obiecałem coś Zarrothowi. – Potężny pomruk wstrząsnął zdobną posadzką, porysowaną potężnymi smoczymi pazurami.

Nie jesteś związany z Zarrothem typową Więzią smoka z Jeźdźcem. Dlatego pozostanę sceptyczny.

Zarroth szarpnął się na podeście i drapnął w ogromne wrota. Drewno jakimś cudem wytrzymało, choć poruszający je ciężki mechanizm zajęczał spazmatycznie. Scheira syknęła, lecz król nie wyglądał, jakby przejął się szczególnie, skupiony na twarzy rozmówcy.

Jeśli to pierdolone państewko ma przetrwać, ja muszę podjąć określone działania. – Sam nie wiedział, jakim cudem, lecz Kriggs zdołał zachować poziom złości sprzed chwili, nie dając dojść do głosu narastającemu w sercu szałowi. Dreszcz już zasnuwał pole widzenia czerwonawą mgiełką, nieprzyjemnie i rozkosznie jednocześnie podwyższając temperaturę ciała. – I nie mogę zdechnąć ku chwale naszej i waszej. Zostało mi wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, bym zdawał sobie z tego sprawę.

A więc jaki masz plan?

Plany nie powstają w pięć minut!

Król rozłożył ręce w geście na wpół bezradnym, na wpół przepraszającym, lecz jego twarz pozostała nieprzenikniona. Szlag, naprawdę doskonale go znał... Możliwe, że właśnie dlatego lata temu wzniósł nad nim swój szaro-niebieski miecz Jeźdźca, gotów zapoczątkować nową erę.

Potrzebuję Trzynastek – syknął, zmuszając się do przywołania spokoju. Ogień wciąż w nim szalał, lecz nie był teraz potrzebny. – Doskonale sprawdzą się w walkach w przestrzeni miejskiej. A Jeźdźcy potrzebują odpowiedniej strategii. Wytropiliśmy z Zarrothem legowisko grupy nękającej Havre. Zaskoczeni, nie potrafili z nami walczyć i nie wykorzystali magii w konfrontacji ze smokami, mogę więc pokusić się o stwierdzenie, że ich zaklęcia wymagają odpowiedniego przygotowania. Będę potrzebował Jeźdźców, obojętnie, jak niebezpieczne to dla nich będzie. Jeśli będą stosować się do rozkazów i zechcą mnie wysłuchać, ryzyko powinno zostać ograniczone do minimum.

To duże ryzyko...

Nie poradzimy sobie bez smoków. Jeśli pozostałe oddziały są ukryte równie dobrze jak ten, który nękał Havre, nigdy nie zostaną odnalezione przez pieszych zwiadowców. – Kriggs skrzywił się boleśnie, dławiąc przekleństwo. – Być może oni znają góry jeszcze lepiej niż ja. Lub wykorzystują jakieś popieprzone zaklęcia, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy. Błyskawicznie pokonują długie trasy... i prawdopodobnie potrafią walczyć z Dzikimi.

Twarz Erghona stała się kredowobiała, w miarę jak słuchał dokładnego sprawozdania z walki w kotlinie. Drżące palce prawej dłoni ułożyły się bezwiednie w gest odpędzający złe moce, gdy Kriggs ze wszystkimi szczegółami opisał stan okaleczonego Dzikiego i zawartość drewnianej szopy, u której szczytu go przykuto.

Próbki tych materiałów również do mnie nie dotarły – powiedział król, gdy generał zakończył historię wspomnieniem o pakowaniu zawartości zbitych z czego popadnie półek.

Kurwa mać! – Kriggs chwilę nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć. – Jakim cudem zlikwidowano posłańca, skoro leciałem praktycznie w ślad za nim?

Przychodzi mi do głowy jedynie stwierdzenie, że Creończycy unikają atakowania smoków o pełnych rozmiarach. Być może ich zaklęcia nie są w stanie ich spętać. Czyż nie tak było wtedy...?

Jarrhönn niewiele brakowało do pełnych rozmiarów. – Zagryzł zęby, boleśnie kalecząc się we wnętrze policzka. Żelazisty smak krwi rozlał się na języku. – Wtedy zdawała się odporna na creońską magię. Teraz w Zarrotha nikt nawet nie kierował zaklęć.

A więc właśnie. Nie ujawniali się, gdy przelatywał nad nimi Zarroth, lecz posłańca na smoku zbyt drobnym, aby go w ogóle nazwać bojowym, byli w stanie dosięgnąć. Nie możemy oczywiście mieć pewności, lecz... to aż zbyt dobrze pasuje. Według wieści, które do mnie dotarły, nie skupiają się również na młodych smokach.

To znaczy? – Kriggs odruchowo obejrzał się na zasłuchaną Igri. – Bo z tego, co ja wiem...

Chodzi mi o znacznie młodsze. – Erghon zmierzył wzrokiem zieloną smoczycę, mrużąc lekko powieki. – Być może to tylko przypuszczenie, lecz w pobliżu Khritravn miała miejsce pewna sytuacja... Rhiot Vertravn, drugoroczny Jeździec z Akademii, był tam w odwiedzinach u rodziny.

Ryzykownie, biorąc pod uwagę, że przed tygodniem pewnie pierwszy raz usiadł na smoczym karku. – Kriggs skrzywił się w zamyśleniu.

Owszem, ale to akurat najmniej istotne. Chłopak właściwie wpadł na creoński oddział, który go... cóż, zignorował. Żołnierze pokazywali go sobie palcami, więc z całą pewnością go widzieli, a on zdołał im uciec i powiadomić drużynę z pobliskiej miejscowości, aby spróbowała zrobić z nimi porządek. W tej walce śmierć poniósł znacznie starszy Jeździec, zneutralizowany magią, jakiej nikt nie umiał wyjaśnić. Dlaczego zaklęcie dosięgnęło go bez trudu, podczas gdy równie dobrze mogło wcześniej pozbyć się dzieciaka?

Może to przypadek?

Może. Ale przyznasz, że zastanawiający. I nie jedyny. Nikt nie określa tego wprost, lecz ja całkiem nieźle umiem wyciągać wnioski. – Erghon nalał sobie jeszcze jedną porcję herbaty i zamieszał ją, uważając, aby nie stuknąć posrebrzaną łyżeczką w ścianki kubka. Nie pił z filiżanki, jak Kriggs, lecz z czegoś, co przypominało miniaturowy gliniany kufel. – Jeśli mogę wysnuć taki wniosek po przeanalizowaniu dwudziestu sześciu raportów, to pokuszę się o stwierdzenie, że najbardziej podatne na tę magię są smoki między piątym a dwudziestym rokiem życia. Smoki, a wraz z nimi Jeźdźcy, oczywiście. Młodszych magia się nie ima. Starsze potrafią z nią walczyć.

Umiałbym rozpoznać i zareagować, gdyby ktoś grzebał mi w głowie, żachnął się z dumą Zarroth.

Igri parsknęła pogardliwie i smutno jednocześnie... lecz ani myślała ubierać myśli w słowa.

Szczęście w nieszczęściu – zaśmiał się bez cienia wesołości Kriggs. – Tak się złożyło, że większości Trzynastek przewodzą młodzi Jeźdźcy.

Aż tak młodzi? – Erghon zerknął na niego niepewnie.

To był sarkazm, wasza wysokość. – Generał westchnął ciężko. – Kurwa mać, wiesz równie dobrze, jak ja, że większość Jeźdźców dowodzących Trzynastkami ma smoki w wieku około dwudziestu lat.

Król milczał chwilę, patrząc na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

A co powiecie na to, generale, aby powołać nową Trzynastkę? – spytał wreszcie, ostrożnie ważąc słowa.

Nową...? – Kriggs zmarszczył bezradnie brwi. – Chyba nie rozumiem.

Niebawem Wyrzynki. Myślałem, aby tegoroczną nagrodą uczynić możliwość uformowania własnego oddziału i uczestnictwa w walkach na wschodzie. O ile można to nazwać nagrodą, oczywiście.

Kriggs sam nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć, a żaden ze smoków jak na złość nie zamierzał służyć pomocą.

Zwycięzcą Wyrzynek będzie maksymalnie trzecioroczny uczeń. Nawet gdyby zdał egzaminy końcowe śpiewająco, nie miałbym żadnej gwarancji, że zdoła poprowadzić oddział taki jak Trzynastka. Sam dobrze wiesz, że w ogóle jestem przeciwnikiem Trzynastek dowodzonych przez Jeźdźców – powinno być jak dawniej, że na ich czele stają jedynie Mgliści Rycerze. Trzynaście trzynastoosobowych oddziałów, na każdy jeden przeklęty miecz. Od setek lat się to sprawdzało.

Oddziały dowodzone przez Jeźdźców również się sprawdzają. – Erghon wzruszył ramionami z wyrazem twarzy upartego dziecka gotowego bronić swych racji za wszelką cenę, nawet bez pewności, że są całkowicie słuszne, choć Kriggs dobrze wiedział, że to jedynie poza.

Ale nie są już Trzynastkami. – Generał zgrzytnął zębami. Jakim cudem ten burzowy człowiek potrafił kilkoma minami, pozami i dobrze dobranymi słowami sprawić, że czuł się przy nim tak stary, zgorzkniały i irytująco konserwatywny...?

Owszem, są Trzynastkami, ponieważ funkcjonują jak Trzynastki. A dokładniej: jak twoja własna Trzynastka, generale von Eckhardt, z tym że ich dowódcy mają barwione miecze Jeźdźców w miejscu Mgielnych Ostrzy. Jak na razie nie sprawiło to większych problemów.

Nie sprawiło, ponieważ żadna z tych nowoczesnych Trzynastek nie przeszła prawdziwego chrztu bojowego! – Praktycznie wypluł te słowa. – Są zbyt młode, by pamiętać walki na granicach z ziemiami Elfów.

W porządku. Być może masz rację. – Król bezradnym gestem rozłożył ręce, lecz w tej białej brodzie chował niedyskretny uśmieszek. – Potrzebujemy jednak Trzynastek, jak sam powiedziałeś, ponieważ to one najlepiej sprawdzą się w potyczkach z niewielkimi bojówkami Creonii. Problem jednak w tym, że twoich klasycznych Trzynastek jest... cóż, Trzynaście, a punktów zapalnych na granicy ponad trzydzieści. Jakim sposobem je pomnożymy? Jesteśmy w stanie utworzyć kolejną z tym wilczym dziewczęciem na czele, lecz obaj dobrze wiemy, że na przypadku Lhynne von Lehann'rive raczej kończą się cudownie odnalezione Mgielne Ostrza, o których do tej pory nikt nie wiedział.

Lhynne jest stanowczo za młoda i zbyt niedoświadczona, żeby dowodzić Trzynastką! – żachnął się Kriggs, udając, że serce wcale nie stanęło mu na moment, a Zarroth nie parsknął szczerym śmiechem w jego głowie.

A gdyby wygrała Wyrzynki?

Właśnie planował dopić resztkę herbaty, bo dziwnie zaschło mu w gardle, ale to niewinne pytanie sprawiło, że odstawił filiżankę z trzaskiem. Delikatna porcelana chyba jedynie cudem nie rozpadła się w drzazgi...

Co ty mi właśnie insynuujesz? – wycedził, nawet nie wstrzymując płomieni liżących zaciśnięte pięści.

Tobie? Nic. – Erghon wzruszył ramionami z niezachwianym spokojem. – Pytam z czystej ciekawości. Gdyby to Mglista wygrała tegoroczne Wyrzynki, zgodziłbyś się utworzyć Trzynastkę z nią na czele? Jej smok będzie nawet wystarczająco młody, aby nie imały się go creońskie zaklęcia.

Generał miał już całkowitą pewność, że król zaczął temat Trzynastek tylko i wyłącznie w tym celu – aby tak zapędzić go w kozi róg, że jedynym wyjściem pozostała zgoda na powierzenie tej burzowej kobiecie oddziału. Sam już nie wiedział, czy bardziej jest wściekły, czy może jednak podziwia przebiegłość władcy... W końcu w normalnych warunkach zaprotestowałby tak gorąco, że temat musiałby umrzeć, by nie prowokować dławiącego go ognia.

Istnieje tu parę istotnych kwestii... – zaczął niebezpiecznie chrapliwym głosem, zdradzającym równie dobrze, jak drżące w kątach cienie, że był na samym skraju ataku szału. – Po pierwsze: skąd możesz wiedzieć, że ona się do tego nadaje? Lhynne von Lehann'rive ma dwadzieścia dwa lata i żadnego doświadczenia wojskowego.

Czy nie radziła sobie przypadkiem w grupie szkoleniowej tak dobrze, że chcąc nie chcąc musiałeś przydzielić ją do zaawansowanych niespełna pół roku po tym, jak zgodziłeś się na to, by uczestniczyła w lekcjach?

Być może. – Zgrzytnął zębami. Znał prawdę lepiej od Erghona... – Ale to, że jest zdolnym szermierzem, nie czyni jej jednocześnie dobrym strategiem i nie daje jej doświadczenia. Poza tym nigdy do tej pory nie zdarzyło się jeszcze, aby Wyrzynki wygrał ktoś poniżej trzeciego roku w Akademii, a pierwszoroczni w nich nie uczestniczą.

Nie uczestniczą, ponieważ ich smoki są zbyt małe, by na nich latać. Ta Dzika wydaje mi się z kolei całkiem wyrośnięta jak na swój wiek. Pierwszą lekcję latania będą mieć w ciągu kilku najbliższych dni.

I sądzisz, że ta pierwsza lekcja wystarczy, aby mogły brać udział w Wyrzynkach? – Zaklął i ze złością potrząsnął głową. – Bogowie, swoją drogą, to nienawidzę tej nazwy. Trzykrotnie próbowałem ją zmienić, ale władze Akademii protestowały.

Ludzie się przyzwyczajają. – Erghon nie wyglądał na szczególnie przejętego. Zasalutował mu kubkiem i jednym haustem dopił jego zawartość. – Na całe szczęście już od dawna nikt podczas Wyrzynek nie ginie.

Nie zmienia to jednak faktu, że zwycięstwo Lhynne byłoby cudem. O ile w ogóle zdecydowałaby się brać udział. Wbrew pozorom, dziewczyna alergicznie reaguje na przemoc i wątpię, by marzyła o dostaniu się na front jeszcze w tym roku.

Być może jej nie doceniasz. – W jasnoniebieskich oczach błysnął figlarny ognik. – Pewnie, że nie mamy gwarancji, że weźmie udział. Właściwie to chciałem się jedynie dowiedzieć, czy gdyby wygrała jakimś cudem, zgodziłbyś się utworzyć nową Trzynastkę.

Zastanowiłbym się nad tym. – Nigdy w życiu, parsknął w myślach.

Podpowiem w takim razie Rhienne Bhardo, by zaakceptowała jej kandydaturę, jeśli zechce się zgłosić. Coś mi się zdaje, że mocno jej nie doceniasz. – Znowu uśmiechnął się szeroko. Sheira zamruczała przeciągle na potwierdzenie jego słów, choć Kriggs dałby sobie głowę uciąć, że nie miała z wilkokrwistą tyle do czynienia, by wyrobić sobie o niej opinię...

Cóż, prawdopodobnie zostałby zdekapitowany na próżno.

W każdym razie do Wyrzynek zostało jeszcze dużo czasu. – Erghon wygodniej rozparł się na otomanie, wzdychając głęboko. – Na razie najbardziej palącą kwestią pozostają problemy w Górach Barierowych. Chyba będę musiał poprosić was o niemożliwe, generale.

Nie potrafię znaleźć się w kilku miejscach jednocześnie, jeśli o to chodzi. Mogę próbować odwiedzać pograniczne miasta po kolei, lecz...

No właśnie. A jak wielu mamy Jeźdźców ze smokami starszymi niż dwadzieścia lat, którzy nadawać się będą do walki?

Wystarczająco. – Umilkł na chwilę. Obaj wiedzieli, w czym tkwił największy problem. – Tylko że mamy zbyt mało danych, by uznać, że magia nie może ich dosięgnąć. To mogły być przypadki. Można założyć, że Creończycy nie atakują smoków o pełnych rozmiarach, lecz większość bestii osiąga takie w siedemdziesiątym roku życia lub jeszcze później. Wtedy, gdy większość Jeźdźców nie ma już sił, aby walczyć z ich grzbietów. Dwudziestolatki są dorosłe tylko pod względem psychicznym i płciowym.

Chciałoby się rzec: cała nadzieja w młodych... – Erghon skrzywił się i bezradnie potarł drżące dłonie, nie spoglądając generałowi w oczy. – Niestety tutaj moje wyobraźnia i zdolność planowania się kończą, generale. Nie mam serca powołać młodzieńców tuż po Akademii lub uczniów. I głupio mi zwracać się z pomocą do Jeźdźców takich jak Rhienne Bhardo, którzy może i trzymają się wciąż prosto i są w stanie unieść miecz, lecz nie dotrzymają już kroku przeciwnikowi mającemu wprawę w walce ze smokami.

Polecę niezwłocznie z powrotem na granicę. Wcześniej rozkażę Trzynastkom, by udały się do największych miast u podnóża gór. – Kriggs warknął ze złości i ogarniającej go bezsilności jednocześnie. – Żałuję, że w ogóle opuściłem Havre.

Nie mogłeś wiedzieć. Dzięki temu wiemy o problemach z łącznością. Gdyby nie to... – Erghon potrząsnął głową, odganiając jakąś ponurą myśl. – A to co takiego? – spytał z opóźnieniem, gdy Kriggs wyciągnął w jego stronę niepozorną książkę.

Bohaterka twych królewskich nadziei odszukała to na strychu Akademii Jeźdźców Smoka. – Generał gestem zachęcił władcę, aby uchylił oprawną w skórę okładkę. – Identyczne wykresy wykradła wcześniej z Instytutu na twoje polecenie. Tych książek podobno są tam tysiące. A ja nawet nie wiem, o co powinienem w pierwszej kolejności spytać. – Nie zdołał zamaskować nuty złości w głosie.

Bogowie! – Erghon spojrzał na niego krótko, szybko wracając do przeglądania wyrysowanych czarnym atramentem wykresów. – Chyba nie sądzisz, że wiem, co się tutaj dzieje!

Spodziewać by się można, że król będzie znał powiązania Akademii z nielegalną organizacją, którą kazał zneutralizować.

Pobrużdżona zmarszczkami twarz była już śnieżnobiała. Posiniałe usta ułożyły się tak, jakby król zamierzał coś powiedzieć, z gardła jednak nie przedostało się żadne słowo. Pokręcił głową z niedowierzaniem, zamknął książkę i chwilę wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt za pofalowaną taflą okna.

Nic nie wiem – powiedział wreszcie głosem na krawędzi szeptu. – Musisz porozmawiać z Rhienne Bhardo. Całkiem możliwe, że ona również nie ma o tym pojęcia. A także... – Skrzywił się nagle, jakby zjadł coś gorzkiego. – Powinieneś spróbować dowiedzieć się czegoś od mojej żony.

Słucham? – Kriggs aż się wyprostował.

Elveere... Cóż, od jakiegoś czasu zdecydowanie nie jest sobą. I bardzo mocno interesuje się sprawą Instytutu. Ja próbowałem z nią porozmawiać, lecz wymyka mi się za każdym razem, więc może ty... – Wstyd przygarbił mu ramiona i zgasił blask w oczach.

Skąd pomysł, że Elveere zechce zwierzyć się akurat mnie? – Mglisty aż się roześmiał. Bogowie, jeśli istniał ktokolwiek w Ragharranie, kto nienawidził go z równym zaangażowaniem, uznałby to za pieprzony cud... Nastawienie Scheiry można było spokojnie określić mianem całkiem przyjaznego, gdy skonfrontować je z emocjami królowej.

Stąd, że nie mam już kompletnie niczego innego i chwytam się marzeń. A ona jest... – Odłożył książkę na stół ze złością, parę sekund szukał odpowiednich słów. – Nie umiem nawet powiedzieć, od jak dawna ze mną nie rozmawia. Przeniosła się do swojej prywatnej biblioteki i praktycznie nie wyściubia stamtąd nosa, nie licząc tych dni, gdy wybiera się na modlitwę do Świetlika pod Myllhaven. Wypada zaznaczyć, że do tej pory nigdy nie była religijna, a znamy się już tych parę lat.

Cóż, wiesz, jakie ja mam o niej zdanie. I co ona sądzi o mnie. Odprawi mnie z kwitkiem, o ile w ogóle wpuści mnie do siebie.

Tak, burzowo głupi pomysł. – Erghon w roztargnieniu skinął głową, myślami błądząc gdzieś daleko. – W takim razie należałoby znaleźć kogoś, kto porozmawia z nią w twoim imieniu, nie zdradzając się z tym, kto go przysłał. – Sugestywnie uniosła się jedna biała brew, jak ruchliwa gąsienica o niezliczonej liczbie parzących czółek.

Czy ty znowu masz na myśli Lhynne? – Kriggs zapowietrzył się niczym przestraszona prawie na śmierć dama.

Biorąc pod uwagę to, ile czasu z nią spędzasz... – Erghon uniósł szybko dłonie w pojednawczym geście, nim generał zdążył rozsierdzić się na dobre. – To była tylko luźna sugestia. Nie mam żadnej gwarancji, że Elveere wie cokolwiek więcej o Instytucie, a jej zachowanie z całą pewnością spowodowane jest innymi czynnikami. Może przeżywa wojnę na swój sposób.

Czy smoki mówiły cokolwiek?

Scheira zaskamlała dziwnie, lekko pokazując kły, i poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu. Kolczasty ogon przewinął się między podtrzymującymi sklepienie kolumnami z cichym szmerem, śledzony czujnymi ślepiami Igri.

Dziwne zachowanie mojej małżonki polega również na tym, że nie rozmawia o niczym z własnym smokiem. – Król zaśmiał się bez śladu wesołości, za to z potężną dawką niedowierzania. – Khorr większość czasu włóczy się gdzieś samotnie. Do mnie się nie odzywa, Scheirę zbywa półsłówkami. Zawsze był milczący i wycofany, lecz to... Ach, zresztą... – Machnął dłonią, ucinając dyskusję. – Szkoda twego czasu, generale. Obaj wolelibyśmy, abyś znajdował się już w Górach Barierowych, zamiast marnować cenne minuty na filozoficzne dysputy i narzekania starca.

Starca... – powtórzył Kriggs nieco zgryźliwie. Filozoficzne dysputy były bardziej niż intrygujące, lecz co mógł zrobić, gdy został tak jawnie odprawiony? – Erghonie, jesteś młodszy ode mnie.

Mam prawie sto sześćdziesiąt lat. Nawet jak na Jeźdźca Smoka to słuszny wiek. – Władca zapatrzył się we wnętrze pustego kubka.

Nie towarzyszył Kriggsowi, gdy ten bez słowa poszedł odblokować wrota prowadzące na smoczą platformę, i nie odpowiedział na pożegnanie, zatopiony we własnych myślach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz