niedziela, 18 stycznia 2026

Rozdział 29

 

Nie mogła zasnąć. Lepka ciemność oblepiała jej zroszone potem ciało, myśli nie dawały spokoju, powodując szybsze bicie serca...

Możliwe, że drzemała przez krótką chwilę, tuż po tym, jak położyła się do łóżka, zanim obudziły ją narastające w głowie szepty – zanim przemieniły się one w krzyk. Ledwie jednak otworzyła oczy, głos ucichł... oddalił się...

Sama już nie wiedziała, czy sobie go nie ubzdurała. Na pewno jednak nie uroiła jej się pustka i chłód po drugiej stronie materaca, tam, gdzie powinno znajdować się drugie ciało – tak rozkosznie ciepłe, gotowe objąć ramionami, takie...

Ta, jasne. Roześmiała się głośno, nie wiedząc kiedy, i usiadła, uderzając pięścią w poduszkę. I jeszcze raz. I jeszcze, aż całkowicie straciła dech, a mięśnie zaczęły mrowić ją z wysiłku. Dopiero wtedy Vivienne z trudem uniosła głowę i wzniosła oczy ku górze, tam, gdzie za powłoką z pięknie malowanego sklepienia znajdowało się wysokie niebo, nieczułe na to, co próbowało się z niej wylać.

Była sama. Kolejny raz. Drell znowu zniknął – choć tak nie do końca, bo przecież doskonale wiedziała, gdzie był. Doskonale wiedziała, czyje łoże grzał już od ładnych paru tygodni, na czyje powłóczyste spojrzenia nie potrafił być obojętny, w czyjej obecności burzyły się jego krew i zmysły.

Czy ona choć przez chwilę pobudzała go w ten sposób? Czy od samego początku traktował ją jedynie jak obowiązek?

Ze złością odrzuciła kołdrę, wstała z miękkiego, nieprzytulnego łóżka i jakiś czas krążyła po komnacie, nim rozpierająca ją wściekłość wygnała ją na korytarz. Chwilę oddychała chłodnym powietrzem, pławiła się w lodowatym przeciągu, którego źródła nie była w stanie odnaleźć...

Znowu szeptał. Gdyby tylko wiedziała, gdzie był, pokazałaby mu środkowy palec i uciekła gdziekolwiek, najszybciej jak potrafiła, byle jak najdalej stąd. Czy w ogóle była tu komukolwiek potrzebna?

Bez celu błądziła po zamkowych korytarzach, nie zważając na chłód kąsający ją w bose stopy. Na wpół śpiący umysł atakowały obrazy, których nie chciała oglądać – za żadne skarby, już nigdy więcej. Powstrzymała się w ostatniej chwili, zanim skręciła w odnogę wiodącą prosto do jej komnat. Nawet nie chciała podsłuchiwać pod drzwiami, wolała nie wiedzieć, co tam się działo...

Tyle czasu. Być może spali właśnie skuleni w swoich ramionach. Być może oddychał właśnie spokojnie i głęboko, chłonąc zapach jej czystych loków. Może gładził ją po nagich plecach z nieskończoną czułością, śledził opuszkami palców jej krągłości. Może...

A mówiłeś, że będziesz przy mnie. Że będziesz, zarówno w czasie trwogi, jak i zawsze wtedy, gdy będę cię potrzebować.

Łzy cisnęły jej się do oczu. Ze złością otarła je dłonią. Nie chciała już płakać. Nigdy więcej. A jednak...

Od małego była przygotowywana do tej roli. Już jako mała dziewczynka wiedziała, że nie dane jej będzie się zakochać – że rodzice przeznaczą ją mężczyźnie, z którym mariaż byłby najbardziej opłacalny. Że przeznaczą jej samego księcia, jeśli tylko będzie to opłacalne. Od zawsze pojmowała, że nie będzie miała wyboru, że ktoś zadecydował za nią.

Zazdroszczę ci – powiedziała kiedyś Lhynne. Spotykały się wtedy w ogrodach jej rezydencji – dzika wilcza dziewczyna schodziła właśnie z drzewa z całym naręczem doskonale dojrzałych śliwek, zwinnie chwytając się gałęzi pomimo lęku wysokości, do którego przyznała się jej dużo później.

Czego mi zazdrościsz? – Brązowe oczy, podkreślone czernidłem mimo tego, że kryły się w twarzy brudnej od świeżo skoszonej trawy, wyglądały jak zaklęte w ludzkim ciele ślepia wilka. Lhynne, zwinna, szczupła, lecz muskularna od ciężkiego miecza, którym uczyła się władać, wyciągnęła w jej stronę śliwkę. – Chcesz? Takie są najlepsze.

Nie chcę. – Odtrąciła wtedy ze złością jej dłoń. Nagrzany słońcem owoc upadł w trawę, a wilkokrwista po prostu schyliła się po niego, wzruszając ramionami. Zdmuchnęła z niego ziemię i wrzuciła go sobie do ust jak gdyby nigdy nic.

Kwintesencja beztroski, gdyby nie ten smutek, czający się na samym dnie wielkich ślepiów.

Czego mi zazdrościsz? – powtórzyła ze spokojem kogoś znacznie starszego niż jej piętnaście lat, siadając na ciepłej trawie ze skrzyżowanymi nogami.

Bogowie, właściwie to wszystkiego. – Nie umiała powstrzymać żalu w głosie ani wzbierających w oczach łez. – Zazdroszczę ci wolności. Zazdroszczę ci, że możesz robić, co tylko chcesz. Że możesz decydować o sobie. Nawet tego, że możesz siadać na trawie i nie martwić się, że matka złoi ci skórę za ślady na sukni!

Wilkokrwista wysłuchała jej ze stoickim spokojem, choć w brązowych oczach błyszczało coś takiego...

A wiesz, czego ja ci zazdroszczę? – W zamyśleniu przesunęła dłonią po czarnym materiale wojskowych spodni. – Tego, że masz mamę, która złoi ci skórę za tą pieprzoną suknię.

Wtedy jej nie zrozumiała. Zawstydzająco długo jej zajęło, nim pojęła głębię targających przyjaciółką emocji... lecz nawet teraz, gdy przyjmowała jej tęsknotę do wiadomości, nie umiała nawet zestawić jej z własną.

Ty nie miałaś rodziców. Ale byłaś wolna. Byłaś... sobą. Mogłaś robić, co chcesz. Nikt nie ułożył twojego życia, zanim wyszłaś z kołyski. Nikt nie powiedział ci, kogo powinnaś kochać, komu się podporządkować, czyje zasady szanować. Sama mogłaś wybrać. Sama mogłaś...

Tak, była na nią w jakiś irracjonalny sposób zła. A jednocześnie tak burzowo za nią tęskniła...

Co powiedziałaby Lhynne, gdyby zobaczyła ją tutaj, kiwającą się w łączniku zamkowych korytarzy, wahającą się, czy odwiedzić komnatę kochanki męża, czy wziąć nogi czym prędzej za pas? Prawdopodobnie roześmiałaby się bez śladu wesołości, skwitowała, że wszyscy mężczyźni są tacy sami, możliwe, że użyłaby kilku paskudnych przekleństw... a następnie po prostu by ją przytuliła. Przygarnęłaby ją do piersi i kołysała, dopóki zabrakłoby jej łez i poczułaby, że może już się wyprostować bez ryzyka, że zabraknie jej sił, by ustać na nogach. Tuliłaby ją, choćby miało to trwać całą pieprzoną noc, szepcząc jakieś zupełnie nieśmieszne głupoty, być może przemieniłaby się w wilka i próbowała polizać ją po twarzy, co zawsze budziło w Vivienne atak niepohamowanej wesołości...

Szloch wyrwał jej się z piersi. Jak to możliwe, że choć to Głos zmusił ją do zaprzepaszczenia najważniejszej relacji w jej życiu, tak naprawdę obwinić o wszystko chciała Drella?

Przysięgałeś...

Czy on nie czuł, że jej serce też biło? Czy nie zdawał sobie sprawy z bólu, który powodował? Jak to możliwe, że mógł być tak głupi, a ona mimo to darzyła go najszczerszą miłością?

Najbardziej w świecie marzyła o tym, by... po prostu przeobrazić się w wilka tak jak Lhynne i wraz z nią rzucić się w szaleńczy taniec pośród przedwiecznych drzew. Pozwolić, by pierwotna dzikość przepływała przez jej żyły, by najdrobniejsze cząsteczki jej ciała odpowiedziały na przeszywający ciało Zew...

Lhynne niegdyś powiedziała jej, że tak naprawdę każda kobieta miała w sobie wilka. Może miała rację?

Lhynne nie była doskonała, ale na pewno nie płakałaby biernie w takiej chwili. Prędzej wparowałaby do tamtej komnaty i poderżnęła im gardła.

Odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie, pozwalając, by pęd powietrza rozwiał jej włosy. Przywitała go z przyjemnością, rozkładając szeroko ramiona – wyobrażała sobie, że tak naprawdę jest pięknym, dzikim wilkiem, ścigającym się z wiatrem i własnymi słabościami, a przed nią rozpościera się leśny bezkres, gdzieś daleko stykający się z rozgwieżdżonym niebem. I pędziła tak, nie zważając na to, że ktoś mógłby ją zobaczyć, póki drogi nie zastąpiły jej wrota prowadzące do sali tronowej. Wsparła się na nich, usiłując uspokoić oddech; przyłożyła ucho do chłodnego drewna, próbując wyłapać w szemrzącej ciszy świst oddechu śpiącego smoka. Chwilę błądziła dłońmi po zawijasach rzeźbień, wytyczając wśród nich niezrozumiałą ścieżkę, nim zebrała się na odwagę i nacisnęła klamkę.

Dlaczego przekroczyła próg? Dlaczego weszła do środka, zamykając drzwi szczelnie za sobą? Dlaczego, kuląc ramiona, postąpiła naprzód, w stronę podwyższenia, na którym znajdował się tron, pozwalając, by ciemność otuliła ją jak miękka kołdra? Głos rozszeptał się w jej głowie, bełkotał słowa w niezrozumiałym języku, wprowadzając zamęt w myśli, dezorientując, plącząc zmysły...

Przez chwilę pragnęła dotknąć tronu. Tylko dotknąć, nic więcej. W kolejnej chwili wyobrażała sobie, jak wyglądałby na nim król Erghon, gdyby przebiła jego serce mieczem i patrzyła z tego miejsca, jak się wykrwawia.

Coś zaklekotało w ciemności. Ogromny kształt poruszył się niespokojnie, z kamiennej posadzki uniósł się ciężki, kolczasty łeb. Vivienne zmroziło z przerażenia, serce na chwilę jej stanęło.

Scheira nie spała. Albo może ją obudziła? Nie była tego pewna. W milczeniu obserwowała, jak czarniejszy fragment nocy porusza się pośród mroku, kiwając łbem na długiej szyi. Wzdrygnęła się, gdy uchyliły się powieki, a blask złocistych, kocich oczu przegnał najgorszą czerń, opromieniając ją niczym słonecznym światłem. Nie była w stanie się cofnąć, gdy bestia wyprostowała się ostrożnie w ograniczonej przestrzeni i nachyliła w jej stronę. Nozdrza poruszyły się, rozwidlony język błysnął, smakując powietrze.

Była piękna, jak wszystkie smoki. I tak nieskończenie przerażająca, że nie potrafiła nawet drgnąć pod jej przeszywającym spojrzeniem.

Witaj – szepnęła drżąco. Nie odważyła się wyciągnąć w jej stronę dłoni.

Ślepia zmrużyły się, z nozdrzy wraz z głębokim wydechem wyskoczyło kilka iskier. Vivienne nigdy nawet nie słyszała jej głosu, lecz z jakiegoś powodu nie miała wątpliwości, że smoczyca nie jest zadowolona z wizyty.

Przepraszam. – Spuściła wzrok i postąpiła krok w tył. – Wybacz, że cię obudziłam. Już sobie idę.

I wtedy właśnie Głos ryknął w jej głowie coś, co brzmiało jak... wyzwanie?

Kocie źrenice rozszerzyły się gwałtownie, wezbrał ogień, rozświetlając łuskowate podgardle i pierś. Smoczyca, rycząc ogłuszająco, rzuciła się w jej stronę.


***


Nienawidził nocować w zamku Myllhaven. Jak każdy Mglisty Rycerz, posiadał w nim własną komnatę, o niebo wygodniejszą i przynajmniej trzykrotnie większą niż jego marne mieszkanko w bloku, nigdy jednak nie czuł się w niej... u siebie. Wrażenie obcości towarzyszyło mu na każdym kroku, każda cząsteczka przesyconego pierwotną magią powietrza zdawała się krzyczeć, że był tu jedynie intruzem. Skoro zostałeś wygnany tak dawno temu, po co wróciłeś, uzurpatorze...?

Dziwne, zwłaszcza zważywszy na to, że magia ta podsycana była lodogniem smoka, którego znał lepiej niż samego siebie.

Być może... nie chodziło wcale o obcość zamku. Może chodziło o to, że... tak naprawdę najlepiej spało mu się w królewskiej komnacie piętro wyżej. Bogowie, łoże o baldachimie wyszywanym w gwiezdne konstelacje i przytrzymujących go słupkach w kształcie smoków było tak wielkie, że był w stanie zasnąć nawet w poprzek materaca, gdy był zbyt pijany, by ułożyć się na nim po ludzku. Sufit rzeźbiony w kształt szczerzącego kły smoczego łba, wysadzanego płatkami złota tak, że wyglądał niemal jak żywy, doskonale skrzył się w blasku płomieni, którymi się bawił, pozwalając im tańczyć między palcami jak gorącym monetom, a powietrze wpadające przez otwarte szeroko witrażowe okna smakowało zupełnie inaczej niż tutaj, choć nie umiałby nawet powiedzieć, na czym polegała różnica. Wystarczyło wyjść na balkon, by jednym spojrzeniem objąć rozciągające się poniżej Myllhaven, rozjaśnione blaskiem gazowych latarń...

Chyba właśnie tego widoku brakowało mu najbardziej. Widoku i tego cudownego poczucia, że do bezkresnego nieba miał znacznie bliżej niż do spowitej w księżycowym lśnieniu ziemi. Gdy wspierał się na kamiennej balustradzie i wystawiał twarz do lodowatego wiatru, miał wrażenie, że w każdej chwili mógłby rozłożyć własne skrzydła i polecieć, gdzie tylko pragnął – najlepiej gdzieś daleko, tam, gdzie wspomnienia wciąż były żywe, gdzie nie istniała śmierć, gdzie bezcielesne szepty dumnej smoczycy przemieniłyby się w prawdziwy głos, a jej widmowe ciało ponownie oblekło się w gorące, kolczaste łuski. Tam, gdzie czerwone ślepia wciąż skrzyłyby się humorem, zębiska błyszczały, odsłonięte w smoczym uśmiechu, a śnieżnobiałe skrzydła jasno odcinały się na tle niemal czarnego nieba.

Właściwie to komnata dla najwyżej postawionego Mglistego Rycerza była bardziej luksusowa niż królewska. Nieco większa, urządzona w bardziej praktyczny sposób, gdyż nie znajdowała się w wieży, której wszystkie niemal ściany przeszklono witrażami z barwionych gomółek w kształcie łez, mogła posłużyć mu spokojnie za mieszkanie... lecz nie pasował tutaj. Świadomość, że jedyne miejsce, w którym czuł się w miarę dobrze podczas tych najmroczniejszych lat, czeka tak blisko, zupełnie puste, pozostawiała paskudny niesmak. Erghon i Elveere nie mieszkali w królewskiej wieży nawet przez chwilę – choć zajmowały ją pokolenia władców Ragharranu, w samych początkach panowania młodych jeźdźców zbyt mocno kojarzyła się z szalonym królem, aby pragnęli ją zająć. Zdecydowali się na znacznie skromniejszą, lecz całkiem przytulną sypialnię nieopodal, której turkusowe mozaiki mogły przypominać Elfce barwy jej rodzimej krainy, i tam już pozostali z przyzwyczajenia. Królewska wieża zarastała kolejnymi pokładami kurzu, ślepia smoczego fresku z pewnością nie lśniły już tak jak kiedyś... a on próbował utopić tą głupią tęsknotę w złocistej whisky, choć doskonale wiedział, że guzik to dawało.

Za każdym razem, gdy decydował się tutaj zostać, długo nie mógł zasnąć, walcząc ze sobą, by nie zerwać się z łóżka i nie iść tam na spacer. Ot, po prostu zajrzeć do środka, by upewnić się, że nic się nie zmieniło...

Po co? Burzowy idiotyzm. Co niby by mu to dało? Jedynie rozdrapanie ran, które powinny zasklepić się już dawno temu. Czy odżyłyby koszmary, jakie nawiedzały go w tym cudownie wygodnym łożu – obrazy wykrwawiającej się Jarrhönn i jej gasnącego głosu? Czy przypomniałby sobie, co dokładnie czuł, wspierając się na rzeźbionym obramowaniu kominka, wznosząc sztylet, by wreszcie ze sobą skończyć, lecz nie znajdując w sobie odpowiedniej siły? Po co to pamiętać?

W porównaniu do tamtych czasów, dzisiaj miał się naprawdę nieźle. Nie był sam. Był... Bogowie, prawdopodobnie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że był – o zgrozo! – kochany przez tą śliczną wilczą dziewczynę, o której sama myśl podejrzanie rozgrzewała mu serce. Zarroth spał na platformie przed salą tronową, a więc praktycznie tuż obok; bez trudu by go zobaczył mimo panującej ciemności, gdyby wyjrzał przez okno. Milcząca Igri była jeszcze bliżej, zwinięta w kłębek w sporym ogrodzie poniżej wychodzącego z komnaty balkonu, z nosem wciśniętym pod lewe skrzydło i ogonem wepchniętym pod dolną szczękę, aby nie musieć opierać łba na chłodnej ziemi. Para królewska potrzebowała go jako gwarancji bezpieczeństwa w rozpalającej się powoli wojnie.

Miał zadanie do wykonania. Miał tak wielu wokół siebie... a jednak czuł się kurewsko źle. Do tego stopnia, że śmiać mu się chciało z siebie samego, ilekroć próbował przyjrzeć się tym poplątanym emocjom i cokolwiek z nich zrozumieć. Więc pił tą burzową whisky na szklanki i z jakiegoś powodu nie umiał się nią upić.

Durny człowiek, burczał sennym głosem Zarroth za każdym razem, gdy dolewał sobie złocistego płynu.

Może Erghon podmienił wszystkie trunki w jego barku na bezalkoholowe? Na męki Radrossa, wcale by się nie zdziwił. Ale wkurwiłby się na niego, nawet wiedząc, że facet miał świętą rację.

Przez jakiś czas próbował czytać. Pod osłoną cieni wyniósł z działu zakazanego zamkowej biblioteki wszystkie księgi, które mogły zawierać wzmianki o Mgielnych Ostrzach i usiłował dojść do ładu, błądząc w językowych archaizmach i delikatnie przewracając kruszące się w palcach karty, lecz pomimo tego, że oczy już zaczynały go boleć, a w głowie coraz bardziej się mąciło, nie znalazł niczego na temat Ostrzy materializujących się z czegoś innego niż mgła. Bogowie, znał przecież te teksty na pamięć, dobrze wiedział, że nie ma w nich niczego o płomieniach, lecz wciąż żywił się bzdurną nadzieją, że może podczas którejś z poprzednich obsesji czytelniczych nie zauważył czegoś, jakiejś krótkiej wskazówki, takiej być może nie mającej najmniejszego znaczenia dla kogoś, kto nie wiedział, o co chodzi, lecz dla tego, kto szukał celowo...

Skoro Mgielne Ostrze pojawiające się z płomieni istniało, to znaczy, że ktoś musiał o nim napisać. Może źle szukał? Może powinien sięgnąć do jeszcze starszych ksiąg, tych zamkniętych na kłódki w kryształowych gablotach? Tych, które odczytywać musiałby za pomocą cieni, badających żłobiące papier rysy, bo były zbyt zniszczone, aby ryzykować dotykanie ich? Tylko że to było tak paskudnie męczące zajęcie... Odczytanie w ten sposób choć jednej zapisanej drobno strony zajmowało mu ponad godzinę i sprawiało, że czuł się jak ślepiec powoli uczący się oglądać świat za pomocą zmysłów, których nikt nigdy nie użytkował w podobny sposób. Nie było to niemożliwe, ćwiczył to latami, rozwijając talent, lecz... komu by się chciało, gdy istniał jeszcze choćby durny cień szansy, że znajdzie cokolwiek w nowszych dziełach?

A może...

Zaklął, masując palcami skronie, i odchylił się na oparcie rzeźbionego krzesła. Coś wbiło mu się w kręgosłup – płatek drewnianej róży czy może ząb rzeźby smoczego łba? A pomyśleć, że po prawie całej butelce powinno mu być wszystko jedno.

A może te...

No dobrze, nazwijmy je Ognistymi Ostrzami, bo z całą pewnością nie miały nic wspólnego z mgłą. A więc, może Ogniste Ostrza są reliktem sprzed Cienionocy? Może zostały zapomniane, gdy nad świat nadciągnęły kataklizmy, i do dzisiejszych czasów przetrwało tylko to jedno, do tego czasu znajdujące się w rękach ukrywającego się właściciela, dopóki Lhynne...

Ale czy Lhynne zdołałaby pokonać w walce wojownika ukrywającego się od tysięcy lat? Nie umniejszał jej umiejętności, doskonale wiedział, na jakim plasowały się poziomie, skoro osobiście czuwał nad jej szkoleniem, lecz nie miał również wątpliwości, że miały pewne granice. Kobieta, choćby najlepsza w tym, co robiła, nie dorównałaby Mglistemu – czy też Ognistemu – Rycerzowi z takim doświadczeniem, tak samo, jak nie dorównałby mu on sam.

Ja bym mu dorównał, zaburczał Zarroth, otwierając oko na parę milimetrów, na tyle, by widzieć światło komnaty Kriggsa, jasno odznaczające się na ciemnej kamiennej ścianie zamku.

W to nie wątpię. Tylko że Lhynne ciebie nie miała. A jednak zdołała tego człowieka zabić.

Przypadek?

Być może. Choć ciężko uwierzyć w taki przypadek, gdy uznać, że ten wojownik miał kilka tysięcy lat. Powinien ją zabić, zanim zauważyłaby, co się dzieje.

A jeśli wcale nie chciał jej zabić?

W zamyśleniu bawił się ruchliwą macką mroku, wypełzającą spomiędzy drewnianych kubków na przybory piśmienne, z cienia, jaki rzucały przedmioty opromienione kulą jasnego ognia. Jak maleńki wężyk zwijała się, wycofywała i atakowała, kąsając go w palce. Skóra przyjemnie mrowiła w zetknięciu z czystą mocą.

Mógł chcieć ją pojmać żywą. I mieć problem za nią nadążyć, gdy zaczęła walczyć na śmierć i życie.

A jednak nie brzmisz na przekonanego. Smok zamruczał głęboko, poprawiając się na kamiennej platformie, gdzie mieścił się z ogromnym trudem.

Bo nie jestem przekonany. Znowu ukrył twarz w dłoniach, zmuszając myśli do spokoju. To wciąż tysiąclecia doświadczenia w starciu z niewiele ponad dwudziestoma latami życia. W dodatku coś mi się zdaje, że wilcza dziewczynka nawet nie miała wtedy ze sobą porządnej broni. Jak trudno jest zabić Mgielnym Ostrzem atakującego wilka? Nawet smok poległby w takim starciu.

O ile nie zionąłby w wojownika ogniem. Zarroth zaśmiał się warkotliwie, przedwieczne mury zadrżały ledwie zauważalnie.

Jeśli pozwoliłby wojownikowi się zbliżyć, to możliwe, że by przegrał. Mgielne Ostrze tnie smocze kości z równą łatwością, jak wchodzi w kostkę burzowego masła. Moim zdaniem, spokojnie można założyć, że ten człowiek nie był Mglistym Rycerzem sprzed Cienionocy.

Ognistym Rycerzem, poprawił go smok, ziewając szeroko.

Racja, Ognistym. O ile było coś takiego.

Skoro było jedno Ogniste Ostrze, można założyć, że istnieją też inne... Być może ukryte równie zręcznie jak to, które sam posiadał. Nie mogąc dłużej znieść tej burzowej bezczynności, zerwał się z niewygodnego krzesła i zaczął przechadzać się po komnacie w tę i z powrotem. Była zdecydowanie lepsza do tego niż ciasne mieszkanie – przede wszystkim gwarantowała wystarczająco wiele miejsca, by mógł przywołać Ostrze, zakręcić nim w palcach i odesłać je z powrotem.

To była przedziwna myśl. Jeśli zaakceptować opcję, że istniał jeszcze jeden rodzaj Ostrzy... to czemu nie uznać od razu, że było ich znacznie więcej, choćby po jednym rodzaju dla każdego z żywiołów? Od razu nasuwało się pytanie, dlaczego w takim razie do dzisiejszych czasów przetrwały jedynie Mgielne Ostrza... albo jak to możliwe, że pozostałe chronione są tak skutecznie, że kraj będący ich kolebką nie ma o nich pojęcia? I jaki miałby być cel ukrywania ich?

I najważniejsze: co miał z tym wspólnego Instytut, skoro to ich człowiek posiadał jedno?

Skoro mieli Ognistego Rycerza... to czy mieli również innych?

A skoro już mowa o Instytucie, to co miał wspólnego z Górami Barierowymi, Dzikimi i...

Jebana Creonia – warknął, duszkiem dopijając zawartość butelki. Gdyby nie rozruchy na granicy, z całą pewnością śledztwo w sprawie tajemniczej organizacji już dawno ruszyłoby naprzód. Czy ktoś w ogóle przeszukał ich siedzibę, gdy wszyscy się stamtąd wynieśli? Skoro osobiście tego nie dopilnował, całkiem możliwe, że...

Myśl urwała się w połowie, gdy zamkowymi murami wstrząsnął smoczy ryk.

Zarroth zerwał się na cztery łapy, z trudem balansując na kamiennym występie, i odwrócił wielki łeb na długiej szyi, zaglądając w rozświetlone blaskiem płomieni okna sali tronowej. Kolejny ryk, połączony ze zgrzytem szponów na kamiennej posadzce i przenikliwym kobiecym piskiem, zmusił Kriggsa do wyrwania się ze stuporu i wyskoczenia na korytarz tak, jak stał – w powyciąganym czarnym dresie i na wpół zeżartej przez mole białej koszulce, które robiły mu za piżamę.

Ktoś krzyczał na korytarzu. Macki cieni podpowiadały, że na wyższym piętrze zaczął się jakiś ruch, możni zrywali się z łóżek i próbowali zrozumieć, co się działo, strażnicy przecierali zapuchnięte od snu oczy, udając przed sobą nawzajem, że wcale nie drzemali, oparci plecami o ścianę. Kriggs miał najbliżej – jego sypialnia jako jedyna znajdowała się na korytarzu wiodącym prosto do zdobnych wrót sali tronowej, jako pierwszy więc znalazł się przy nich. Pchnął barkiem ciężkie drewno i wskoczył do środka, nie zważając na lodowate zimno posadzki, szczypiące w nagie stopy.

Blask soczyście jasnych płomieni. Kremowa, gładka jak jedwab kobieca skóra, obleczona w śnieżnobiałą szatę, odcinającą się jaskrawo na tle czerni. I przepełnione nienawiścią smocze ślepia, a pod nimi garnitur wyszczerzonych wściekle wilczych zębów, już mających zacisnąć się na delikatnym ciele...

Stój! – Zanim pomyślał, jednym skokiem znalazł się między rozłożoną na posadzce lady Vivienne a mającą właśnie ją połknąć Scheirą. Smoczyca króla cofnęła łeb w ostatniej chwili, nim nadziała się nosem na sztych Mgielnego Ostrza.

Zejdź mi z drogi, głupcze!, ryknęła mu prosto w twarz; w jej pysku tańczyły zalążki różnobarwnych płomieni, łuski na gardle jaśniały.

Nawet nie zdążył się zdziwić – ani tym, że za nim leżała żona następcy tronu, odziana jedynie w cienką koszulę nocną, ani tym, że nienawidząca go granatowa bestia odezwała się do niego bezpośrednio. Gdy nie zareagował, wciąż celując w nią mieczem, Scheira po prostu plunęła w niego ogniem, a wszystkie jego myśli skoncentrowały się na poskromieniu dzikich płomieni na tyle, by nie zrobiły mu krzywdy. Huknęły podwójne wrota prowadzące na taras, zajęczał spazmatycznie otwierający je mechanizm – sfrustrowany Zarroth ryczał żałośnie na zewnątrz, pragnąc dostać się do środka i rzucić smoczycy do gardła w obronie swojego jeźdźca.

Co tu się dzieje, na Źródła Burz! – Erghon wpadł do sali tronowej, roztrącając próbujących powstrzymać go strażników. Jak człowiek młodszy o ładną połowę, dopadł do Kriggsa dwoma susami i ruszył w stronę smoczycy, wyciągając w jej stronę dłonie. – Na miejsce, już! – huknął na nią potężnym głosem, niczym na nieposłusznego psa.

Kolczasty łeb cofnął się z oburzeniem, kocie ślepia lśniły niegasnącą wściekłością i szokiem. Rozmawiali ze sobą – czy raczej kłócili się, używając najgorszych inwektyw, co widać było gołym okiem, gdy trzęsąca głową z niepokoju bestia cofała się niechętnie za podwyższenie z tronem, spychana przez wciąż sięgającego w jej stronę człowieka, próbującego w poskramiającym geście położyć jej dłonie na szerokim nosie.

Typowy gest uspokajający wściekłego smoka, narzucający mu dyscyplinę... Mało kto się na to decydował. To było jak powiedzenie istocie stanowiącej twoją integralną część, że musiała ci się podporządkować – że w rzeczywistości wcale nie była ci równa... lecz czasem było to niezbędne, co Kriggs von Eckhardt doskonale wiedział jako ten, który sprawował opiekę nad osieroconymi smokami od ładnych kilkudziesięciu lat. Wątpił, by bestia taka jak Zarroth, nigdy niepołączona z człowiekiem więzią, jaka budowała się między Jeźdźcem a jego wierzchowcem, na to pozwolił – prędzej odgryzłby mu te ręce jednym kłapnięciem szczęk – lecz nawet dumna Jarrhönn uspokajała się, gdy w podobny sposób zapędzał ją do kąta.

Nie odgryzłbym ci rąk, durny człowieku, zaburczał Dziki. Witraże w oknach zadrżały od jego głębokiego warkotu, płakał kamień kaleczony szponami potężnych łap. A ty nie wykonałbyś tego gestu. Zmusiłbyś mnie do posłuszeństwa pierwotną magią, tak jak wtedy, gdy...

Umilkł, gdy ognista szpila pierwotnej magii wgryzła mu się w umysł – nie na tyle, by zrobić krzywdę, lecz wystarczająco, aby wywołać ostrzegawczy ból. Jedyny rodzaj klapsa, jaki można było sprezentować smokowi...

Dobrze wiesz, że nigdy nie użyję tego przeciwko tobie, jeśli nie będzie to konieczne, więc dobrze dla ciebie by było, gdybyś reagował na gesty.

Jestem Dzikim, nie reaguję na ludzkie machanie rękami. I już raz złamałeś tę przysięgę.

Czy niesłusznie? Jej zapytaj. W myślach wskazał w stronę patio pod balkonem, gdzie Igri leżała z łbem zadartym wysoko, ku oknom sali tronowej. To nie jest odpowiednia pora na wytykanie moich błędów.

Jeszcze zanim skończył o tym myśleć, zanim na dobre otrzepał się z płomieni, ochoczo smakujących materiał parszywej koszulki, już doskakiwał do oszołomionej Vivienne. Młoda kobieta wpatrywała się w niego oczami wielkimi z przerażenia, złociste włosy miała przemoczone od potu, nocną koszulę nadpaloną w kilku miejscach – i odsłaniającą przez to zdecydowanie zbyt wiele ciała, w tym kawałek pełnej, jasnej jak księżycowe światło piersi.

O bogowie... – szeptała, bezradnie patrząc to na odganianą od niej smoczycę, to na klękającego obok generała. – O bogowie, ja...

Jesteś bezpieczna – powiedział tak miękko i spokojnie, jak tylko potrafił – i sam zdziwił się, jak dobrze to zabrzmiało. Kobieta, która od samego początku, odkąd zaczęła uczestniczyć w najważniejszych obradach jako żona księcia Drella, nienawidziła go gorąco i do granic obsesji, co rusz go prowokując, właśnie wpatrywała się w niego jak w burzowy obrazek oczami lśniącymi od łez wielkich jak grochy.

Panie generale, ja nie wiem... – wykrztusiła, spuszczając wzrok... i załkała, widząc, w jakim stanie jest jej odzienie. Spłonęła rumieńcem, jasno odcinającym się nawet na zaczerwienionej od żaru skórze, i spróbowała się zakryć.

Dajcie mi jakąś koszulę – rzucił w stronę strażników, wyciągając ponaglająco dłoń. – Ale ruchy! – ryknął wściekle, widząc ich zbaraniałe spojrzenia. Żałował, że sam nie miał na sobie niczego, co mógł jej oddać – zniszczona koszulka, po spotkaniu z ogniem Scheiry, również nie zasłaniałaby tyle, ile powinna.

Jeden ze strażników szybko ściągnął kurtkę i podał mu trzęsącymi się dłońmi, lecz drugi...

Tak, on się zaśmiał. Jego wzrok, choć również widać w nim było szok, niebezpiecznie błądził po kobiecym ciele, widocznym w wypalonych dziurach. Korzystał z okazji...

Jak cię nazywają? – wycedził, zarzucając materiał na trzęsące się osmalone ramiona.

Dhevik Kogren, panie generale. – Młodzieniec wyprężył się z dumą...

Przedwczesną.

Jesteś zwolniony, Dheviku Kogrenie – rzucił, pomagając nieszczęsnej kobiecie trafić trzęsącą się ręką w szeroki rękaw.

Ale... – Młodzieniec pobladł i zaczął dukać coś niezrozumiałego, lecz Kriggs ze spokojem wskazał mu palcem drzwi, nawet nie obracając się w jego stronę.

Niech zejdzie mi z oczu – rzucił przez ramię. Kilka szeptów i oddalające się kroki podpowiedziały mu, że rozkaz został wypełniony co do joty. Już ubrana, Vivienne wpatrywała się w niego z brwiami ściągniętymi ze zdziwienia.

Na bogów, nie wiem, co ją napadło! – Erghon klęknął obok nich i pochwycił twarz młodziutkiej synowej w dłonie, ostrożnie oglądając ją ze wszystkich stron. – Moja droga, nic ci się nie stało? Co tutaj robiłaś, kochana?

Spacerowałam. Nie wolno? – fuknęła, unikając wzroku króla i wyrywając się jego palcom. Głos jej zadrżał, zdradzając targające nią emocje.

Oczywiście, że wolno. – Erghon ostrożnie chwycił ją za dłoń. Zmartwienie żłobiło głębokie bruzdy w jego starczym czole, uwypuklało zwieszające się ciężarem na jego barkach lata. Kriggs znał go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że król o dobrym sercu traktował to niezbyt mądre dziewczę jak rodzoną córkę – była dla niego równie ważna jak Drell, który właśnie wszedł do sali tronowej, przepychając się przez oniemiałych dworzan, krzycząc niecierpliwie:

Vivienne? Viv, kochana, co ty tutaj robisz?!

Odejdź ode mnie! – krzyknęła kobieta, wyrywając się uściskowi męża. Nie zdołała wstać, odpełzła więc bezradnie po osmolonej posadzce, byle umknąć wyciągającym się w jej stronę rękom.

Kriggs nie umiał rozpoznać, który z nich był bardziej oniemiały. Zwłaszcza że kobieta niejako wpełzła w jego ramiona, skryła się w nim, otuliła się nim jak jedynym, co gwarantowało jej bezpieczeństwo. Zarroth zabulgotał ze zdziwienia gdzieś na zewnątrz, przez witrażowe okna widać było jego lodowe oko, z ciekawością zerkające do środka, próbujące zobaczyć coś poprzez szkło poprzerastane pęcherzykami powietrza.

Ależ Viv... – Drell zawahał się na chwilę, lecz znowu po nią sięgnął – i kolejny raz spotkał się z identyczną reakcją.

Nie dotykaj mnie! – krzyknęła kobieta, wciskając się w generała jeszcze mocniej. Złapała go pięściami za nadpaloną koszulkę, wcisnęła w nią twarz, nie zważając na smród tlącego się materiału ani na bliskość jego ciała. – Zabierzcie go stąd, nie będę z nim rozmawiać! Zabierzcie go!

Ja... – Zszokowany Drell obejrzał się na ojca, szukając w nim podpowiedzi. – Ja nie wiem, co się...

Już w porządku. – Erghon, choć również marszczył brwi w niezrozumieniu, położył dłoń na ramieniu syna, powstrzymując go w miejscu. – Vivienne, moja droga, powiedz mi proszę, co się...

Nie będę z wami rozmawiać! – Zapłakana twarz na chwilę odwróciła się od koszulki Kriggsa, oszalały wzrok omiótł wszystkich zgromadzonych. Nie speszyła się nawet wtedy, gdy z kąta, w który odpełzła Scheira, dobiegł gardłowy warkot. – Idźcie stąd! Zostawcie mnie samą!

Zawołam medyka. – Spokojny głos Elveere kontrastował ostro z buzującymi wokół emocjami. Elfka patrzyła na nich z góry z pewnej odległości, krzyżując ramiona na piersi z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – To już nie pierwszy raz, gdy będzie potrzebować ziół na uspokojenie – westchnęła na tyle cicho, że prawdopodobnie jedynie Kriggs ją dosłyszał.

Coś się w nim poruszyło, coś zaskoczyło...

Wasza wysokość byłaby skłonna zamienić ze mną parę słów? – spytał niby obojętnie, zerkając na nią spod oka. Z trudem udało mu się zamaskować niechęć – i z niejakim zaskoczeniem zauważył, że dla odmiany przytulenie płaczącej głośno złotowłosej kobiety okazało się nadzwyczaj proste. Sądząc po minach zebranych, nie poznawali go w tej roli.

Oczywiście. – Elveere żachnęła się z niejakim opóźnieniem, odgarniając włosy za spiczaste ucho nerwowym gestem. – Odkąd to generał musi pytać mnie o to, czy zechcę z nim porozmawiać? Byłabym jednak wdzięczna, gdyby zaczekało to do rana.

Z samego rana wyruszam do Havre. – Wytrzymał jej spojrzenie bez specjalnego trudu, choć Zarroth śpiewał ze zdenerwowania w jego głosie. W przeciwieństwie do ogromnego smoka, nie bał się królowej, która wyłupiła Dzikiej bestii oko...

W końcu Vrarghra Lemarra nie zdołała dosięgnąć.

W takim razie może teraz? – Wzdychając ze zniecierpliwieniem, kobieta obejrzała się na strażników, podpierając boki pięściami. – Erghonie, Drellu, odprowadźcie Vivienne do jej komnaty i sprowadźcie uzdrowiciela.

Nie! – krzyknęła Vivienne, a Kriggs uniósł dłoń, powstrzymując ruszających w ich stronę mężczyzn.

Sam ją odprowadzę – warknął, ignorując kolejny warkot Scheiry. – Ale najpierw z nią porozmawiam. Później zaś zgłoszę się do was, wasza wysokość. – Skłonił głowę w stronę Elveere. Płytko, na tyle, na ile było to niezbędne, by nikt nie zarzucił mu braku szacunku, ale i jego nadmiernej ilości.

Jak sobie chcesz – prychnęła kobieta, przewracając oczami jak małe dziecko, i gestem nakazała mężowi i synowi wyjść z sali.

Nie jestem przekonany, czy... – W oczach Drella zatańczył ogień, dłonie zacisnęły mu się w pięści.

Idź już, dzieciaku – wycedził Kriggs, nie dając mu dokończyć. – To zajmie tylko chwilę.

Nie podoba mi się, że ją z tobą zostawiam. – Młodzieniec wyrwał się ojcu, gdy ten spróbował złapać go za ramię. – Bez obrazy, generale.

Sądząc po tonie głosu, ostatnie dodał jedynie z uwagi na szeroką widownię.

Sam chyba widzisz, że z tobą zostać nie chciała. – Uniósł jedną brew, dobrze wiedząc, że czegokolwiek by teraz nie powiedział, nazajutrz zamek huczeć będzie od idiotycznych plotek.

Jeśli którakolwiek z nich dotrze do uszu Lhynne...

O bogowie, tego wolał sobie nawet nie wyobrażać. Wilcza dziewczynka była tak... delikatna, wbrew tej żelaznej sile, którą się maskowała. Sama perspektywa, że miałaby...

Nie, o tym nie warto było nawet myśleć. Przecież nie mógł ot tak przekazać zapłakanej kobiety w ramiona męża, przed którym się broniła. Nie mógł, dopóki jej nie wysłuchał.

Generale... – W głosie księcia zabrzmiała wyraźna ostrzegawcza nuta, lecz uległ wreszcie, gdy ojciec bardziej stanowczo pchnął go w stronę wyjścia.

Synu, generał spełni swoją obietnicę. – Erghon obejrzał się krótko na Kriggsa, zanim przekroczył próg. – Proszę, bądź dla niej łagodny. Ja również chciałbym z nią porozmawiać, a nie zdołam, jeśli się nie uspokoi.

Jak ma się uspokoić, skoro wszyscy tak na nią naciskacie? Aż zgrzytnął zębami, lecz na szczęście zdołał się powstrzymać od wypowiedzenia tego na głos. Zaczekał, aż podwójne wrota zamkną się za ostatnimi ludźmi, pogrążając ich w ciszy i mroku.

Vivienne od razu wyrwała się z jego uścisku i odskoczyła na kilka metrów, gniewnie ocierając łzy. Coś zabulgotało w gardle Scheiry, lecz rozkaz Jeźdźca utrzymał ją w miejscu, prawie niewidoczną w zalegającym wokół mroku.

Powiesz mi, co się stało?

Kobieta spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, krzywiąc się wściekle. Zacisnęła delikatne dłonie w pięści, aż zadrżały jej mięśnie. Nie miał wątpliwości, że gdyby przesadził w czymkolwiek, bez wahania uderzyłaby go tam, gdzie bolało najbardziej... lub po prostu rozbiła mu nos. Zależy, co uznałaby za bardziej satysfakcjonujące.

Zabawne – syknęła z przekąsem. Jedynie lekkie drżenie głosu zdradzało wciąż targające nią emocje.

Co jest takie zabawne? – Skrzyżował ramiona na piersi, już żałując, że nie miał przy sobie ani jednego papierosa. Wyglądało na to, że bardzo przydałoby mu się cokolwiek na uspokojenie... bardziej niż jej. Choć wciąż trzęsła się z emocji, po rozhisteryzowanym dziewczęciu nie pozostał nawet ślad.

To, że nie chcesz sobie popatrzeć, jak wszyscy oni. – Zaśmiała się dziwnie ochryple. Leniwym gestem sięgnęła do guzików strażniczej kurtki, bawiła się nimi w palcach. – Oni wszyscy przecież patrzyli.

Patrzył ten, którego wyrzuciłem za drzwi. – Uniósł pytająco jedną brew. – Dlaczego błądziłaś sama po korytarzach w środku nocy i dlaczego weszłaś do sali tronowej? I co takiego zrobiłaś, że Scheira spróbowała cię pożreć?

Nie pożreć, tylko nastraszyć, zagrzmiał w jego myślach głos smoczycy. Za kogo ty mnie masz, głupcze?

Potrząsnął głową, próbując pozbyć się jej uporczywej obecności. Zarroth znowu drapnął w drzwi, Vivienne aż podskoczyła na ten odgłos i zaraz pokryła się wściekłym szkarłatem, zaciskając usta w wąską linię.

A po co ci to wiedzieć? – prychnęła, spuszczając wzrok. Nie z nieśmiałości – po prostu by nie widział płonącego w jej oczach ognia. – Czy ty w ogóle byś to zrozumiał, generale von Eckhardt?

Mógłbym spróbować.

Znowu się roześmiała.

Ach tak? A więc wiesz, jak to jest czekać do późnej nocy w pustym łożu ze świadomością, że twój ukochany mąż zabawia się właśnie z jakąś damą dworu? Że dotyka inną kobietę w taki sposób, w jaki ślubował dotykać jedynie ciebie? Że... – Kolejne słowa utonęły w warkocie. – Bogowie, jesteście obrzydliwi. Nie przejdziecie obojętnie obok niczego, co ma choć zarys biustu. Nie umiecie myśleć. Macie gdzieś nasze uczucia. Macie gdzieś konsekwencje. Krzywdzicie, nie zastanawiając się nad niczym. Bierzecie wszystko to, na co macie ochotę. Myślicie fiutem, zamiast głową! – Wypluwała kolejne słowa, dźgając palcem powietrze między nimi. Łzy znaczyły bliźniacze perłowe ścieżki na jej zarumienionych policzkach.

Drell cię zdradza? – spytał ze spokojem, którego wcale nie czuł. Musiał zacisnąć lewą dłoń w pięść, by nie widać było rozbłyskających na niej kosmyków ognia ani błądzącej między palcami mgły.

Dziwi cię to? – Wyglądała jak na wpół szalona bogini zemsty, gdy odgarnęła splątane włosy z twarzy. – Przecież jesteście do tego naturalnie przystosowani. Automatycznie tak reagujecie. Jak ten strażnik, który nie mógł się powstrzymać od oglądania mojej nagości. Wy wszyscy jesteście tacy sami! – Splunęła pogardliwie. Gdyby nie powaga sytuacji, z pewnością zdziwiłby się, że tak potrafiła.

A zresztą... dlaczego miałaby tak nie potrafić?

Nie wszyscy.

Co? – Na chwilę się zawahała, zamierając w połowie ruchu, gdy odwracała się już w stronę wyjścia. – Nie żartuj sobie ze mnie, generale.

Nie żartuję. Nie wszyscy mężczyźni tacy są. – Nie wytrzymał jej spojrzenia, uciekł wzrokiem w bok, niby to sprawdzając, co dzieje się z zupełnie nieruchomą Scheirą. – Choć nie zaprzeczę, jest nas mało.

Ha ha, dobre. – Znowu się śmiała. Ponuro, głośno, nieco ochryple... Głos miała już niebezpiecznie niski od płaczu i emocji. – Nawet nie próbuj zaprzeczać, że wzrok nie uciekł ci w odpowiednią stronę, gdy mnie okrywałeś.

Oczywiście, że uciekł. – Z jakiegoś powodu nie chciał kłamać. – Każdemu by uciekł. Tobie również by uciekł, gdybyś stała przed mężczyzną w nadpalonym odzieniu. Ważne, by zareagować na to odpowiednio. Nie tak, jak tamten gówniarz, który jutro zgłosi się po odprawę.

Całkiem to było szlachetne z twojej strony. – Bez trudu zorientował się, że z niego kpiła. – Takie... rycerskie. Słodkie. Można by się w tobie wręcz zakochać, generale. – Posłała mu cynicznego całusa. – Jaka szkoda, że to kolejna męska gówno prawda.

Możesz wierzyć, w co chcesz. – Wzruszył ramionami.

Wierzę w prawdę. Wy wszyscy to robicie. Wszyscy zdradzacie. Wszyscy traktujecie nas jak lalki, mające jedynie zaspokoić waszą chuć. Wszyscy... – Potrząsnęła ze złością głową. – Nie okłamuj mnie, proszę. Przynajmniej miej czelność się przyznać.

Nie mam do czego się przyznawać.

Twierdzisz, że nigdy nie potraktowałeś tak żadnej kobiety? – Poderwała głowę, mrużąc powieki w wąskie szparki. – Nigdy nawet nie przemknęło ci to przez myśl?

Nigdy.

Słodkie. Nigdy nie poszedłeś z żadną do łóżka tylko dlatego, że była ładna, a ty akurat się nudziłeś i chciałeś ulżyć lędźwiom, jak to mówią?

Nigdy, lady Vivienne. – Kąciki ust uniosły mu się w zalążku śmiechu.

No coś ty. – Cała złość wyparowała z jej głosu, gdy aż cofnęła się ze zdziwienia. – Naprawdę? Nigdy?

Może uznasz mnie za pierdolniętego romantyka, ale czekam z takimi rzeczami na tą jedyną. Do ślubu.

A ślub bierzesz...?

Możliwe, że nigdy. – Znowu uciekł przed nią wzrokiem. Cała pewność siebie nagle poszła się bujać... – Ta jedyna nie powinna... A zresztą, po kiego chuja ja ci to mówię?

Bo mamy tu chyba śliczny wieczór zwierzeń. – Tym razem roześmiała się zupełnie szczerze. I długo nie mogła przestać. – O bogowie, tego się po tobie nie spodziewałam, generale. Pewna byłam, że co noc inna panna grzeje twoje łoże.

Być może na takiego wyglądam. – Na Źródła, jej wesołość była dziwnie zaraźliwa, a inteligencja tysiąckrotnie wyższa, niż się spodziewał. – Ale jeszcze żadna nie miała tej przyjemności.

Niewiarygodne! – Potrząsnęła głową, przeszła kilka chwiejnych kroków i opadła na ustawioną obok witraża leżankę. – Ja... Och. Naprawdę, miałam cię za kompletnego chujka, a tu proszę. Jeśli nie kłamiesz, to jesteś... naprawdę fajnym facetem, generale. Kimkolwiek jest ta twoja jedyna, powinna się o tym dowiedzieć.

Podejrzewam, że się domyśla. Inaczej jak mogłaby zwrócić uwagę na kogoś z taką mordą? – Krótko wskazał na przecinającą połowę twarzy bliznę. Miało to być żartem, zabrzmiało jednak upokarzająco gorzko.

Cóż, znam taką jedną, która to miała na twoim punkcie obsesję... – Puściła mu oczko, z ledwością powstrzymując kolejną salwę śmiechu.

Pewnie masz na myśli tę samą osobę, co ja. – Potrząsnął głową. – A teraz zechcesz powiedzieć, co sprawiło, że Scheira prawie cię połknęła?

Spaliła, poprawiła opryskliwie smoczyca.

Czyli już nie postraszyła?, ofuknął ją. Nie odpowiedziała.

Właściwie to... – Vivienne wbiła wzrok w złożone na kolanach dłonie, poważniejąc nagle. – Nie mogłam wytrzymać w tamtej komnacie. Nie mogłam leżeć w pustym łóżku, gdy on... – Urwała, szloch zdławił jej oddech. – Wiesz, o co mi chodzi. Jednak wiesz.

Wiem. – Nie rozluźnił ramion. Próbował się od niej odgrodzić? Być może. A jednocześnie chciał ją... przytulić. Tak po prostu, bez żadnych podtekstów, wiedząc, że czasem jedynie wspierający dotyk drugiej osoby mógł dać ulgę. Ile razy sam tego potrzebował...

Ciężko było się przemóc. Przez wieki powtarzano, że to niegodne mężczyzny... a on nie zasłużył nawet na to, by własna matka przygarnęła go do piersi. Nawet wtedy, gdy łkał na bruku, pobity przez ojca niemal do nieprzytomności, ona przechodziła obok, odwracając wzrok tak, jakby nie mogła znieść jego widoku. Gdy go nie widziała, nie było jej aż tak bardzo żal.

Bogowie, już dawno o tym nie myślał...

Wiesz... – powtórzyła, ostrożnie obracając to słowo w ustach. – A więc wiesz. Nie mogłam tego znieść. Musiałam wyjść. Musiałam... zrobić cokolwiek, byle tylko nie musieć tam leżeć i na niego czekać.

Dlaczego on... – Nie dokończył. Pytanie chwilę wisiało w powietrzu, pewien był, że nie doczeka się odpowiedzi.

Bo nie mogę dać mu dziecka. – Prychnęła pogardliwie. – Chyba. A czy taki mężczyzna jak on musi mieć dobry powód? Wystarczy, że skinie, a może mieć każdą. Kto na jego miejscu by z tego nie skorzystał?

Mężczyzna zdrowy na głowę – odwarknął. Zabawne, że siebie takim nazwać nie mógł, choć postępował w taki sposób.

A więc połowa populacji świata jest chora. – Wzruszyła ramionami.

Więcej niż połowa, lady Vivienne.

Tak, o wiele więcej. – Bawiła się bladymi palcami, szukając na paznokciach czegoś, czego nie był w stanie dostrzec ze swojego miejsca.

Czy dlatego weszłaś do sali tronowej, wiedząc, że śpi tutaj Scheira?

Nie do końca. – Zerknęła w stronę ciemnego kąta, mrużąc oczy. – Ja... To naprawdę ciężko wytłumaczyć.

Chodzi o sny. Głos Scheiry przyprawiał go o ból głowy. Ona jest niebezpieczna, głupcze. Bardzo, bardzo niebezpieczna. Na twoim miejscu...

Wiem, co robić. Posłał jej mordercze spojrzenie.

Nic nie wiesz! Wielki łeb uniósł się z elegancko złożonych łap, zabłysły kocie ślepia i pierwsze ogniki w nozdrzach. Nie wiesz nic. Ona również nie wie, co czyni. Ona jest... chwastem. Należy ją wyrwać, zanim zdławi cały dostęp do słońca. Podobnie jak ciebie. Nawet się nie wzdrygnęła, gdy Zarroth zaryczał na zewnątrz.

Nie wiem, co ci powiedziała, ale pewnie ma rację.

Skoncentrował się znowu na Vivienne, wbijającej wzrok w nagie stopy.

Skąd taki pomysł?

Ach. – Skrzywiła usta, a kostki palców aż jej pobielały, tak mocno je zaciskała. – Chodzi o... sny.

Właśnie to mi powiedziała. – Scheira warknęła w taki sposób, że zabrzmiało to zupełnie jak „a nie mówiłam”, a on ponownie zwrócił się ku młodej kobiecie, poświęcając jej pełną uwagę. Znowu coś w nim drgnęło, coś, co... cóż, pogrzebał już dawno temu, wraz z prawdziwym nazwiskiem i wszystkim, co oznaczało. – Co to za sny, Vivienne?

Nawet nie zwróciła mu uwagi, że zapomniał o jej tytule. Wyglądała jak zagubiona dziewczynka, młodsza przynajmniej o dekadę, gdy tak kuliła się w za dużej kurtce mundurowej strażnika, pocierając dłońmi o siebie.

Nękają mnie od dawna – wyznała wreszcie głosem graniczącym z szeptem. – Od... bardzo dawna. Smok podpowiada mi, co powinnam robić. Rozkazuje mi. I mści się, gdy postępuję niezgodnie z tym, co sobie uroił.

Jaki smok? – Nieświadomie zbliżył się do niej o krok, ale zdołał się zatrzymać, widząc, jak skuliła na to ramiona. Najchętniej złapałby ją i wytrząsnął wszelkie odpowiedzi siłą.

On... – Łzy znowu zbierały się w kącikach wielkich oczu, usta drżały niebezpiecznie. – Ja... nawet nie wiem, jak on się nazywa. Mówi do mnie w myślach. Rozkazuje. Nie wiem, kim jest. Nigdy go nie widziałam. Jest... złoty.

Nie ma złotych smoków.

Widocznie istnieje ten jeden wyjątek. – Wzruszyła ramionami, choć sztywno. Cała była spięta, gotowa zerwać się do ucieczki w każdej chwili. Gotowa osłonić się przed ciosem, który...

A jeśli Elveere miała rację i dziewczyna była szalona?

Teraz już na pewno masz mnie za wariatkę.

Być może... przez ułamek sekundy.

Znasz może legendę o Źródłach Burz? – spytał szybko.

Nie? – Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. – To znaczy... No, stamtąd pochodzą Czarne Burze. Jakkolwiek to brzmi. Ale nie wiem nic więcej. Wiesz pewnie równie dobrze jak ja, że pochodzę z rodziny ateistów.

No właśnie. – Z warknięciem potrząsnął głową i ruszył się ze swojego miejsca, nie zważając na jej zalęknione spojrzenie. – Elveere miała rację w jednej kwestii: zwróć się do medyka. Ale nie do tego zamkowego. Poproś o wizytę u Ghrella Midretha i powiedz mu, żeby przepisał ci napar z korzenia księżycowej paproci.

A to nie jest przypadkiem trucizna? – Zaskoczona aż cofnęła się na oparcie.

W dużych dawkach, owszem. W odpowiednio dobranych ma działanie uspokajające. Ghrell będzie wiedział, co powinien zrobić. Tylko pamiętaj, żeby powołać się na mnie. Wspomnij, że generał też to miał, ale był chujowym pacjentem.

Że co? – Aż zerwała się z miejsca. – Teraz będziesz gadać zagadkami?

To bardzo skomplikowane, lady. – Skłonił jej się krótko, z szacunkiem znacznie większym, niż okazał niedawno królowej. – Być może kiedyś ci o tym opowiem... ale na razie sam nie wiem, jakich użyć słów.

Coś w jego głosie nakazało jej przestać drążyć. Odetchnęła z drżeniem, przymknęła na chwilę powieki, przywołując spokój.

I to powinno mi pomóc?

Jeśli to nie pomoże, obawiam się, że nie znam nic, co mogłoby to zrobić. – Zapraszającym gestem wskazał jej drzwi.

Czyli... te wizje nic nie znaczą?

Zdławił między zębami przekleństwo.

Znaczą. Ale nie jestem pewien, czy chcesz wiedzieć, co konkretnie.

Ach, kolejna tajemnica! – Przewróciła oczami. – Wybornie.

Proszę, idź już do łóżka. A najlepiej... – Dobrze widział jej krzywą minę. – Komnata za ścianą jest pusta. Prześpij się tam. Powiem Erghonowi i każę mu przyrzec, że nie zdradzi tego Drellowi. A księcia ostrzegę, że straci pewne istotne części ciała, jeśli spróbuje niepokoić cię do rana. Niestety na śniadaniu będziesz musiała z nimi porozmawiać.

Wiem. – Odetchnęła głęboko, przygaszona. – Dobrze o tym wiem.

Drell to gówniarz. On nic nie zrozumie. Ale Erghonowi możesz wszystko powiedzieć.

Skąd ta pewność? Przecież to jego ojciec. – Zatrzymała się, zanim otworzył przed nią drzwi.

Erghon umie utrzymać tajemnicę. – Teraz to on się skrzywił... choć sam nie umiałby powiedzieć, jak blisko było temu do uśmiechu – pewnie znacznie bliżej, niż można by przypuszczać. – Uwierz, że twoje sekrety będą przy nim bezpieczne.

Ale...

Spokojnie, dziewczyno. – Przemógł się i położył jej dłoń na plecach. Nie wzdrygnęła się, a... rozluźniła. Jakież to dziwne uczucie. – Gdyby nie umiał, dawno by mnie tu nie było.

Trzymam cię za słowo, generale. – Udawanie pogroziła mu palcem, nim dała się połknąć ciemności korytarza. Trzymał się tuż za nią.

Elveere czekała na nich tuż za drzwiami. Odepchnęła się od ściany, o którą się opierała, ledwie zauważyła ich w progu, i podeszła bliżej, nie zważając na ostrzegawcze warknięcie Scheiry.

Jaka szkoda, że smoczyca tym razem nie zamierzała się do niego odezwać – chętnie poznałby genezę tego odgłosu...

Już skończyliście... rozmawiać? – spytała z przekąsem, obrzucając Kriggsa wrogim spojrzeniem.

Na razie tak. – Mężczyzna krótkim gestem wskazał zmieszanej Vivienne najbliższe drzwi. – To jest komnata, o której mówiłem.

Dziękuję – szepnęła jeszcze, zanim wślizgnęła się do środka szczeliną na tyle wąską, że ledwo zdołała się w niej zmieścić. Zachrzęściła przekręcana zasuwka.

Co to ma znaczyć?! – wycedziła Elveere, wodząc oczami między generałem a zatrzaśniętymi drzwiami.

Dziewczyna potrzebuje samotności – odparł pozornie beztrosko. – Z dala od twojego syna, pani. Porozmawiacie rano.

Drell umiera ze zmartwienia! Ta szalona dziewczyna... – Sięgnęła do klamki...

Zaklęła wściekle, a strażnicy niepewnie sięgnęli do mieczy, gdy bez wahania złapał ją za dłoń.

Odstąpić! – warknął. Cienie zafalowały, a młodzieńcy odruchowo odsunęli się kilka kroków, czując ich parzące dotknięcia.

Głupcy...! – wykrztusiła królowa, lecz zamilkła wpół słowa, gdy kolejna macka mroku liznęła jej gardło. Była tak cienka, że młodzieńcy z pewnością by jej nie dostrzegli, lecz nie miała wątpliwości, że w każdej chwili mogła przemienić się w śmiercionośne ostrze.

Dreszcz rozlał jej się gęsią skórką po ramionach. Nie wiedziała, czy jest bardziej wściekła, czy może jednak przerażona...

Szalony król. Generał o fałszywej tożsamości. A nigdzie w pobliżu nie było Khorra, gotowego chronić ją za wszelką cenę.

Spokojnie, chcę zadać ci tylko kilka pytań.

Wzdrygnęła się na ten niski, zachrypnięty głos.

Pamiętaj, że prawie zabiłam twojego smoka, głupcze – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie zawaham się...

Zamknij się! – Macka niebezpiecznie liznęła ją pod brodą.

Jęknęła z bezsilności.

Odmaszerować! – rzucił w stronę strażników. Choć spojrzeli na niego jak na szaleńca, ponaglił ich gestem. – Byle szybko!

Popatrzyli po sobie niepewnie... lecz co mogli zrobić? Odeszli, ostrożnie stawiając stopy i kilkukrotnie oglądając się za siebie.

Trzymał Elveere w żelaznym chwycie, zanim nie ucichły kroki na schodach, a macki mroku nie podpowiedziały, że nie było żadnego człowieka tak daleko, jak tylko sięgały. Gestem nakazał elfce odsunąć się od drzwi komnaty, w której zamknęła się Vivienne, i poprowadził ją w lewo, gdzie korytarz przechodził w rozległą salę o malowanym bogato krzyżowo-żebrowym sklepieniu.

Bogowie, naprawdę zamierzał rozegrać to spokojnie i z klasą... dopóki nie zirytowała go tą „szaloną dziewczyną”.

Czego ode mnie chcesz? – Gdy tylko jej na to pozwolił, odsunęła się od niego z obrzydzeniem, ostentacyjnie masując nadgarstek.

W życiu nie przyszłoby mu do głowy, by złapać ją tak, aby móc pozostawić bolące ślady, ale... cóż, niech się bawi w ten teatr, skoro tak bardzo chce.

Porozmawiać, jak już mówiłem. – Udało mu się zachować spokój, choć kobieta paskudnie grała mu na nerwach. – Słyszałem z pewnych wiarygodnych źródeł, że jej wysokość królowa Ragharranu interesuje się sprawą Instytutu.

A co ciebie to obchodzi? – syknęła, wykonując taki gest, jakby naprawdę zamierzała rzucić się na niego i wydrapać mu oczy.

Ależ to by było zabawne... Z ledwością powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, gdy wyobraził sobie elficką piękność w roli wściekłej kotki. O ile nie trzymała gdzieś pod koszulą nocną sztyletu, nie miała z nim najmniejszych szans. Vrarghr Lemarr osobiście nadzorował szkolenia wszystkich Jeźdźców przepływających przez Akademię, a pamięć miał na tyle dobrą, by kojarzyć, którzy z nich mieli zawstydzające problemy z walką wręcz.

Erghon o wszystkim się dowie – syknęła, gdy macka mroku smyrnęła ją w plecy. – Jesteś skończony, ty...

Przysięgam, że jeszcze raz ktoś nazwie mnie dzisiaj głupcem, to mnie szlag jasny trafi. – Znudzonym gestem zerknął na prawy nadgarstek, gdzie zazwyczaj miał zegarek. – Skończyłaś już? Chciałbym mieć tę rozmowę za sobą.

Zawsze byłam przeciwna dobremu sercu mojego męża. – Jej oczy ciskały gromy, mieniąc się różnymi kolorami. – Nie rozumiem, dlaczego obdarzył cię łaską, gdy...

Na bogów, daruj sobie wreszcie! – Głowa naprawdę zaczynała go boleć. – Porozmawiamy? Czy rozchodzimy się z niesmakiem? Nie mam ochoty słuchać tych wyrzutów.

Może powiedz jeszcze, że są niesłuszne? – sarknęła z dumą.

Może powiesz, że nie jestem waszym jedynym dupochronem w obliczu nowej wojny z Creonią? – Bez trudu ją zakrzyczał. A jednak ćwiczenie śpiewu naprawdę czasem się przydawało... choć wszyscy mieli z niego taką radochę. – Instytut. Chciałem się dowiedzieć, czy wiesz o nim cokolwiek, czego nie wiem ja. Podobno spędzasz wiele czasu we własnej bibliotece. Podobno nie rozmawiasz z własnym smokiem. Jakiekolwiek by nie były, twoje informacje mogą pomóc pieprzonemu krajowi, którym rządzisz, więc byłabyś tak łaskawa... – Wykonał zapraszający gest.

Żartujesz, prawda? – Parsknęła śmiechem. – Chcesz wiedzieć cokolwiek, spytaj na oficjalnym posiedzeniu władz. Teraz nic ci nie powiem, generale. – Zasalutowała mu żartobliwie i zrobiła krok w stronę jednego z bocznych korytarzy. Uśmiech wykwitł jej na twarzy, gdy zorientowała się, że już jej nie powstrzymywał. – Ach, no tak. Jutro z samego rana wracasz na front i posiedzenie cię ominie. Jaka szkoda.

I zniknęła w lepkim mroku. Nawet nie wiedziała, jakie miała szczęście, że nie posłał za nią wiązanki bluzgów... Zaskowyczał ze wściekłości i grzmotnął pięścią w kamienną ścianę.

Cokolwiek działo się w tym burzowym zamku, miał się tego jeszcze długo nie dowiedzieć.

Może zastraszanie królowej nie było szczególnie dobrym pomysłem... lecz co tak naprawdę mu pozostało?

Jakie były szanse na to, że do rana znajdzie Khorra i zachęci go do rozmowy? Jakie były szanse na to, że smok cokolwiek wiedział...?

Z pewnością nic nie wie, zamruczał Zarroth. On również się martwi.

Wiesz, gdzie on jest? Aż uniósł głowę w nadziei, że...

Wiem. Ale na cóż ci on? Nawet mi nie zdradził niczego. Nie ma pojęcia, czym zajmuje się Elveere. W jakiś sposób osłania przed nim swoje myśli. Smok umilkł na chwilę i dokończył dziwnie cicho: Ona go... odrzuca.

Tym razem aż się wzdrygnął.

Odrzuca... własnego smoka? Mimo tylu lat doświadczenia nigdy nie spotkał takiego przypadku. Jedynie słyszał o nich przerażające historie – historie o przerażonych, złamanych umysłach, niszczących wszystko na swojej drodze, póki litościwa ręka nie przyniosła im śmierci...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz