niedziela, 18 stycznia 2026

Interludia

 

160 lat wcześniej


Nawet przez krótki moment nie żałował, że się tego podjął.

Nawet gdy torba z prowiantem ostatecznie ukazała swoje dno, stawiając go w obliczu konieczności stanięcia oko w oko ze swoją nienawiścią do oprawiania upolowanej przez smoka zwierzyny.

Nawet gdy żywym ogniem bolały otarcia od siodła i wżynających się w ciało kamieni, które miał za poduszkę.

Nawet gdy z trudnością tamował krwawienie z kolejnych ran, nieodmiennie nie chcących goić się w elegancki sposób, obojętnie jaką warstwę leczniczych maści by na nie nałożył.

Nawet gdy każdy rozsądny człowiek dawno już doszedłby do wniosku, że gonił jedynie za idiotyczną mrzonką, a na końcu drogi, wskazywanej przez wygrzebaną na samym dnie biblioteki mapę, naprawdę nic nie ma.

Vrarghr Lemarr nie należał do ludzi, którzy łatwo się poddają. Może gdyby jeszcze miał świadomość, że gdzieś tam ktoś na niego czeka, ktoś tęskni, zamartwia się, czy jeszcze kiedyś ujrzy go na oczy po tym, jak zniknął bez uprzedzenia... Wtedy tak, zastanowiłby się chociaż ten drugi raz. Być może posłuchałby głosu rozsądku, wycofując się po dwóch tygodniach bezskutecznego błądzenia pośród wapiennych gór i miejsc, w których żaden człowiek nie postawił stopy od dawna, możliwe, że wręcz nigdy. Być może... Tylko że nikt na niego nie czekał. Roczna przepustka jeszcze się nie skończyła, a kto prócz podwładnych i Jego Wysokości mógł odczuć brak jednego z dowódców? Wszystko, co miał, zabrał przecież ze sobą. Wszystko, co się liczyło, znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

Mapa była stara. Papier trzeszczał w palcach i skrzył się drobinami wrośniętego w niego kurzu. Być może trzymał się w całości jedynie dzięki konstelacjom wżartych świetlistych ziarenek, a gdyby go z nich otrzepać, obróciłby się w chmarę pyłu wraz z nimi? Nie chciał próbować. Godził się na szare ślady, jakie pozostawały na dłoniach, ilekroć przesunął po niemal zatartych rysunkach palcami, i nie zastanawiał się nad czymkolwiek więcej. Być może jedynie nad tym, czy rzeczywiście była autentyczna, choć w jej fałszywość ciężko było uwierzyć, skoro wygrzebał ją w miejscu, do którego – tego był pewien – nie zaglądał nikt od naprawdę bardzo dawna. Dział ksiąg zakazanych w największej bibliotece Ragharranu, mieszczącej się na Zamku Myllhaven, nie był miejscem, do którego on sam powinien mieć dostęp, lecz... czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, czyż nie? Wystarczyło oblec się w posłuszne cienie, aby bez trudu wyminąć przysypiające straże pewnej bezksiężycowej nocy. Rozkład pomieszczeń znał nieźle z licznych opowieści, więc odnalezienie odpowiedniego działu nie zajęło mu wiele czasu, zwłaszcza że biblioteki zawsze były miejscami, w których poruszał się sprawnie. Sforsowanie kraty z czarnego, kutego żelaza, za którą znajdowały się najstarsze i najcenniejsze egzemplarze, również nie stanowiło wyzwania. Kule luminatów być może zawierały niegdyś zaklęcia mające zaalarmować upoważnionych o nieproszonym gościu, dawno jednak się wypaliły, tak że nie emanowały nawet najlżejszym blaskiem, zwiastującym obecność magii. Warstwy kurzu na ścianach, podłodze i meblach nikt nie zdołałby odtworzyć, a nawet jeśli, to po cóż zadawałby sobie ten trud? To, co mówiła mapa, zakrawało na niemożliwość, ale jeszcze mniej prawdopodobne zdawało się, że ktoś zapragnął ją podrobić i podrzucić w takie miejsce.

A zresztą... czy miał cokolwiek innego do roboty? Najwyższy generał Solrhan jasno wyraził się, co z nim zrobi, jeśli ujrzy go w mundurze przed upływem roku, poszedł mu więc na rękę, oszczędzając nerwów, i wybrał się na wakacje. Cóż z tego, że zamiast na plażę, jak uczyniłoby to większość mieszkańców Ragharranu, wolał podążyć za mrzonką i świstkiem rozpadającego się w palcach papieru? Jeśli się uprzeć, uznać można, że takie miał ciekawe pasje. Nikt nigdy nie śmiałby nawet posądzić go o zdrowe zmysły, więc... Prawdopodobnie i tak sporym zaskoczeniem dla wszystkich było, że faktycznie odpuścił i zniknął z pola widzenia, choć dopiero co na myśl o urlopie dostawał drgawek.

A więc mapa. Wręcz niemożliwa do odczytania droga wiła się wśród górskich szczytów i bajecznych wapiennych formacji. Prowadziła nad morzem sterczących w niebo kamiennych kolców, tak rozległym, że Jarrhönn długo musiała krążyć, nim znalazła miejsce odpowiednie do lądowania. Wiodła szlakami zapomnianymi do tego stopnia, że błądziły po nich jedynie Dzikie o płonących wściekłością ślepiach, utrzymujące na razie bezpieczną odległość, z każdym dniem jednak coraz śmielej zbliżające się do miejsc, w których rozbijał obóz. W pewnym momencie przyłapał się na tym, że właściwie przywykł do ich obecności i zauważał dopiero jej brak w chwili, gdy któryś ze smoków oddalał się, dostrzegłszy coś ciekawszego od tajemniczego człowieka i towarzyszącej mu albinotycznej smoczycy, wyglądającej jak jedna z nich, nie rozumiejącej jednak ich migotliwych szeptów.

Góry zmieniały się właściwie po każdej Czarnej Burzy. Któż mógł wiedzieć o tym lepiej niż on, który spędził w nich praktycznie całe życie? Wielu z zaznaczonych punktów orientacyjnych próżno było wypatrywać, wiele ścieżek kończyło się ostro w miejscach, w których powinny stawać się lepiej widoczne, gdzieniegdzie natrafiał na drogi, których autorzy skomplikowanych rycin nie ujęli. Z suchych miejsc tryskały krystalicznie czyste strumienie, wyraźnie naszkicowane wodospady okazywały się szumieć głęboko pod ziemią. Nie byłby w stanie zorientować się w tym nikt, kto nie posiadał w sobie charakterystycznego dla wszystkich górali zmysłu, pozwalającego dostrzec coś również tam, gdzie niczego nie było już od setek lat. Vrarghr Lemarr wyobraźnię posiadał doskonałą, a czego nie dostrzegał sam, szybko podpowiadała mu równie biegła w tym Jarrhönn.

Tego, że w sercu gór odnajdą takie torfowiska, nie spodziewało się jednak żadne z nich.

Nie umiał rozpoznać gatunku drzew, choć do tej pory dałby sobie rękę uciąć, tak pewny był, że zna się na roślinach całkiem nieźle jak na świeżo mianowanego generała, którego całe życie kręciło się wokół wojny, walki, klingi perłowo białego miecza i nieco pokrzywionej, lecz tak bajecznie pięknej smoczej duszy, związanej z nim na stałe. A tu proszę!

Być może były to drzewiaste głogi. Pnie miały zupełnie czarne i powykręcane, niechętnie rosnące w stronę nisko zwieszającego się nieba, jakby wiedziały, że powinny gonić za blaskiem, ale coś nieubłaganie ciągnęło je w dół, ku porośniętej soczyście zielonym mchem ziemi. Gałęzie również miały dziwnie krzywe, wyciągające się jak sękate palce, splatające w niemal szczelne sklepienie, rozcinające przemykające blisko chmury ostrą siatką. Ciężko jednak mieć pewność, skoro z żadnego konaru nie wyrastały liście – gdzieniegdzie na słabym wietrze szumiały ich smętne resztki, tak cienkie, że w większości składały się już z cienkich jak koronka szkieletów i rozpadały się w pył podczas próby rozprostowania ich w palcach. Vrarghr kiedyś spotkał się z długowiecznymi górskimi sosnami, których konary podobnie się skręcały, jakby dłonie niewidzialnego olbrzyma próbowały wyżąć z nich resztki soków, jednak kolor miały one zupełnie inny... no i nie miały liści. Nienawidził tych chwil, gdy jego wiedza okazywała się niewystarczająca, z trudem więc zmusił się do dalszego parcia naprzód.

Od teraz uważać musiał na każdy krok. Mech wyglądał jak najmiększa poduszka, tak soczyście zielony, że przez samo patrzenie na języku wydzielała się kwaśna ślina, przywodząca na myśl smak niedojrzałych jabłek. Był piękny, nie można było mu tego odmówić, a wyrastające z niego tu i tam grzyby o ogniście kolorowych kapeluszach wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów wyglądały jak rozrzucone niedbale szlachetne kamienie, nie można było jednak na chwilę zapomnieć, jak zdradliwy był ten słodki urok. Tu i tam w miękkich zagłębieniach zalegały kałuże czarnej wody, nad którymi nocą rozbłyskały różnobarwne błędne ognie, a wyrastające spomiędzy zielonych złogów szypułki z zupełnie niepozornymi białymi kwiatostanami okazały się świecić tak intensywnie, że niepotrzebna mu była ognista kula, aby mógł kontynuować marsz po zapadnięciu zmroku. Musiał jednak stawiać nogi wyjątkowo ostrożnie – skrywająca się pod tą mięciutką kołderką ziemia była mokra jak dopiero co wyciągnięta z wody gąbka i wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, aby ugrzązł w niej na stałe. Sękate gałęzie okazały się zbyt twarde, aby był w stanie jakąś ułamać, więc z braku innych możliwości sprawdzał grunt przed sobą sztychem długiego miecza. Przecież barwiona smocza stal i tak nie rdzewiała...

Minęło ładnych dwanaście godzin, nim odnalazł polanę, na której Jarrhönn mogła wylądować. Przeklinając płonące wściekłym bólem ciało, rzucił się na skrawek suchej ziemi, otoczony kilkoma skalnymi ostańcami i czarcim kręgiem nakrapianych muchomorów. Nie umiałby powiedzieć, która część ciała paliła go najmocniej. Być może najdotkliwiej cierpiało to miejsce, w którym znajdowała się urażona duma, krwawiąca pod przeszywającym wzrokiem białej smoczycy, otrząsającej wielkie skrzydła po godzinach nieprzerwanego szybowania ponad koronami drzew.

A nie mówiłam, że powinieneś podróżować w siodle?

Doskonale wiedział, że to stwierdzenie padnie, przeszywając mu serce rozpaloną włócznią wstydu. Bogowie, wstydził się własnego smoka niczym pijany mąż, wracający pod osłoną nocy do domu, gdzie czekała na niego wściekła jak sto nieszczęść małżonka...

Rozważę to. Jutro. Zgrzytnął zębami, na chwilę ukrywając twarz w dłoniach. Na Źródła Burz, był już na to stanowczo za stary...

Czterdzieści lat to już połowa ludzkiego życia. Czerwone ślepia zmrużyły się, by zamaskować tlące się w nich iskierki humoru, choć dobrze przecież widział drżenie smoczej piersi, wstrząsanej spazmami gadziego śmiechu. Jestem tak wspaniała, że przeżyję cię przynajmniej pięciokrotnie, skarbie.

I nie będziesz za mną tęsknić? Łypnął na nią ponuro, przerywając na chwilę przetrząsanie płaszcza w poszukiwaniu mapy.

Za tobą? Z nozdrzy wytrysnęły kolorowe iskry, gdy Jarrhönn prawie zakrztusiła się tym swoim śmiechem. A dlaczegóż miałabym tęsknić za jakimś durnym dwunogiem? Wystarczam sobie za najlepsze towarzystwo.

Nawet się nie uchyliła, gdy rzucony przez niego kamień ze świstem przeleciał jej tuż obok łba. Dobrze wiedziała, że wcale w nią nie celował.

To miał być prezent na czterdzieste urodziny. Westchnął, rozwinąwszy mapę. W ostatniej chwili powstrzymał się od odruchowego prześledzenia trasy dotychczasowej wędrówki brudnym palcem. Spóźniliśmy się dwa dni.

Dwa i pół. Kolczasty łeb zwiesił się nad jego ramieniem. Odruchowo podrapał smoczycę, wciskając paznokcie pod lśniące łuski, dokładnie tak, jak lubiła najbardziej, lecz choć ślepia przymykały jej się z rozkoszy, nie przestała wpatrywać się w mapę.

Dwa i pół?, powtórzył żałosnym głosem. Zaklął z bezsilności, zgrzytając zębami. Wyglądało na to, że jak na razie, prócz bólu stawów i drobnych ran, ta urodzinowa przygoda przysporzyła mu jedynie nowej inwencji twórczej dla wymyślania piętrowych wiązanek. Jesteś pewna?

Widziałam chyba to miejsce, gdy wzbiłam się odpowiednio wysoko. Smoczyca zakołysała niepewnie łbem i zamruczała głęboko, szukając wśród poplątanych myśli odpowiedniego wspomnienia, na tyle jasnego, by człowiek zdołał z niego poznać perspektywę. Na własnych nogach szedłbyś tam jeszcze tydzień. Jeśli przeprosisz się z siodłem i pozwolisz mi polecieć tak szybko, jak tylko ja potrafię, to będziemy tam jutro w południe.

Serce podskoczyło mu w piersi na myśl, że mógłby już dzisiaj...

Absolutnie nie! Jarrhönn pokazała mu zębiska. Teraz będę odpoczywać. Pora na odmładzającą drzemkę. Tobie również się przyda, starcze...

Prychnęła, gdy grzmotnął ją pięścią w nos, i odeszła na kilka kroków, śmiejąc się z niego w myślach. Okręciła się kilkukrotnie wokół własnej osi, jakby goniła za zakończonym grotem ogonem, i ułożyła się wygodnie na udeptanej wilgotnej ziemi.

Jaki miał wybór? Wygrzebał z przytroczonych do siodła sakw porcję upieczonego rano mięsa i zmusił się do przeżucia go, tak zmęczony, że nawet nie czuł głodu. Pomstując w myślach na obolałe kości, ułożył się w kołysce z przednich łap smoczycy i pozwolił, by nakryło go perłowe skrzydło. Noc na bagnach okazała się paskudnie wilgotna i lodowata – niesione z cząsteczkami mgły zimno wgryzało się w ciało i sięgało aż do szkieletu, mrożąc szpik w taki sposób, jakby już nigdy miało nie być mu ciepło, chętnie więc wtulił się w smoczą pierś, gdzie w klatce żeber gorzał niegasnący ogień.

Myśli nie dawały mu spokoju. Był tak zmęczony, że nie umiał rozpoznać, gdzie wyobraźnia rozmywała się w sen, lecz z całą pewnością w którymś momencie musiała wkroczyć niepostrzeżenie, wsmyrgnąć się między natrętnie powtarzane obrazy. I zasiała ziarno lęku.

Wyuczona na pamięć mapa rozsypywała się gwieździsty pył w słabnących, drżących dłoniach. Dłoniach, które musiały należeć do niego, w których miał czucie, choć dziwnie mrowiące, jakby zdrętwiałe po zbyt długim zaciskaniu ich w pięści – dłoniach o skórze bladej i cienkiej jak pergamin, pomarszczonej niczym skórka zeschłego jabłka, pokrytych rozpryskami nieregularnych wątrobowych plam, niczym zastygłe w niepowtarzalnym wzorze krople starej krwi. Wzrok mącił mu się, nie był w stanie skoncentrować się na żadnym szczególe, tonął stopniowo coraz głębiej w mlecznej mgiełce. Nie mógł uporządkować własnych myśli – ledwie coś wśród nich zaświtało, ledwie próbował to pochwycić, rozmywało się jak mgielna zjawa, pozostawiając po sobie paniczny ból kłujący w piersi i poczucie dławiącej pustki. Sięgał do głowy, obejmował ją bezradnie, palcami błądził po głębokich bruzdach, jakby próbował prześledzić wici skomplikowanej pajęczyny, srebrzyste włosy zaplątywały się w rodowy pierścień i bez najmniejszego śladu bólu odrywały się od czaszki...

Człowieku?

Zerwał się panicznie, trącony lekko smoczym nosem. Wilgotna noc wdarła się w płuca wraz z głębokim oddechem, zakręciło mu się w głowie, krzyknął z bezsilności, nie przejmując się tym, jak daleko poniósł się jego głos.

Wszystko wokół żyło, świergotało, tętniło... On też był żywy. I jeszcze długo miał taki pozostać. Nawet jeśli bruzdy na twarzy się pogłębią, mięśnie zwiotczeją, stawy przemienią się w doskwierające ogniska cierpienia...

Bogowie!

Zerwał się na równe nogi, przeszedł kilka chwiejnych kroków i wsparł się ciężko o wapienny ostaniec w sercu polany. Chwilę oddychał głęboko, z gardła wydarł mu się jakiś przedziwny odgłos, coś pomiędzy jękiem, okrzykiem protestu a żałosnym szlochem.

Vrarghrze. Jarrhönn nachyliła wielki łeb i znowu trąciła go nosem. Praktycznie wcisnęła mu się pod pachę, tak jak wtedy, gdy była pisklakiem i natrętnie domagała się pieszczot. Nie umierasz. Co cię trapi? Nic nie rozumiem. Ty też jesteś wspaniały.

Ale jak długo? To takie żałosne. Większość swojego życia naśmiewał się z mężczyzn niczym przysłowiowego ognia bojących się magicznego wieku czterdziestu lat. Bo co to też było prócz zwykłej liczby w kalendarzu? To nie liczba określała mężczyznę. Liczba nie znaczyła zupełnie nic. Liczba pomagała w identyfikacji, w ustaleniu swojego miejsca w świecie, lecz...

No właśnie. Miejsce w świecie. Być może właśnie o to tutaj chodziło.

Człowieka, a zwłaszcza mężczyznę, określały zdrowie, młodość i siła. Jeśli nie byłeś zdrowy, młody i silny... to właściwie byłeś nikim. Wraz z ubytkiem sił, wraz z każdym kolejnym srebrzącym się włosem znikało męskie człowieczeństwo. Wraz z każdym dniem po czterdziestych urodzinach mężczyzna po troszeczku, po odrobince tracił człowieczeństwo... aż wreszcie stawał się starcem. Nie-mężczyzną. Nikim.

Czy wstydem było przyznanie się do panicznego lęku przed śmiercią i przemijaniem, gdy ledwo co uzyskało się stopień generała? Zapewne nie. Chyba że jednocześnie w wojnie widziało się jedyny przepis na życie, bez niej wypełnione niemożliwą do zniesienia pustką.

Być może wszystko byłoby w burzowym porządku, gdyby nie pojawiły się te sny. Każdej nocy spoglądał na swoje starcze ciało, obserwował, jak stopniowo zapada się w sobie i rozsypuje się wreszcie w rozwiewany przez wysokogórski wiatr pył, jak po prostu... znika. Przemija.

I to było najbardziej kurewsko przerażającą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział. Zawsze miał bujną wyobraźnię, ale żeby aż tak?

I dlaczego jego własna wyobraźnia próbowała go wykończyć?

Każdego burzowego dnia, odkąd to się zaczęło, budził się zlany potem, z sercem łomoczącym w piersi aż do bólu żeber. Po każdym przebudzeniu dopadał do najbliższego lustra i wpatrywał się w nie przez ładnych kilkanaście minut, by tylko upewnić się, że nadal jest... cóż, sobą. Co drugi dzień przejmował szkolenie oddziałów specjalnych, by sprawdzić, czy wciąż jest w stanie dotrzymać kroku młodzieńcom młodszym o ładnych piętnaście lat. Podejmował wszystkie rzucone mu wyzwania już od kilku miesięcy, choć przez te wszystkie lata otwarcie nimi gardził, uważając za rozrywkę dla tych, którym nie starczało poczucia własnej wartości...

Wciąż był w stanie pokonać każdego przeciwnika, który stawał naprzeciw niego. Wciąż był w stanie panować nad ciężkim mieczem tak, jakby był przedłużeniem jego ramienia, wciąż obracał klingę w samych palcach, gdy wymagała tego sytuacja. Wciąż był znacznie szybszy i silniejszy od najlepiej wyszkolonych młodzieńców z najlepszych jednostek, a każdego z nich przerastał przecież o przynajmniej pół głowy. Bogowie, nic się nie zmieniało – choć czoło i policzki znaczyły coraz głębsze bruzdy, choć w brodzie i włosach miał coraz więcej siwych pasm, jasno odcinających się na tle czerni, jego ciało nie traciło na sprawności, co było zasługą jedynej w swoim rodzaju smoczej magii. Czym było ludzkie czterdzieści lat, skoro jako jeźdźca czekało go jeszcze przynajmniej dwa razy tyle? To była połowa życia zwyczajnego człowieka, lecz dla takich jak on czterdziestka znaczyła ledwie jedną trzecią, przy pomyślnych wiatrach jedną czwartą. A jednak...

Cóż, jak na czterdziestoletniego jeźdźca wyglądał dość... staro. Wyglądał na te czterdzieści lat. Całkiem atrakcyjnie zachowane, ale jednak.

I cóż to było za kłucie w stawach? Co to było, ta dziwna poranna sztywność, którą stopniowo coraz ciężej było przegnać? Co to było, to wrażenie zimna, nawet gdy słońce świeciło wysoko na niebie...?

Pięść zapiekła żywym ogniem, gdy uderzył nią w kamień. Jarrhönn zmarszczyła nos i zamruczała, wypuszczając spomiędzy wyszczerzonych zębisk grad tęczowych iskier, gdy wyczuła żelazisty zapach jego świeżej krwi, lecz nie odezwała się. Śledziła go ognistym spojrzeniem, gdy odszedł na krawędź czarciego kręgu i spojrzał w stronę, gdzie znajdować się musiał cel wyprawy. Powoli zacisnął i rozprostował palce, zmuszając się do zachowania spokoju.

Być może właśnie po to była ta cała pieprzona wyprawa: by udowodnić coś sobie i innym. By upewnić się, że... wciąż żyje. Że nie stracił nic z młodzieńczego wigoru, dziecięcej ciekawości i gotowości na przygody. I być może dlatego tak upierał się, by dotrzeć tam na własnych nogach – by przekonać własne ciało, że wciąż jest do tego zdolne i długo jeszcze takie pozostanie.

Dlaczego masz iść, skoro możesz lecieć, durny człowieku?, warknęła smoczyca z jawną dezaprobatą.

Nie umiem ci tego wytłumaczyć, piękna. Zerknął na nią krótko, bawiąc się przeskakującymi między palcami iskrami. Po prostu... muszę to zrobić.

Twoje ciało ma już dosyć.

Jeszcze długo nie będzie miało dosyć. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Przecież już niedaleko.

Ech. Parsknęła pogardliwie i zupełnie po ludzku przewróciła ślepiami. Cóż ja ci mogę powiedzieć? Przecież też jesteś wspaniały, ja to wiem. Wszyscy to wiedzą. Nie musisz się tak męczyć. Wystarczy, że wespniesz się na to burzowe siodło i znajdziemy się tam w mgnienie.

Wiem. Ale pójdę tam na własnych nogach. Zapiął pas z mieczem, zarzucił na ramię torbę z resztkami prowiantu i wody. Byłabyś tylko tak miła i zapolowała po drodze.

Jest środek nocy. Jeszcze nie odpoczęłam. Rogaty łeb przechylił się na bok, jedno z oczu przymknęło się w sceptycznym wyrazie. Vrarghrze, po co się tak męczyć, skoro nie masz nawet pewności, że coś tam faktycznie jest?

Zatrzymał się wpół kroku. Nieprzyjemny dreszcz liznął go po plecach, zostawiając po sobie ścieżkę swędzącej gęsiej skórki.

Nawet tak nie mów – wycedził przez zaciśnięte zęby, nim zagłębił się w mętnej poświacie między powykręcanymi drzewami.

Jarrhönn parsknęła kolejny raz, tym razem z rezygnacją, i ponownie ułożyła się w pozycji najwygodniejszej do spania, nakrywając łeb perłowo białym skrzydłem. Dobrze wiedział, że w rzeczywistości śledziła go spod półprzymkniętych powiek, dopóki nie zlał się całkowicie z tańczącymi wokół cieniami.

Cztery dni. O tyle właśnie się pomyliła. Kto by pomyślał, że jego własny smok mógłby go tak haniebnie nie docenić?

Rozpoznał, że jest blisko, gdy otoczenie zaczęło się nagle zmieniać. Ściemniło się gwałtownie, zupełnie jakby bogowie nagle nakryli bagna gęstą tkaniną, powietrze zmieniło swój smak i zapach, coś nieuchwytnego przesycało je na samej granicy postrzegania, jak mętne księżycowe światło dostrzegane ledwie kątem oka, rozmywające się w mleczną nicość, gdy tylko zachciało się skupić na nim wzrok. Magia kipiała z każdej najdrobniejszej cząsteczki, skrzyła się niczym drobinki miki, wyostrzając zmysły i doprowadzając je do szaleństwa.

Niebo prawdopodobnie było granatowe. Miękkie, atłasowe, upstrzone kryształowymi odpryskami lśniących srebrzyście gwiazd i dwoma bliźniaczymi łukami księżyców, rozległe i wysokie jak nigdy.

Prawdopodobnie. Bo splątane na kształt ponurego sklepienia gałęzie drzew uniemożliwiały jego dojrzenie. Konary były niemal białe, choć miały w sobie nutę srebrzystej szarości, jakiej nabrać mogą jedynie świeżo ogryzione do czysta kości. Kora wybrzuszała się, plątała i burzyła, jak naciągana skóra, tworząc miniaturowe kratery, wstęgi i rzeki; księżycowy krajobraz księżycowego świata w samym sercu bagien, chronionego szczelnym baldachimem soczyście zielonych liści. Za dnia słońce przeświecało pewnie przez nie jak przez najdoskonalszy witraż, skrzyło się w rozległych kałużach nieruchomej, zupełnie czarnej wody, pomiędzy źdźbłami wysokich traw i krzewinkami kuszącymi rubinami gotowej do zerwania żurawiny. Podświetlało zalegającą mniej więcej na wysokości kolan mgiełkę, złocąc ją i pieszcząc milionami tęczowych refleksów. Grzało skrzydełka ważek wielkości pięści, o odwłokach jak wykonane z macicy perłowej, lizało skrzydła śpiewających ptaków, pompowało w ich ciała ożywczą energię i natchnienie potrzebne do snucia skomplikowanych pieśni. Nagrzewało powierzchnie sterczących tu i tam z ziemi głazów, zachęcając, by spocząć na nich przynajmniej na jedną krótką chwilę...

Tylko że teraz była noc. I nic nie było już takie samo.

Drzewa wyglądały jak powykręcane groteskowo ciała, jak żywe istoty dręczone bolesnym reumatyzmem, zniekształcającym stawy i całe kończyny. Woda rozlewała się plamami nieprzeniknionej czerni, matowej i posępnej niczym dziura wyrwana w samej rzeczywistości. Trawy nie poruszały się, rubinowy blask owoców powlekał się nierzucającą w oczy szarością. Ptaki nadal tu były, owszem – one zdawały się nie milknąć nigdy, lecz to nie były te same, które odzywały się w dzień. Ich pojedyncze krzyki brzmiały jak szepty ponurych, potężnych istot, wietrzących obecność kogoś niepożądanego. Intruza, którego należało przepędzić...

Bagna nawet w środku nocy tętniły życiem. Żaby rechotały, co jakiś czas rozlegał się plusk nieostrożnej ryby, mącącej powierzchnię gęstej od błota kałuży. Świerszcze grały głośno, skryte w najbardziej niedostępnych zakamarkach, czyniąc poleganie na słuchu zupełnie niemożliwym. Całe szczęście, że wzrok dawał radę...

O tak... tutaj było widno.

Błędne ognie tańczyły na rozkosznie miękkich fałdach zielonego mchu. Igrały z włosiem traw, błąkały się między suchymi konarami, jak suche, pokrzywione palce wyciągającymi się w stronę nieprzeniknionego zielonego sklepienia. Przemykały po powierzchni błotnistej wody, myląc oczy tysiącami złudnych odbić. Podświetlały snującą się nisko, miejscami gęstą jak mleko mgłę. Rozświetlały się na krótką chwilę, migotały na samej krawędzi pola widzenia... a następnie gasły, nim ludzki refleks pozwoliłby skierować w ich stronę wzrok. Ale nie tylko one się skrzyły... Gdzieś niedaleko znajdowało się źródło cudownie zielonego, łagodnego blasku, pozwalającego zobaczyć wszystkie szczegóły ścieżki i światło bijące z oczu czających się w zaroślach stworzeń, w milczeniu obserwujących kulawy marsz Vrarghra.

Tak, kulawy. Bo gdy już myślał, że jest blisko, gdy już zdawało mu się, że dostrzega błysk szarego kamienia między drzewami, wyskoczyło na niego jakieś burzowe paskudztwo. Gad był wielkości średnio wyrośniętego psa i z całą pewnością nie klasyfikował się do niczego, co widział kiedykolwiek wcześniej, być może dlatego zamiast zareagować odpowiednio szybko i odwinąć się mieczem, wgapił się w niego jak cielę w malowane wrota i dopuścił na tyle blisko, że zwierzę zdołało przewrócić go na ziemię. Kawałek gruntu osunął się pod ich ciężarem, stoczyli się na dół niewielkiego wzniesienia; w porośniętej paskudną szarą skórą paszczy zdążyły zakwitnąć parszywe zębiska, miecz kolejny raz chybił celu, zbyt nieporęczny w zwarciu; iskry bólu zapłonęły przed oczami, gdy pożółkłe siekacze wgryzły się w prawą nogę tuż nad kolanem...

Stworzenie, choć smocza stal przebiło jego bok na wylot tuż po ataku, choć wszystkie cienie z okolicy, posłuszne woli Vrarghra, owinęły się wokół jego porośniętego szczeciną gardła, choć boki miało popalone żywym ogniem, rozluźniło szczęki dopiero wtedy, gdy ogromny kształt opadł z nieba, przewracając okoliczne drzewa i rycząc potwornie, zamachnął się na niego szponiastą łapą. Choć wielkością dorównywało najmniejszemu pazurowi Jarrhönn, zwierzę stawiło zaciekły opór, czepiając się smoczycy wszystkimi czterema łapami, i zginęło dopiero zmiażdżone jej kłami.

Co to było, do kurwy nędzy? – Vrarghr tylko tyle umiał wydusić, z trudem wstając z ziemi, wspierając się na okrwawionym mieczu jak na lasce. Posoka miała intensywnie fioletową barwę i mieniła się w słabym świetle błędnych ogni niczym macica perłowa, rozsyłając wokół tęczowe refleksy.

To raczej ja powinnam była spytać. Na chwilę nie można cię zostawić samego, człowieku. Jarrhönn oblizała się rozwidlonym językiem, krzywiąc się lekko po przełknięciu truchła. Najsmaczniejsze też nie było. Choć sycące. Nie tak słodkie jak ten stajenny, który...

Dość! – Posłał jej ciężkie spojrzenie, z ledwością powstrzymując palące skórę płomienie.

A ty nadal jesteś o to obrażony?, żachnęła się, nie kryjąc znudzenia. Dałbyś już spokój, przecież nic takiego się nie stało.

Rzeczony stajenny był człowiekiem i zostawił po sobie żonę i czwórkę małych dzieci. I kosztował mnie połowę mojego rocznego żołdu! Zmełł przekleństwo, gdy wściekła iskra bólu rozlała się palącym płomieniem po całej nodze. Na czarnym materiale spodni już rozkładała płatki plama szkarłatu. Na samo wspomnienie pożółkłych zębisk, właśnie trawiących się w smoczym żołądku, poczuł mdłości.

Będziesz wypominać mi grzeszki przeszłości, zamiast skupić się na tym, dlaczego nie zauważyłeś tego... czegoś? Łeb przechylił się z ciekawością. Czy to było właśnie to coś, co wy, ludzie, nazywacie taktyczną zmianą tematu? Bo nie rozumiem.

Grzeszki... powtórzył i roześmiał się bezradnie przez łzy. Widoczne w rozcięciu ślady po ugryzieniu nie wyglądały wyjątkowo źle, lecz bolały naprawdę paskudnie. Zwłaszcza gdy przywołał Aspekt Ognia i spróbował przypalić ich krawędzie.

Czy teraz usiądziesz już grzecznie w siodle? Jarrhönn wydawała się uśmiechać.

Na chwilę przerwał ten pieprzony zabieg i rozejrzał się ostrożnie. Gdzieś tam, między drzewami faktycznie coś było. Coś, co...

Dam radę, warknął krótko.

Smoczyca parsknęła, machnęła ogromnymi skrzydłami, omal nie zwalając go z nóg podmuchem powietrza, i wyskoczyła w górę, w przesycone wilgocią burzowe powietrze.

I tu właśnie tkwiło źródło określenia „kulawy marsz”.

Ogień powinien wypalić zakażone tkanki. Powinien oczyścić rany, powinien... cóż, zasklepić je na tyle, by po przewiązaniu bandażem był w stanie kontynuować marsz w miarę swobodnie. Lecz z jakiegoś powodu tak się nie stało. Być może nieznana bestia była jadowita. Grunt, że trzeba było jedynie dwóch, może trzech godzin, by zaczął gorączkować. Skórę zlał mu lodowaty pot, twarz paliła niemal nie do wytrzymania – w chwilach desperacji tulił do niej ostrze miecza, napawając się zbawczym chłodem smoczej stali. Ochlapywał ubranie brudną wodą z czarnych bajor, moczył włosy dla chwilowej ulgi, jaką dawała ściekająca z opadających kosmyków wilgoć. Świat dwoił i troił się przed oczami – burzowy wielofasetowy, bajkowy świat, jak żywcem wyciągnięty z ilustracji w książce dla dzieci, zupełnie inny w zależności od tego, którym okiem na niego spoglądał: szarym czy czarnym. Świat o smaku podszytego zgnilizną popiołu...

Drobinki czystej magii również wyglądały jak popiół, sypiący się z nieba drobnym śnieżkiem i osiadający we włosach i na ubraniu, lepiący się do wilgotnej skóry, zatykający nos i usta. Drzewa były nim równomiernie pokryte – burzowe cmentarzysko nadziei i wszelkiej życiowej energii, durnych marzeń, którymi kierował się niczym małe dziecko, miast zaakceptować z pokorą własne ograniczenia, miast zdławić idiotyczną dumę w zarodku i dać się nieść wysoko w ołowiane niebo na smoczych skrzydłach, rozgarniających prądy wilgotnego powietrza.

Jarrhönn śpiewała cicho w jego myślach jakąś pradawną melodię, zrozumiałą być może jedynie dla dzikich o pokruszonych umysłach lub tych, którzy tak jak ona wykluli się z niewłaściwego jaja. Próbowała go uspokoić, próbowała zawrócić bieg jego rozproszonych myśli, lecz jej wysiłki szły na marne – być może sam nie chciał, aby zawracać rzekę, skoro już wylała. Być może po prostu musiał się z tym zmierzyć. Być może to była część próby? Być może nie zasługiwałby na czekającą na końcu drogi nagrodę, gdyby nie zdołał stawić czoła własnym demonom. Jebane katharsis. Sam nie wiedział, czy roześmiał się głośno na tę myśl, czy jedynie o tym pomyślał. Już od jakiegoś czasu coraz ciężej było mu utrzymać się w pionie, coraz częściej wykorzystywał kolejne drzewa w charakterze podpory, dryfował między kolejnymi dającymi oparcie pniami, czepiając się ich zdrewniałymi palcami. Wszystko, byle nie upaść – gdyby pozwolił sobie spocząć choć na chwilę w tym rozkosznie miękkim mchu, z pewnością nie zdołałby powstać więcej. Musiałby odpocząć...

Durny człowiek, pomstowała Jarrhönn gdzieś tuż nad jego głową – tak bliska, lecz tak daleka, skryta między nisko zawieszonymi chmurami. Czy mogę już cię ponieść?

Nie boisz się, że umrę od jadu? Jakiś okruch realności pozwolił mu sformułować sensowne pytanie i zaczekać na odpowiedź dłużącą się w nieskończoność chwilę, zanim ponownie utonął w transcendentnej nicości.

Nie umrzesz od tego, głupcze. Gdzieś wysoko rozwidlony język wydłubywał spomiędzy wilczych zębisk resztki gadziego mięsa. Trucizna powinna tylko utrudnić ci życie. Wystarczająco, byś zmądrzał... chyba. Bardziej martwiłabym się o ilość krwi, którą tracisz.

Tracił krew? Zabawne. Szkarłat wciąż wyciekał ze śladów po ostrych zębach. Powinno go być aż tyle? Przecież przypalone rany... Zawsze leczył się w ten sposób na polu bitwy, nim dodarł do uzdrowiciela, i nigdy nie było czerwieni aż tyle.

A zresztą... czy to ważne? Próba. Zostańmy przy tym, że to pieprzona próba. Zanucił pod nosem dziecięcą piosenkę, która nagle na krótką chwilę rozbrzmiała w jego myślach. Skąd on ją znał...?

Ach, no tak. Ojciec mu ją śpiewał. Wtedy, gdy był jeszcze za mały, aby unieść miecz, i potem, choć już zupełnie innym tonem. Miękkie, troskliwe słowa zastąpiło coś obcego – cynizm, złośliwość... coś, czego nie znał nigdy wcześniej. Coś, czego nie chciał słyszeć. Coś, co sprawiało, że najchętniej wpełznąłby z powrotem do kołyski, chowając się przed całym światem za koronkową woalką, zwisającą z jej daszka, otulając się mlecznym zapachem, kojarzonym z matczynym ciepłem i miękkością ostrożnego dotyku, ze słodyczą i blaskiem, z tym, co... sam nie wiedział, czy było prawdą, czy jedynie ślicznym snem, utkanym w zbyt bujnej wyobraźni dla przyobleczenia szarej prawdy w nieco koloru i życia.

Och, jesteśmy tak zmęczeni...

Unieś ten burzowy mecz! Wyżej!

Obserwując was wysoko, z katedralnych wież...

Do niczego się nie nadajesz, gówniarzu!

Patrzymy, jak świat wygasa, wysoko pomiędzy chmurami...

Jak ja cię teraz matce pokażę?

W katedralnych wieżach, ponad wszystkimi światami...

Cztery zęby i porządne rozcięcie, biegnące od ucha aż do kącika ust. Dokładnie tyle kosztowało go uderzenie ojcowskiego miecza. Pamiętał to z obrzydliwą dokładnością: jak trudne wydawało się podniesienie z zalanego krwią bruku, jak ciężka była treningowa klinga, dostosowana wielkością do kogoś znacznie wyższego niż wyjątkowo wątły czterolatek, jak szczypały łzy, zalewające solą świeże rany.

Wstawaj, dzieciaku! – Ojcowska klinga zawsze wciskała się pod jego ciało, próbowała odkleić go od ziemi, przetoczyć na bok jak krwawy ochłap.

Och, czasami jesteśmy tak zmęczeni

Obserwując, jak świat zachodzi mgłą

Czas na rezygnację, czas na sen

Wysoko, daleko, pod samym niebem hen

Wstawaj!

Vrarghr z trudem odkleił się od bielejącego kościstym blaskiem pnia, zmusił się do postawienia kolejnego kroku naprzód. Bogowie, Jarrhönn mówiła przecież, że go to nie zabije!

Doskonale pamiętał ciężar ojcowskiej pięści. Pamiętał, jak jej kostki wwiercały się w ciało tam, gdzie bolało najbardziej, pamiętał nawet smak znaczącego ją potu, mieszającego się z jego własnym. Pamiętał...

Cóż, pamiętał, ile mu zawdzięczał. Czy byłby dzisiaj sobą, gdyby nie ojciec? Czy byłby generałem z tyloma odznaczeniami? Czy byłby jednym z najbardziej cenionych dowódców, wznoszących miecz przeciw Creonii? Czy panowałby nad na wpół szalonym smokiem i...

Bogowie, ale co właściwie byłoby złego w byciu nie-nim? Co byłoby złego w tym, gdyby ojciec, zamiast bić go do nieprzytomności, dopóki nie przelewał mu się w rękach jak kukła, wyciągnął dłoń i pomógł wstać? Gdyby cierpliwym głosem tłumaczył, jak trzymać miecz, zamiast uderzać własną klingą po kostkach palców, gdy tylko przyjął złą postawę? Gdyby klękał i głaskał go po głowie, gdy się potknął, zamiast kopać po żebrach?

Co by było złego, gdyby matka choć raz wpadła między nich, przygarnęła go do swojej piersi, nie zważając na krew lejącą się z kolejny raz złamanego nosa i setki drobnych ran, osłaniając własnym ciałem? Gdyby powiedziała stanowczo „nie”? Przecież ojciec by jej posłuchał. Ojciec zawsze jej słuchał i nigdy nie podniósł na nią nawet głosu.

Drzewo jęknęło, gdy uderzył je pięścią. Być może krzyknął. Miał wrażenie, że ojciec stoi nad nim, wznosząc drewniany miecz z ołowianym rdzeniem – nad nim klęczącym w bagnistej wodzie i nie mogącym podnieść się na nogi...

Odpierdol się ode mnie! – ryknął na całe gardło. Jakiś ptak odpowiedział mu skrzekiem, podrywając się z gałęzi, strącając na ziemię kilka na wpół zmumifikowanych liści, okruchów roślinnego szkieletu delikatnego jak koronka...

Ojca tam nie było. Bogowie, ojciec dawno nie podniósł na niego ręki – nie, bo odkąd czternastoletni syn przerósł go o głowę, zbyt mocno bał się odwetu. I słusznie. Vrarghr Lemarr stosunkowo szybko z chuderlawego, chorowitego dziecka przeobraził się w rosnącego jak na drożdżach, silnego ponad wiek młodzieńca. Stał się dokładnie tym, czego chciał jego ojciec. Starzejący się lord Lemarr, w wieku czterdziestu pięciu lat powołujący do życia pierwsze, długo wyczekiwane dziecko, tego właśnie pragnął: potężnego syna, z którego mógłby być dumny. Syna, który bez trudu dzierżyłby ciężki miecz i dowodził oddziałami, który być może dosiadałby smoka...

Ciekawe, dlaczego więc zawsze było mu mało? Dlaczego nie docenił tego, co otrzymał? Dlaczego skwitował wzruszeniem ramion, gdy syn pierwszy raz wygrał uczciwy pojedynek z renomowanym nauczycielem szermierki, sprowadzonym aż ze szkoły wojskowej z Myllhaven? Dlaczego dał mu w twarz, gdy pełen zapału, przyszedł podzielić się z nim nowiną o znalezieniu smoczego jaja? Dlaczego jego awans na generała i kolejny order na piersi skwitował suchym „i cóż z tego”, choć sam nie zdołał wspiąć się ponad stopień majora przed emeryturą i nigdy nie miał na tyle odwagi, by choćby pogładzić smoczy nos? Jarrhönn obchodził szerokim łukiem, nigdy nie nawiązując kontaktu wzrokowego, nawet gdy była pisklakiem, spędzającym większość czasu na ramieniu Vrarghra.

Prawdopodobnie czego by nie zrobił, nigdy nie wprawiłby ojca w dumę. Ale wystarczyłby zwykły szok... na przykład taki, jakiego ten doznałby, gdyby jego syn wrócił z urlopu związany z dawno zapomnianym Mgielnym Ostrzem, które znano jedynie z mętnych legend.

To naprawdę było śmieszne. Czy mając czterdzieści lat, wciąż powinien tak przejmować się zdaniem ojca, choć ten już od jakiegoś czasu nie podnosił się ze swojego fotela na kółkach?

Tym razem zauważył ruch w jego najdrobniejszym zarzewiu. Wystarczyło mgnienie dostrzeżone kątem oka...

To był... szkielet? Obciągnięta resztką poszarzałej skóry twarz wyszczerzyła na niego pieńki poczerniałych zębów, wznosząc zardzewiały miecz. Czarne oczodoły, ledwo widoczne spod nisko opadającej krawędzi za dużego hełmu o archaicznym kroju, były zupełnie puste i pozbawione emocji, choć przenikliwe w jakiś przedziwny, przyprawiający o ciarki sposób – to spoglądała na niego sama nieskończona pustka z trzewi Otchłani Radrossa...

Otchłań nie wydawała się taka skora do podglądania, gdy zdekapitowało ją celne uderzenie białego miecza. Jarrhönn zaryczała gardłowo, gdy nadgniłe kości rozsypały się po rajskiej kołderce z seledynowego mchu, siejąc wokół drobinkami parującego popiołu.

Tylko tego mi, kurwa, brakowało – wycedził przez zaciśnięte zęby. Coś zakłuło go w przeponie, aż musiał zgiąć się w pół, dławiąc okrzyk. Bardziej bólu czy zaskoczenia? Kolejna niewiadoma.

Następna postać zjawiła się z prawej strony. Wyłoniła się z bagiennej mgły niepostrzeżenie, cicho, jakoś tak... nierzeczywiście, aż przez ułamek sekundy przemknęło mu przez myśl, że jest jedynie tworem wybujałej, wspomożonej trucizną wyobraźni, a nie czymś, z czym należało walczyć, jednak wyraźny opór, jaki poczuł, uderzając mieczem w kościany bark, świadczył o czymś zupełnie innym. Upiór krzyknął jak smocze pisklę, rozdziawiając szeroko zębate usta, czarna krew trysnęła na perłową klingę, zalewając rękojeść w kształcie rozkładającego skrzydła smoka. Vrarghr szarpnął broń, wyrywając ją z rany, i uderzył jeszcze raz, przecinając postać na pół.

Nie na darmo zatrudniony przez ojca nauczyciel szermierki powtarzał pozornie złośliwie, lecz ze z trudem maskowanym podziwem, że zwykł mieczem rąbać jak toporem... Miał wystarczająco dużo siły, by sobie na to pozwolić. Prawdopodobnie szybko oduczyłby się tego nawyku, gdyby przyszło mu zmierzyć się z kimś podobnego wzrostu i siły, lecz dopóki tak się nie stało, mógł uważać to za swoją mocną stronę.

Zatrzeszczało drzewo, złapane smoczymi zębami i wyrwane z korzeniami z wilgotnej ziemi. Wściekła Jarrhönn spróbowała wylądować, lecz kolejne rośliny nie poddały się tak łatwo – twarde gałęzie zraniły ją w brzuch, wciskając się między kostne tarczki zabezpieczające wrażliwą skórę; posypało się kilka perłowych łusek.

Mam wszystko pod kontrolą, wycedził w jej stronę. Troskliwe czerwone spojrzenie prawie osadziło go w miejscu, lecz...

Do tego był przecież stworzony. Jad tego bogowie-wiedzą-czego nie był w stanie go powstrzymać. Skoro nie miał go zabić, to znaczy, że stanowił jedynie chwilową niedogodność. I kuszące wyzwanie.

Upiory pojawiały się jakby znikąd, wysiąkały z rozwiewanej słonecznym blaskiem mgły, z gasnących błędnych ogni, z blasku roślin, których nikt prawdopodobnie nigdy nie nazwał. Wznosiły pordzewiałą broń, krzycząc i kłapiąc szczękami jak dzikie zwierzęta. Dreszcz ekscytacji wzburzył mu krew, sprawiając, że na chwilę zapomniał o bólu w pokiereszowanej nodze – nie na tyle, by zapomnieć ją oszczędzać, lecz wystarczająco, by móc skupić się na tym, co ważniejsze. Zakręcił ciężkim mieczem w palcach i skierował sztych w stronę najbliższej postaci, śmiejąc się głośno.

Jak szaleniec? Może. Ale kogo to tak naprawdę obchodziło? Najważniejsze, że czuł się żyw jak nigdy. Choć świat tańczył mu przed oczami, jakby dopiero co wyłonił się po wielu zakrapianych godzinach z tawerny, mięśnie wiedziały, co powinny robić. Pamięć mięśniowa, tak? Skoro istniało coś takiego, należało z tego korzystać, gdy umysł mąciły inne kwestie.

Na przykład wyciekająca ci z ran krew!, ryknęła Jarrhönn. Zignorował ją. Dobrze wiedział, że zaczynała panikować na długo przed tym, nim zrobiło się naprawdę poważnie, a wkraczała do akcji zawsze wtedy, gdy miała jeszcze stuprocentową gwarancję, że jej jeźdźcowi nie spadnie przysłowiowy włos z głowy. Choć lubiła zgrywać troskliwą kwokę, wierzyła w jego siły mocniej, niż skłonna była przyznać. Obserwowała, czekała... szanowała jego pragnienie prześcignięcia własnych słabości.

Szkielet rozpadł się, trafiony z półobrotu. Dwa kolejne rzuciły się na niego jednocześnie – jeden skończył z ostrzem w prawym oczodole, zanim zdołał dosięgnąć go swoim krótkim mieczem, drugi runął na ziemię i właściwie nakrył się własnymi nogami, trafiony pięścią. Ojciec tak burzowo przeżywał, że Vrarghr nigdy nie opanował finezyjnej walki...

Pierdol się – wycedził, spluwając krwią z wargi rozciętej sztychem archaicznego miecza. Jego właściciel w tej samej sekundzie skończył jako kupka dymiących kości, gdy biała klinga rozłupała mu czaszkę na pół i zatrzymała się dopiero w okolicy mostka.

Po co walczyć finezyjnie, skoro wystarczy walczyć skutecznie? Finezyjna walka przystawała mężczyznom o drobnej lub standardowej sylwetce. Tym, którzy techniką nadrabiali to, czego im brakowało. Vrarghrowi w zasadzie nie brakowało ani siły, ani techniki, a siła dawała zdecydowanie większą satysfakcję.

Bogowie, dlaczego tylko w takich sytuacjach czuł, że jest... prawdziwy?

Kolejny szkielet spróbował złapać go za ramię. Bez specjalnego trudu szarpnął wolną ręką, przerzucając go nad głową – jak ciężką kulą cisnął nim w dwa kolejne, cała trójka potoczyła się w dół wzniesienia, wzbijając tuman złocistej magii i zielonkawego roślinnego pyłku o błotnisto-kwaśnym zapachu. Następny próbował zajść go z lewej strony – wystarczyło lekko okręcić nadgarstek, aby miecz zgruchotał jego kręgi szyjne. Następnego przeciwnika kopnął z półobrotu, rozgniatając praktycznie na nachylonym pniu drzewa, a celującego w niego od boku wojownika w zardzewiałej płytowej zbroi potraktował wiązką ostrych jak brzytwy cieni, gdy zorientował się, że nie zdoła w porę uwolnić miecza, wbitego głęboko w drzewną korę po tym, jak zamachnął się na szkielet niski jak dziecko, mierzący z porośniętej glonami kuszy. Zbłąkany bełt ze świstem zniknął między gałęziami.

I nagle wszystko się skończyło, a przed nim otworzyła się wolna przestrzeń.

Granatowo-fioletowe niebo zwieszało się nisko, między kłębiącymi się chmurami przemykały różowe błyskawice. Pod nim wznosiła się iglica z czarnego kamienia, otoczona omszałymi głazami, formującymi się w kształt okazałej, choć przegrywającej walkę z czasem warowni. Porośnięta kruchymi porostami ścieżka prowadziła do stalowych wrót, rzeźbionych w kształt wysadzanego szlachetnymi kamieniami drzewa, obejmującego coś, co wyglądało jak kula ziemska o nieco groteskowym, spłaszczonym kształcie.

I... tyle? – Musiał wesprzeć się na pniu drzewa, żeby nie upaść. Dyszał ciężko, nogawkę miał całkowicie przesiąkniętą krwią, lecz oprócz tego umysł miał całkowicie przytomny.

Jarrhönn przemknęła bo burzowym niebie i wylądowała z łopotem skrzydeł, dopadając nisko do ziemi. Pastelowe porosty chrupały pod jej ciężarem jak drobne kosteczki, kruszone podeszwami ciężkich butów. W czerwonych ślepiach szalał ogień, podobnie jak pod jego skórą, domagając się wyjścia na zewnątrz. Wiązka cieni drżała w zaciśniętej prawej pięści, gotowa wyruszyć na zwiad.

Nie wiemy, co czeka na nas w środku, syknęła, smakując językiem powietrze. Uniosła łeb, cała drżała z tłumionej ekscytacji.

A więc... może sprawdzimy?

Wreszcie gadasz z sensem, człowieku.

Błyskawica prześlizgnęła się po niebie, dzieląc je na dwie zębate połowy. Rozległ się trzask rozrywanej materii świata, ciężkie krople zarysowały owalne ślady na materiale czarnej koszuli i poznaczyły skrzącymi się brylantami łuski Jarrhönn. Smoczyca zerknęła na Vrarghra kątem oka i ruszyła naprzód, stawiając łapy z ostrożnością i wdziękiem wielkiego kota. Podążył za nią, szybko wysforował się naprzód, gdy zwolniła, dostosowując się do jego kuśtykania. W połowie drogi do żelaznych drzwi zatrzymał się, by poprawić opatrunek na udzie, niepewny, czy cokolwiek w ogóle dawał – materiał tak nasiąknął czerwienią, że mógłby go z niej wyżymać. Powinien sięgnąć do juków po nowe bandaże, lecz miejsce nie sprawiało wrażenia sprzyjającego dłuższym postojom. Wręcz przeciwnie – choć było tam niezaprzeczalnie pięknie, instynkt nakazywał mu jak najszybciej znaleźć to, po co przyszedł, i wziąć nogi za pas, nie oglądając się za siebie.

Chwilę wahał się, nim dotknął wrót, lecz po przeskanowaniu ich ciekawskimi mackami cieni wsparł się na nich całym ciężarem. Wzrok mu szwankował, w głowie się kręciło – cudowna sprawa, czuł się tak, jakby tajemniczy gad z żołądka Jarrhönn przeżuł go całego i wypluł w kupkę łajna. Zaniepokojona smoczyca kiwała łbem na boki w takt melodii, którą słyszała tylko ona sama; czerwone ślepia o wrzecionowatych źrenicach koncentrowały się na nim, jakby przez samo to była w stanie napompować go częścią własnej mocy. Nie wypowiedziała jeszcze pogardliwego „a nie mówiłam”, choć wiedział równie dobrze jak ona sama, jak mocno paliło ją to w myślowe gardło.

Powiódł palcami w ślad za cieniami, badając ostrożnie krzywizny kunsztownego grawerunku. Miał wrażenie, że metal szepcze do niego w obcym, świszczącym języku...

Albo halucynacje właśnie wkraczały na nowy poziom i jego popaprany umysł doskonale się bawił, wykorzystując sytuację. Zagryzając mocno zęby w grymasie bólu, pchnął wrota, napierając na nie całym ciężarem. Drzewo pękło na pół, rozpadł się zniekształcony glob pośród korzeni, szczelina stopniowo stawała się coraz większa... zawiasy zgrzytnęły jękliwie i zablokowały się, gdy był w stanie zmieścić do środka fragment dłoni. Zaklął wściekle, naparł jeszcze raz, lecz nic to nie dało – nawet z dwiema sprawnymi nogami i w pełni sił musiałby pogodzić się z porażką.

W dachu jest dziura, mruknęła Jarrhönn z ledwie maskowaną ciekawością. Mogę tam zajrzeć i pokazać ci, co widzę.

Pomożesz mi bardziej, otwierając te burzowe drzwi.

Nie jesteś ciekaw, co...

Jestem ciekaw, jak wnętrze wygląda, widziane moimi durnymi, ludzkimi oczami. Sarknął wściekle, odsuwając się na kilka kroków i wskazując drzwi zapraszającym gestem. Mogłabyś...?

Pazurzasta łapa grzmotnęła w stal bez śladu subtelności, rozprysnęły się skrzesane pazurami iskry. Vrarghr odruchowo skulił się, osłaniając dłońmi twarz – w samą porę, bo kamienny odłamek kruszejącego portalu przeszybował z gwizdem dokładnie w tym miejscu, w którym przed sekundą znajdowała się jego głowa.

Do kurwy nędzy...! – wykrztusił przez zaciśnięte gardło.

No co? Rogaty łeb przechylił się pytająco. Błysnęły wyszczerzone w uśmiechu kły, w źrenicach lśniły figlarne ogniki. Naucz się precyzować polecenia, człowieku, a nie potem masz pretensje...

To, że budynek się nie zawalił, powinien uznać za jebany cud. Ostrożnie przekroczył próg, minął wygięte wrota, leżące pośrodku mrocznego korytarza, krzywiąc się kwaśno na widok nieodwracalnych zniszczeń wśród misternych rzeźbień. Bogowie wiedzą, ile to ma lat, coś takiego musiało być bezcenne... Wyklinając w myślach na samego siebie, zawrócił i zebrał z porośniętej glonami posadzki tyle odpadłych od rzeźbień szlachetnych kamieni, ile zmieściło mu się w kieszeniach. Zabytek zabytkiem, ale odszkodowanie za stajennego naprawdę mocno nadszarpnęło jego budżet.

To musiała być katedra. Z wąskiego korytarza wszedł do rozległej sali o zarwanym sklepieniu – światło przenikało przez sterczące jak połamane żebra resztki belek stropowych, opromieniając kamienną płytę na podwyższeniu, za którą znajdował się okrągły witraż w formie niebiesko-zielonej rozety. Mech porastał wszystko mięciutką, soczyście zieloną kołderką, kusząc wizją odpoczynku – tylko na chwilę, tylko na parę sekund, dopóki noga nie przestanie boleć, dopóki nie ustaną zawroty głowy i to paskudne uczucie w żołądku, dopóki siła nie powróci w palące ze zmęczenia mięśnie... Liany bluszczu porastały resztki sklepienia i zwieszały się z wietrzejących, kamiennych ścian – kamieni tak zniszczonych, że wyglądały jak po prostu rzucone jedne na drugie, bez śladu wykruszonej zaprawy.

Miecz tam był. Wbity w kamienny postument jak nóż w kostkę masła – długi i na pierwszy rzut oka bardzo ciężki, znacznie większy niż zwyczajne miecze, jak wykuty specjalnie dla kogoś jego wzrostu. Rękojeść prezentowała się nadzwyczaj prosto, choć pamiętał przecież, jak bajecznie zdobne były Mgielne Ostrza, które widział – w tym jedynym dekoracyjnym elementem wydawało się odrobinę pofalowane zbrocze.

Może to wcale nie było Mgielne Ostrze, tylko jakiś zwyczajny kawałek stali, wbity tutaj dla zabawy? Dla świetnego kawału...?

Prawie się roześmiał.

Cieniste macki nie wyczuwały zagrożenia. Kipiące magią powietrze z bagiennego lasu tutaj nie docierało, wszystko wydawało się aż nazbyt zwyczajne. Nic nie zaiskrzyło, gdy dotknął rękojeści miecza, nie rozległ się wybuch, paskudna energia nie odrzuciła go daleko, gdy szarpnął i wyciągnął broń z kamienia. Wyszła zaskakująco łatwo, zostawiając po sobie głęboką szczelinę i ledwo dostrzegalne smugi zielonkawej mgły. Poczuł cokolwiek dopiero w chwili, gdy stal całkowicie straciła kontakt z kamieniem – rozkoszny dreszcz liznął go wzdłuż kręgosłupa, rozlał się w żyłach ogniem świeżej energii, nieporównywalnej z niczym, co czuł do tej pory. Bojąc się nieco efektu, odsunął lewą rękę z mieczem na bok i pozwolił, aby wyślizgnął mu się z palców, a gdy zniknął w tumanach mgły, by następnie zmaterializować się powoli z powrotem, gdy ułożył dłoń w pozycji Przywołania, nabrał pewności – to faktycznie było Mgielne Ostrze z legend, którego szukano od kilkuset lat.

Ładne kwiatki – mruknął pod nosem. – Chyba sam do końca w to nie wierzyłem.

Czy w takim razie możemy już wracać do domu? Jarrhönn, w całkowitym braku poszanowania dla doniosłej chwili, kręciła się niecierpliwie na zewnątrz, drapiąc ziemię pazurami. Jestem głodna.

Ostrożnie rozchylił rozdarcie w materiale spodni, odsunął krawędź ociekającego krwią bandaża. Rany po ugryzieniu zniknęły bez śladu. Wiązanie zadziałało.

Roześmiał się z ulgi i niedowierzania jednocześnie.

Jeśli zgodzisz się wrócić w siodle, to obiecuję przez najbliższe pół roku nie zjadać żadnego stajennego. Czerwone oko łypnęło przez dziurę w stropie. O ile nie będzie się bardzo prosił, oczywiście.

Jak szybko jesteś w stanie dolecieć do Havre?

Smoczyca parsknęła pogardliwie.

Teraz to mu się śpieszy... burknęła złośliwie. Daj mi cztery dni. Przecież jestem wspaniała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz