– Masz jakieś nowe książki?
Issie krzyknęła, prawie upuszczając latarnię ze świecą, i odskoczyła pod ścianę korytarza tak gwałtownie, że aż uderzyła w nią tyłem głowy. Syknęła, zaklęła zupełnie po męsku i wsparła się o częściowo uchylone boczne drzwi biblioteki, zza których wysunęła się na ciemny zamkowy korytarz, aby pozbyć się worka ze śmieciami. Sądząc po jego masie, w środku musiały znajdować się stare, choć zupełnie już bezwartościowe i zniszczone woluminy, które jej matka skończyła tego dnia kopiować na nowe karty.
– Co ty tu robisz?! – wykrztusiła zdławionym głosem, rzucając Misselyi wściekłe spojrzenie i szybko strzelając oczami na boki, jakby chciała się upewnić, czy aby na pewno są same. – Na Niebiosa, czy ty nie możesz przychodzić po lektury jak zwyczajny człowiek, za dnia, tylko musisz czaić się w cieniu? Jak jakaś złodziejka!
Księżniczka prychnęła nieco pogardliwie, krzyżując ramiona na piersi.
– Zachowujesz się jak dziecko! – wypluła córka nadwornej czarownicy, zamierzając odwrócić się na pięcie, wejść z powrotem do biblioteki i trzasnąć za sobą drzwiami z pełną świadomością złości przyjaciółki.
– Ojciec zabronił mi tutaj przychodzić, więc to chyba jasne, że nie poproszę cię o coś do czytania w środku dnia. – W tonie Miss znać było całkowitą wiarę w słuszność własnego rozumowania i żelazną nutę pewności siebie, jakiej nauczyła się od bezwzględnego rodzica, obserwując go skrycie podczas tych nielicznych chwil, gdy musiała spędzać czas w jego towarzystwie. Jeśli kiedykolwiek pokusiłaby się o stwierdzenie, że zawdzięczała mu coś prócz tego, że miał udział w powołaniu jej do życia, z pewnością wskazałaby na tą podłapaną od niego zdolność wydawania choćby i zawoalowanych rozkazów.
– Skoro ci zabronił, to dlaczego w ogóle tutaj przychodzisz? – syknęła dziewczyna, mrużąc oczy w wąskie szparki.
– Rany, mówisz tak, jakbyś mnie nie znała! – Księżniczka westchnęła boleśnie, kierując oczy do nieba w błagalnym geście. Emocjonalna burza, szalejąca w jej ciele już od ładnych parunastu dni, nie pomogła rozpoznać jej samej, ile w tych gestach było teatralizacji, a ile prawdziwej frustracji, zaczynającej zalegać w gardle niemożliwą do przełknięcia, włochatą gulą. – Issie, wyobrażasz sobie mnie bez książki w ręku? Nie wytrzymam bez przeczytania choćby kilku zdań dziennie.
– Ojciec zabronił ci czytania wszystkiego? – Zmrużone gniewnie powieki rozwarły się na całą szerokość w szoku. Drobne palce nastolatki znowu niemal rozluźniły chwyt na szybko nagrzewającym się pierścieniu lampionu; płomień świecy niebezpiecznie zatańczył, grożąc zgaśnięciem.
– No... nie do końca. – Miss przygryzła wargę, spuszczając głowę. Fantastyczne wzory na gęsto tkanym dywanie, pokrywającym podłogę reprezentacyjnego korytarza, wydały jej się nagle nad wyraz ciekawe. – Mogę wejść? Dziwnie się czuję, mówiąc o tym... tutaj. – Bliżej niesprecyzowanym gestem objęła najbliższe otoczenie, pozostawiając przyjaciółce rozstrzygnięcie, co też dokładnie miała przez to na myśli.
Issie jęknęła boleśnie, pomasowała czoło widowiskowym, afektowanym wręcz gestem i wskazała wreszcie przyjaciółce na wpół uchylone drzwi. Cała jej postawa zdawała się mówić: „cóż ja z tobą mam, dziecko!”, Misselya z trudem więc powstrzymała kiełkującą gdzieś w okolicach żołądka złość. Nie umiała powiedzieć, dlaczego coraz mocniej drażniły ją zmiany zachodzące w jej towarzyszce dziecięcych zabaw, ale odkąd pierwszy raz uświadomiła sobie, że zaczęły nieuchronnie dojrzewać, coraz więcej cech Issie doprowadzało ją do białej gorączki. Oczywiście, tkwiło w tym ziarnko zwyczajnej zazdrości, puszczające boleśnie drążące w ciele korzonki za każdym razem, gdy mimowolnie uciekała wzrokiem do wyraźnie już rysującego się u dziewczyny biustu i konfrontowała jego coraz śmielszą wypukłość ze swoją własną płaskością. Nie było przyjemnym uczuciem, na każdym kroku zauważać piękno nabierającego kobiecych kształtów ciała, podczas gdy sama z dnia na dzień coraz mocniej przypominała trzcinę – prostą, chudą, nieco giętką i pnącą się ku górze w takim tempie, jakby uczestniczyła w wyścigu. Ale nie tylko o takie uczucia tutaj chodziło – wraz z ciężką do zignorowania kobiecością, u Issie pojawiła się też... jakaś obca maniera. Choć jej twarz wciąż pozostawała dziewczęca, najdrobniejsze gesty i sam sposób intonacji słów przypominać zaczęły wiekową matronę o posiwiałych włosach i ramionach przygarbionych przez ciężar przeżytych lat, obowiązków, pracy i przykrości. Młodsza o pół roku dziewczynka, z którą jeszcze nie tak dawno bawiła się w berka na zamkowych korytarzach, zjeżdżała po poręczy monumentalnych schodów i penetrowała nieużywane komnaty, zachowywała się gorzej od statecznej, zmęczonej życiem ciotki z tych, które to nawet rozmawiać nie potrafiły, bo ledwie otworzyły usta, cisnęły im się na nie pełne moralitety i łańcuszki skarg. Wprawdzie jeszcze nie licytowała się z Miss, która z nich była bardziej schorowana i miała na co dzień bardziej pod górkę, lecz wyglądało na to, że jest to jedynie kwestią czasu...
Issie zdawała się śpieszyć ku dorosłości. Z uporem łapała się jej dostępnych już okruchów, dzieciństwo pragnąc zostawić jak najdalej za sobą, czy wręcz zupełnie o nim zapomnieć. Cieszyło ją pozowanie na prawdziwą, choć niezbyt jeszcze wysoką kobietę, godzinami stroiła w lustrze dojrzałe miny, nakłaniając mięśnie twarzy do posłuszeństwa, aby zechciały układać się tak, by ukryć wciąż niewinną krągłość rysów. Dzień, w którym na jej bieliźnie pojawiła się pierwsza plamka miesięcznej krwi, zwieńczyło przepyszne przyjęcie, urządzone przez matkę na jej cześć – miniaturowy bal inaugurujący jedyną córkę nadwornej czarownicy w szeregi dam. Bywało, że Misselya poważnie zastanawiała się nad tym, czy to z nią samą nie jest coś nie tak, lecz faktem pozostawało, że wszystko, co przyjaciółkę tak bardzo cieszyło, w niej budziło najczystszy wstręt i dreszcz przerażenia. Dnia, w którym i ona dostrzeże na czystym, białym jedwabiu ślad czerwieni, upatrywała jedynie w tym stopniu, w jakim jawił się jej niczym ulga w paraliżującym oczekiwaniu. Nie chciała żegnać tego, co niosło ze sobą mgliste pojęcie dzieciństwa. Nie chciała żegnać bogatych marzeń, w które umykała za każdym razem, gdy otaczający ją świat stawał się zbyt szary, nijaki i niegościnny – czasem miała wrażenie, że tylko dzięki nim jeszcze oddycha. Nie chciała tracić swobody poruszania się po zamkowych korytarzach i pobłażliwości w oczach niedokładnie pilnujących ją strażników, gdy kolejny raz udawało się jej przed nimi uciec i na wiele godzin zaszyć w nieużywanych komnatach. Tylko dzięki tym drobnym przyjemnościom jej życie było jakkolwiek znośne... a gdy ich braknie – gdy do ojca dojdzie wieść, że przestała być dzieckiem – codzienność przyoblecze się w aurę koszmaru. Może dla Issie dorosłość oznaczała rozkosz rozszerzających się przywilejów... dla księżniczki była jednak progiem, za którym na jej kruche nadgarstki czekały ciężkie kajdany. Jako księżniczka mogła pozwolić sobie na wiele, licząc, że władni przymkną na to oko, lecz jako dziedziczka tronu – jedynie tytularna, o czym nieustannie musiała pamiętać – wkroczy w etap, gdzie każdy jej krok zacznie podlegać ścisłej kontroli. Jak mogłaby na to czekać?
Odetchnęła z ulgą, gdy zamknęły się za nią niepozorne boczne drzwi biblioteki, odcinając od mroku korytarza. Ta ciemność zdawała się mieć oczy... Łatwo było uwierzyć, że w zacienionych kątach czekał w milczeniu ktoś gotów donieść ojcu o nocnych eskapadach krnąbrnej córki, nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie było tam nikogo. Plamy czerni, te miejsca, w które nie docierał blask płonących całą noc pochodni i lamp, były zbyt małe, aby zdołało się w nich przyczaić cokolwiek większego od kota, lecz drżące w strachu serce nie chciało w to uwierzyć. Serce zawsze z jakiegoś powodu wolało zakładać najgorsze, zamierając lub skacząc do gardła na każdy najdrobniejszy szelest...
Miss zaśmiała się w duchu na myśl, że jeśli dalej tak pójdzie, to umrze na zawał, zanim w ogóle doczeka się tej całej miesięcznej krwi.
– Co cię tak bawi? – spytała Issie ze źle skrywaną złością. Odstawiła latarnię ze świecą na mały stoliczek obok drzwi i wzięła się pod boki pięściami, mierząc przyjaciółkę wściekłym wzrokiem, zdającym się strzelać iskrami w migotliwym blasku niewielkiego płomienia.
– Marność mego położenia. – Miss, nie zdoławszy się powstrzymać, otarła czoło afektowanym gestem, jaki podpatrzyła u dziewczyny już jakiś czas temu. Niestety to był błąd, co uświadomiła sobie, jeszcze zanim skończyła ostentacyjnie przewracać oczami w marnej próbie odegrania omdlenia.
– Takaś mądra? – Głos drobnej blondynki przemienił się w przenikliwy syk. – Ciekawe, co powiesz, jak zawołam tutaj mamę! Już od jakiegoś czasu myślałam, że nie mogę dłużej przed nią ukrywać tych twoich wizyt, to nie w porządku. Będzie na mnie wściekła, jak dowie się od kogoś obcego, że...
– Dobrze, już dobrze! – Uniosła ręce w obronnym geście. – Issie, proszę cię, daj spokój! Ja tylko przyszłam po jakąś książkę, co w tym złego?
– To, że łamiesz tym przynajmniej kilka zakazów. – Postawa nastolatki pozostała nieubłagana. – W tym co najmniej jeden wydany przez samego króla.
– Król jest moim ojcem, a ja najwyraźniej przeżywam okres paskudnego młodzieńczego buntu i odczuwam przemożną potrzebę sprzeciwiania mu się we wszystkim. – Księżniczka powoli również zaczynała ulegać narastającej w niej złości. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując ukryć ich drżenie. – Błagam, Issie. Ja przyszłam tylko po książkę – powtórzyła uparcie.
Issie westchnęła jeszcze raz, toczącą się w niej walkę widać było gołym okiem nawet w słabym świetle pojedynczej świecy. Wreszcie jęknęła z boleścią przystającą raczej komuś prowadzonemu na szafot, niż dziewczynie poproszonej przez najlepszą przyjaciółkę o drobną przysługę, i ponownie sięgnęła po lampę, ruszając rozwidlającym się korytarzem w stronę drzwi prowadzących do głównej bibliotecznej sali. Misselya podreptała szybko za nią, starając się stawiać stopy szczególnie cicho, gdy mijała drugą parę drewnianych drzwi, za którymi tonęło w nocnej ciszy mieszkanie zajmowane przez nadworną czarownicę i jej córkę. Obładowana obowiązkami, wynikającymi z piastowania dwóch poważnych stanowisk, kobieta wcześnie kładła się spać i twardo spała aż do pierwszego brzasku, kiedy to zaczynała dzień na długo przed wszystkimi mieszkańcami zamku, aby zmierzyć się z kolejnymi obowiązkami, w dodatku miała bardzo mocny sen, który zakłócić mogła jedynie katastrofa lub wycie magicznego alarmu, lecz ostrożności nigdy za wiele. Gdyby akurat wstała chociażby do toalety czy po szklankę wody i dosłyszała szmer dobiegający z przejścia...
Przełknęła podchodzący do gardła strach i wsunęła się do tonącej w mroku biblioteki, udając, że nie zauważa niecierpliwego spojrzenia przyjaciółki. Gdy tylko zamknęły się za nimi okazałe wrota z płaskorzeźbami w kształcie bogatych kiści winogron, drobna dziewczyna poprowadziła ją między regałami, pod ozdobnym drewnianym zadaszeniem, do miejsca, gdzie znajdowały się najnowsze pozycje, czekające jeszcze na skatalogowanie, a więc takie, których braku nikt nie zauważy. Już na miejscu uniosła dłoń do wystającego z drewnianej kolumny kryształowego znacznika – pod wpływem dotyku tej drobnej iskry magii, krążącej w jej żyłach, rozbłysła sieć energetycznych kul, rzucając silny blask na wielobarwne grzbiety książek. Miss początkowo przymrużyła nawykłe do ciemności oczy, lecz nie zdołała długo utrzymać ich zamkniętych – jak zawsze w tym miejscu, poczuła euforyczną radość rozpierającą jej pierś, sprawiającą, że miała wrażenie, jakby nagle uniosła się kilka centymetrów nad wyłożoną wzorzystym dywanem podłogę. Ignorując przypatrującą się jej badawczo nastolatkę, podeszła bliżej do pierwszego monumentalnego regału i z troską przesunęła palcami po tłoczonych literach okładek, jakby witała dawno niewidzianego, serdecznego przyjaciela. Nie zdołała powstrzymać uśmiechu wymykającego się na usta.
– Czy twoja matka planuje wybrać się na występ chóru? – spytała właściwie jedynie po to, by cokolwiek powiedzieć i móc choć na chwilę zapomnieć o tym przenikliwym spojrzeniu, wywiercającym jej dziurę w plecach. Bez większego namysłu sięgnęła po pierwszą książkę, ostrożnie zdejmując ją z półki.
– Nie wiem. – Issie odburknęła niewyraźnie i wzruszyła ramionami.
– Może spróbuj ją do tego namówić? – zasugerowała, nie zdoławszy stłumić ekscytacji w głosie. Odłożyła książkę z powrotem, ponieważ napisana była nieznanym jej językiem, być może elfickim, i na chybił-trafił wybrała kolejną, ważąc ją chwilę w dłoniach, nim zajrzała do środka. – W tym roku spektakl ma być niesamowity. Podobno będą śpiewać o smokach z Ragharranu! – Ściszyła głos, lecz i tak radość podwyższyła go niebezpiecznie.
– Smoki z... – Issie aż się zakrztusiła z oburzenia. – Cóż za durny pomysł! Jak ci nie wstyd w ogóle o tym mówić, Miss? Nigdy nie wybrałabym się na taki spektakl i mam nadzieję, że moja matka również będzie wolała pozostać u siebie.
– Przecież to bardzo ciekawy temat? – Zabrzmiało to jak pytanie. Zawahała się z kolejną książką w dłoniach. – Smoki są fascynujące. Szczerze mówiąc, bardzo chciałabym kiedyś jakiegoś zobaczyć. – Przed oczami mimowolnie stanęły jej niezwykłe ryciny ze starej księgi opisanej ręką jej matki, lecz miała nadzieję, że w porę zdołała powstrzymać wymykający się na twarz grymas, a jej głosu nie zagłuszył ścisk w gardle.
– Smoki są przerażające! – Issie praktycznie wypluła te słowa, zaciskając dłonie w pięści i tupiąc w geście tak dziecinnym, że pewnie byłaby na siebie wściekła, gdyby widziała się właśnie z boku. – Smoki to grzech! Wiesz to równie dobrze, jak ja, Miss. Kto w ogóle pozwolił na wystawianie takich sztuk pod samym nosem twojego ojca?
– To żaden grzech! – Księżniczka westchnęła, odrzucając książkę nieco zbyt mocno, by można było gest uznać za naturalny. Gdyby tylko mogła potrząsnąć tą dziewczyną, być może udałoby się z powrotem ułożyć w jej głowie wszystko, co w niej pomieszano... – Przecież to zwierzęta. Jak niby zwierzę może być grzechem?
– To nie są zwyczajne zwierzęta. – Blondynka warknęła z pogardą i potrząsnęła niedowierzająco głową. – Jak rany, Miss, mogłabyś wreszcie przestać opowiadać takie głupoty? Nie dziwi mnie, że ojciec jest na ciebie tak wściekły, skoro głosisz wokół takie dyrdymały. Creonia jest wolna od przeklętych smoków i powinnaś się z tego cieszyć, jak my wszyscy, a nie uczestniczyć w jakichś przywołujących je przedstawieniach.
– Issie, na Boga, co cię ugryzło?! – Odwróciła się gwałtownie, porzucając kolejny tom, i stanęła na wprost nastolatki, kipiąc wściekłością. – Zachowujesz się, jakbym ci coś zrobiła!
– Ach, czyli nadal będziesz udawać, że nic się nie stało? – Dziewczyna roześmiała się gorzko, a echo nieprzyjemnie poniosło jej głos w najgłębsze zakamarki wielkiej sali.
– A co się niby...
– Wiem, że byłaś tu kilkanaście nocy temu! – Szczupły palec o wciąż dziecinnie zaokrąglonym paznokciu dźgnął powietrze w okolicy piersi księżniczki. – Wiem, że to ty zrujnowałaś regał! Wiem, że grzebałaś w księgach, choć nie było ci wolno! Wszystko bez mojej wiedzy! Masz pojęcie, jak długo musiałam to sprzątać i ile mnie kosztowało przekonanie matki, że nie warto podejrzewać akurat ciebie?!
– Co? – Zabrzmiała tak głupio, że aż zrobiło jej się szkoda samej siebie, nic jednak nie mogła poradzić na to, że nie zdołała powiedzieć nic więcej. Cała krew odpłynęła jej z twarzy.
– Z jakiegoś powodu mama od razu wiedziała, że to ty! – Issie wypluwała kolejne słowa z obrzydzeniem, aż trzęsąc się z nadmiaru szukających ujścia emocji. – Kilka godzin musiałam ją zapewniać, że to niemożliwe, przy czym sama doskonale wiedziałam, że to ty, a wiesz, jak nienawidzę kłamać! I...
– Dobrze, Issie, przestań! – Miss straciła resztki cierpliwości i złapała wreszcie przyjaciółkę za ramiona, dokładnie tak, jak tego chciała, lecz na szczęście miała jeszcze na tyle zdrowego rozsądku, by powstrzymać się od potrząśnięcia nią. – Przepraszam! Nie myślałam, że...
– Właśnie w tym problem – ty nie myślisz!
Księżniczka cofnęła się na kilka kroków i zamknęła oczy, zmuszając się do zachowania spokoju. Blask magicznych lamp nieprzyjemnie wciskał się pod zaciśnięte powieki, wwiercając się do samego środka czaszki, jak natrętne palce próbujące siłą grzebać w jej wspomnieniach. W tajemnicach, których nie chciała nikomu zdradzić...
– Proszę, przestań – szepnęła, a w jej głosie było coś, co nawet rozsierdzonej do granic możliwości nastolatce kazało zamilknąć.
Chwilę trwały w natrętnie dzwoniącej w uszach ciszy.
– Co się dzieje, Miss? – To Issie przerwała milczenie jako pierwsza, lecz jej głos był tak cichy, że jedynie bliskość pozwoliła księżniczce zrozumieć poszczególne słowa. – Od jakiegoś czasu jesteś jakaś... dziwna.
– Ja sama nie wiem, co się dzieje. – Boże, ależ płaczliwie zabrzmiała! Aż musiała ukryć na chwilę twarz w dłoniach, w razie gdyby w oczach miały pojawić się nieposłuszne łzy. – Śnią mi się smoki, Issie. I dziwny głos, mówiący do mnie po ragharrańsku. Ojciec nienawidzi mnie z każdym dniem coraz mocniej, do tego jeszcze ta książka...
– Jaka książka? – Głos Issie złagodniał, nabrał konsystencji ciepłego miodu. Miss początkowo wzdrygnęła się pod wpływem dotyku, lecz szybko pozwoliła, by przyjaciółka otoczyła ją ramionami i mocno do siebie przycisnęła.
Usiadły, plecami wspierając się o regał, przytulone do siebie tak ciasno, że nie wiedziały już, gdzie kończyła się jedna, a zaczynała druga. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy jako malutkie dzieci pobłądziły w opuszczonych korytarzach, same nie wiedząc, czy aby nie zrobiły tego celowo – czy nie uciekały po prostu przed rodzicielskim gniewem, niezrozumieniem i chłodnym brakiem miłości, absolutną, nieskończoną pustką w tym miejscu, gdzie powinno znajdować się dające siły do życia ciepło... Miss nie wiedziała, kiedy zaczęła płakać, po prostu w pewnym momencie zdała sobie sprawę z tego, że jej ramiona drżą od szlochu, a mięciutka dłoń Issie bawi się jej lokami.
– Co to za sny, Miss? Opowiedz mi – szeptała kojąco. – Opowiedz... Mama zawsze mówiła, że koszmary trzeba opowiadać, wtedy przestają być takie straszne.
– Rzecz w tym, że to wcale nie są koszmary. – Żałośnie otarła nos wierzchem dłoni. – No... nie do końca. Są straszne, ale... Nie wiem, jak to powiedzieć. One same w sobie nie są przerażające. One są piękne, Issie! – Głos kolejny raz jej się załamywał. – Smoki są piękne. W tych snach widzę, jak z łatwością szybują po niebie. Ganiają się, jak radosne ptaszki... Są szczęśliwe, wielkie, potężne, trochę straszne, ale przy tym tak cudownie piękne, że... najgorsze w tych snach jest to, że ja z tego zachwytu za nimi tęsknię. Tęsknię aż do bólu.
– Prosiłam, żebyś nie czytała tych wszystkich książek – szepnęła Issie. – Prosiłam... Podtykałam ci nawet inne, ale ty...
– Przestań! – Miss przez chwilę zapragnęła ją uderzyć, przez co rozpłakała się jeszcze głośniej. – Te sny pojawiły się wcześniej! To pod ich wpływem zaczęłam czytać o smokach, nie odwrotnie! One jakby prosiły, żebym... – Ze złością potrząsnęła głową, przełykając łzy. – Nie wiem, o co tu chodzi. Czy ja tracę zdrowe zmysły, Issie? Ghax pomagał mi odszyfrować, co mówi tamten głos, bo nie ma wątpliwości, że to ragharrański, ale za słabo zna ten język i nie...
– Jak duże jest prawdopodobieństwo, że zabawił się twoim kosztem i skłamał, a w rzeczywistości to tylko jakieś pozbawione sensu zlepki liter? – Głos nastolatki zabrzmiał brutalnie i rzeczowo.
– Żadne. Sprawdziłam potem ze słownikiem. Wielu słów nie znalazłam, bo nie znam ich pisowni, ale te, które pomógł mi odszyfrować, zgadzały się.
Cisza ukąsiła nieprzyjemnie. Strach Issie zmroził nawet Misselyę, jej ciało zesztywniało.
– Jak to możliwe, że coś szepcze ci w snach w języku, którego nie słyszałaś nigdy wcześniej? – wykrztusiła.
– Nie wiem. – Z żalem spojrzała na książki za ich plecami. – I chyba za ich pomocą mam nadzieję się tego dowiedzieć... choć jak na razie zdało mi się to na nic.
– Na pewno głos i sny były pierwsze?
– Na pewno! – Zjeżyła się i zacisnęła zęby. – Zarzucasz mi kłamstwo?
– Oczywiście, że nie, po prostu... ciężko w to uwierzyć.
– Ech... wiem. – Westchnęła ciężko. Odsunęła się lekko od przyjaciółki, lecz nie podniosła się z miękkiego dywanu. Chwilę wodziła palcami po wyszytych na nim abstrakcyjnych wzorach, by nieświadomie przenieść go na grzbiety książek na najniższej półce.
– Mówiłaś też o jakiejś książce? – Issie śledziła wzrokiem jej palce, lecz myślami była daleko. Jej niebieskie oczy lśniły w blasku świetlistej energii jak w gorączce, a policzki zdawały się blade niczym woskowa śmierć.
– No właśnie... – Miss znowu wyciągnęła kilka tomów, by zająć czymś te nieprzyjemnie ruchliwe palce. – Wtedy, gdy przyszłam tutaj sama, znalazłam... książkę. Była ukryta w wydrążonej półce, tak dobrze, że gdybym nie zniszczyła tego regału, nigdy bym tej skrytki nie znalazła. Jest napisana w języku, który widzę pierwszy raz w życiu, i bardzo, bardzo stara. Na rycinach są smoki, ale zupełnie inne niż te w moich snach. Smoki z Ragharranu... Nie, te bardziej przypominają może żmije z Gholobaru? Chociaż nie... Nie umiem ci tego opisać, musiałabyś zobaczyć sama. Są niezwykłe. Ale to nic, bo jedynym, co umiem w tej książce przeczytać, są komentarze na marginesach. Napisała je moja matka.
Issie zmartwiała u jej boku i wyprężyła się jak struna, marszcząc jaśniutkie brwi na czole. Milczała, próbując ułożyć nieposłuszne myśli w głowie.
– To na pewno jest... – wykrztusiła wreszcie, lecz nie dokończyła, gdy Miss zmroziła ją wzrokiem.
– Umiem rozpoznać pismo swojej matki! – warknęła bardziej agresywnie, niż początkowo zamierzała.
– Zmarła, gdy byłaś...
– Ale zostawiła mi listy! – ucięła stanowczo. – Pismo jest identyczne, Issie! Trudno się po tym zorientować, o czym ta księga jest, ale moja matka umiała ją przeczytać, opisała ją na tyle szczegółowo, na ile pozwoliło miejsce na marginesach, i ukryła tak skrupulatnie, że jedynie cudowny przypadek pozwolił mi ją odnaleźć!
– Może to tylko jakaś baśń, która spodobała jej się na tyle, by zachęcić do sporządzenia notatek?
– Nadal byłaby to baśń o smokach, napisana w nieznanym języku, i ukryta trochę zbyt dokładnie, aby miała stanowić tylko głupią bajkę. – Musnęła opuszkami tłoczone w złocie litery na grzbiecie większego tomu i zajrzała do niego z nadzieją, lecz okazał się jedynie nudną kroniką historyczną w formie suchej wyliczanki dat i równoważników zdań opisujących poszczególne wydarzenia. Rozczarowana z powrotem wsunęła ją na swoje miejsce.
– Nie wiem, co o tym myśleć. – Blondynka wyglądała na bardziej dziecinną niż zazwyczaj, siedząc na podłodze z kolanami podciągniętymi pod brodę. Na palec nawlekała złocisty lok, wcześniej jak sprężynka wijący się wzdłuż jej policzka.
– Ja też nie wiem. Jak na razie oprócz Ghaxa wiesz tylko ty. Nie wiem, czy mogłabym powiedzieć to jeszcze komukolwiek.
– Może moja matka...
Dziewczyna urwała, gdy lodowate spojrzenie Miss osadziło ją w miejscu.
– Twoja matka przekaże wszystko mojemu ojcu w czasie krótszym niż oddech!
– Ale czy nie lepiej w takiej sytuacji, żeby twój ojciec wiedział, co się dzieje? Przecież może chodzić o twoje zdrowie. A nawet życie.
Zacisnęła zęby aż do bólu. Palce, w których trzymała kolejny tom, pobielały niebezpiecznie. Najgorsze było w tym wszystkim to, że Issie... cóż, mogła mieć rację. Z jakiegoś jednak powodu nie umiała po prostu zaakceptować, że pojawiające się co noc obrazy są wynikiem toczącej jej ciało i umysł choroby. W nich musiało być coś więcej – przecież były tak żywe, tak...
Ze złością potrząsnęła głową.
– Nie wiem, Issie. Być może. Ale proszę, jeszcze nie teraz. Ja... muszę najpierw sama sobie to wszystko ułożyć.
– Na pewno? Takie obrazy mogą być przejawem poważnej dolegliwości. Słyszałam o ludziach, którzy w głowach mieli guzy, zsyłające podobne majaki, a gdy orientowano się, w czym rzecz, były już tak ogromne, że nie dało się uleczyć ich najsilniejszą magią... – Urwała, napotkawszy żelazne spojrzenie przyjaciółki. – Oczywiście zrobisz, jak chcesz. Chyba... możesz poczekać jeszcze kilka dni, skoro widzisz to wszystko od tak długiego czasu... Tylko że twój ojciec...
– Mój ojciec ma mnie głęboko gdzieś! – Roześmiała się sucho na oburzenie nastolatki. – Co, powiesz może, że nie mam racji? Interesuje go tylko wydanie mnie za mąż za tego bubka, co to uważa, że był na Nowym Kontynencie. Osobnik tak irytujący, że nawet nie zapamiętałam jego imienia...
– Twój ojciec po prostu ma teraz wiele zmartwień na głowie. – Issie sama wyjęła jej z rąk książkę, zanim zaciskające się pięści bezpowrotnie zniszczyły obłożoną skórą okładkę. – Przecież wojna na granicy...
– Jaka znowu wojna?! – Miss przerwała jej bez cienia skruchy i aż podskoczyła na swoim miejscu, czując, jak serce utyka jej gdzieś w gardle, blokując oddech.
– No... – Blondynka stropiła się i uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Teraz to ona bawiła się książką, byle tylko nie musieć patrzeć na księżniczkę. – Nie mów, że nie wiedziałaś...
– O czym nie wiedziałam?! – Niebezpiecznie podniosła głos, ale nie umiała teraz myśleć o śpiącej niedaleko czarownicy, mogącej się zainteresować, co to za hałasy w bibliotece, nad którą pieczę miała sprawować. – Na miłość boską!
– Nie uwierzę, że nie wiedziałaś o wojnie z Ragharranem! – parsknęła Issie i zaraz zmarkotniała, a jej twarz pokryła się królewską purpurą. – Za dużo gadam, Miss...
– Nie wiedziałam! – zapiszczała idiotycznie, zrywając się na równe nogi. – Dlaczego nie wiedziałam o czymś takim, jak pieprzona wojna?!
– Miss!
– Przestań mnie strofować!
Chwilę mierzyły się spojrzeniami – oczy Miss ciskały błyskawice gniewu, zaś źrenice Issie za wszelką cenę próbowały uwolnić się z niepokojącego chwytu i umknąć gdzieś na bok. Usta nastolatki zadrżały niebezpiecznie.
– Proszę, nie mów, że wiesz to ode mnie – szepnęła markotnie. – Widocznie ojciec miał jakiś powód, skoro ci o tym nie powiedział...
– Ojciec nie mówi mi o niczym! – Miss w bezsilnej złości grzmotnęła pięścią w regał i zaklęła paskudnie, gdy kostki dłoni zapłonęły wściekłym bólem. Znowu łzy stawały jej w oczach, oblekając świat nieprzyjemną mgiełką.
– Musi mieć jakiś powód, aby z tobą nie rozmawiać o takich sprawach. Inny niż nienawiść, którą rzekomo do ciebie żywi.
– Więc pomóż mi wymyślić, co to za powód, bo mi już brakuje... – Miss z trudem zdławiła kolejne cisnące się na usta przekleństwa. Zdecydowanie za często podsłuchiwała strażników... – Muszę z nim porozmawiać.
– Ale nie mów...
– Tak, wiem! – Stanowczym gestem ucięła żałosną prośbę blondynki. – Przepraszam, Issie. To nie twoja wina. Ja po prostu...
– Och, Miss... – Nastolatka westchnęła głęboko. – Wciąż jestem na ciebie zła, ale... rozumiem. Teraz już rozumiem. Zrobisz, co uważasz. Tylko proszę, nie przysparzaj mi więcej sprzątania.
– Nie planowałam... – Żachnęła się ze wściekłością, lecz dalsze słowa udało jej się przerobić na bezsilny warkot. – Dobrze już... Muszę o tym pomyśleć. Muszę porozmawiać z ojcem... a ty daj mi wreszcie coś do czytania. Nie ma szans, żebym dzisiaj zasnęła.
Blondynka wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, jęknęła jednak tylko i podniosła się na nogi, dla wspomożenia równowagi łapiąc się wyższej półki regału. Zrezygnowana powiodła wzrokiem po zgromadzonych na półkach tomach.
– Z tych tutaj możesz wziąć właściwie cokolwiek – rzuciła bez entuzjazmu. – Nie są skatalogowane. Przywieziono je ledwie wczoraj, nawet nie zdążyłyśmy zacząć pracy, więc... sama wiesz. Ale jeśli miałabym ci coś polecić... – Sięgnęła po niepozorną książkę w rogu, lecz zamarła, nie musząc słyszeć myśli Miss, by czuć bijącą od niej nieufność.
– Issie. Dobrze wiesz, jakich książek szukam – wycedziła księżniczka. – Na pewno nie kolejnych powieści obyczajowych o dojrzewających dziewczętach.
Nastolatka całkiem donośnie zgrzytnęła zębami, lecz zmiękła szybko. Na jej twarzy zagościła litość – Misselya chciała jednocześnie wściec się na nią kolejny raz, jak i podziękować gorąco, ściskając mocno za dłoń.
– Mam... coś takiego. – Dziewczyna westchnęła i krótkim gestem nakazała Miss ruszyć za sobą. Przeszły na drugą stronę wielkiego regału, gdzie spośród książek w zupełnie nieatrakcyjnych okładkach wygrzebała pozycję, którą zatrzymała na chwilę w dłoniach, wahając się nad wyciągnięciem jej w stronę księżniczki.
– Nie wiem, czy mam ochotę na powieści, które wybierasz – zaskomlała Miss, choć nie mogła ukryć ciekawości. Spróbowała zerknąć ponad ramieniem blondynki na okładkę, lecz ta obróciła się tak zręcznie, że jej wysiłki spełzły na niczym.
– To nie jest powieść, którą bym chciała widzieć w twoich dłoniach – prychnęła, siląc się na złość. – Wręcz wolałabym, byś trzymała się od niej z daleka. Ale... – Zamilkła na parę sekund, wpatrując się w książkę, jakby to w niej mogła odszukać odpowiedzi na swoje wątpliwości. – Właściwie to możesz ją sobie wziąć. Jak na razie to jedyny taki egzemplarz, wydała to mało znana drukarnia, która niechybnie dostanie zakaz na publikowanie czegokolwiek więcej. Moja matka jeszcze jej nie widziała, a gdy ją zobaczy, pewnie każe to wrzucić do działu ksiąg zakazanych, więc... masz. – Z niechęcią wręczyła wreszcie tom Miss. – Jest twoja. Tylko nie pokazuj jej nikomu.
Ciekawość księżniczki obudziła się na dobre. Wydrukowana na tanim papierze książka mogła mieć około czterystu stron, choć była nad wyraz lekka i nieduża, jak typowe powieści z rodzaju tych, którym nie poświęca się zbyt wiele czasu. Już miała spytać Issie, o co tutaj chodziło, gdy odwróciła ją okładką do góry...
Z bogatej ilustracji patrzył na nią smok.
Wyrwał jej się zduszony okrzyk, lecz jakimś cudem zdołała nie upuścić książki. Issie wzdrygnęła się u jej boku, być może coś nawet powiedziała – nie wiedziała, nie słuchała jej. Miała wrażenie, że grafika ją... zahipnotyzowała. Wciągnęła niczym ruchome piaski z legend, pochłonęła do reszty, oczarowała – całkowicie, nieodwracalnie... do granic bólu.
Okryty płytową zbroją łeb zwieszał się w taki sposób, by dumnie zaprezentować długie, lekko zakrzywione na końcach rogi. Czerwone ślepia świeciły krwiście w szczelinach maski, z nozdrzy buchały kłęby dymu. Na karku, w bojowym siodle, siedziała... tak, kobieta! Wojowniczka w kolczudze i stalowym hełmie. Krzyczała, w jednej dłoni trzymając wodze uprzęży, w drugiej wzniesiony w stronę burzowego nieba miecz z rękojeścią w kształcie rozkładającej skórzaste skrzydła bestii.
Wojowniczka. Smok w bojowej zbroi. Jeźdźczyni Smoka!
Miała wrażenie, że zapomniała nawet o oddychaniu – napełniła płuca powietrzem dopiero wtedy, gdy pierwsze czarne mroczki zatańczyły jej przed oczami. Nieświadomie przesunęła dłonią po rysunku, chłonąc kolory, chłonąc... w zasadzie wszystko.
Czy nie tak wyobrażała sobie siebie, gdy nie mogła zasnąć? Czy nie roiło jej się, że w dokładnie taki sposób siedzi na smoczym karku, zawsze wtedy, gdy wokół robiło się naprawę źle i potrzebowała siły? Czy...
– Miss? – Głos Issie nieprzyjemnie wgryzł się w rozkrzyczane myśli, ściągając ją na ziemię. Ale tylko do pewnego stopnia – nie mogła oderwać oczu od gorejących ślepiów smoka, od twardych węzłów mięśni kobiety-jeźdźca, widocznych w miejscu, gdzie kończył się karwasz, a nie sięgał stalowy naramiennik.
– Dziękuję – szepnęła słabo.
– Nie wiem, co to za powieść – zaczęła się usprawiedliwiać blondynka. – Nie czytałam jej, ale sama okładka... No, sama widzisz. Sądząc po karteczce z opisem wydawcy, to ragharrańska powieść o Jeźdźcach. Fabularna bajka. Wydawnictwo przekazało nam ją, żebyśmy zatwierdziły dalszy druk... ale sama chyba rozumiesz, dlaczego...
– Nieważne! – ucięła, przygarniając tom do piersi w irracjonalnym strachu, że córka czarownicy może spróbować go jej odebrać, choć dopiero co ofiarowała go jej w prezencie. – To jest... Cóż, może to i fabularna bajka, ale raczej w sam raz na bezsenną noc.
– W porządku. Tylko... – Issie skrzywiła się brzydko. – Sama wiesz. Nikomu nie mów, że to ode mnie. A najlepiej w ogóle nikomu jej nie pokazuj.
– Nie jestem głupia!
– Niektórzy mogliby z tym dyskutować.
Zjeżyła się na ten przytyk, ale dobrze wiedziała, że dziewczyna ma rację.
Jeszcze raz podziękowała przyjaciółce niecierpliwie i nawet nie próbując ukryć pośpiechu, pożegnała się i umknęła na ciemny korytarz, zanim nastolatka wygasiła magiczne światła. Przemknęła pogrążonymi w mroku tunelami do drzwi własnych komnat, gdzie pozdrowiła krótko wyczekującego jej Ghaxa, stojącego tej nocy na straży. Wślizgnęła się do środka, zbywając dziesiątki jego pytań ogólnikami, wywołującymi na jego twarzy rozkwit niepokoju i wątpliwości. Zapewniła go, że jest bardzo zmęczona, i zamknęła się w sypialni, gdzie natychmiast rozpaliła nową świecę i zasiadła do lektury.
I czytała.
Czytała.
Czytała...
***
Lhynne nie zdołałaby sobie przypomnieć snu – gdy wynurzyła się z niego niczym tonąca w lodowatym górskim jeziorze, której palce w ostatniej chwili natrafiły na skalny występ, obrazy rozwiały się zupełnie w doskonałej ciemności, zostawiając po sobie jedynie mdlący strach i ciepłe, piękne złoto łusek ogromnego smoka: w przedziwny sposób bardziej uczucie niż scena wypalona na siatkówce oka. Wyprostowała się, gwałtownie chwytając powietrze, i jęknęła, krzywiąc się boleśnie na rozpaczliwy zgrzyt sprężyn materaca, odzywający paskudnym bólem w szczękach. Zęby zaczęły jej się wyostrzać, pobudzone tym uczuciem, skórę już porastał łaskoczący czarny meszek...
Z trudem narzuciła sobie spokój, nie mogąc zmusić się do ponownego zamknięcia oczu. Na co i tak by jej to było? Nocny mrok pozostał na zewnątrz, odgrodzony od przytulnego wnętrza starego domku solidnie zbitymi i porządnie zamocowanymi burzowymi okiennicami. Porywisty wiatr kotłował się na zewnątrz, gwiżdżąc w załomach muru; coś uderzało w wiekową ścianę od tyłu, od strony podwórza należącego do niewielkiej kwiaciarni, na które Lhynne nie posiadała własnego wyjścia, co jednak nie uniemożliwiło jej świetnego poznania rozkładu znajdujących się na nim sprzętów. Wielokrotnie zapuszczała się tam, bo tylko stamtąd mogła wdrapać się na dach, by go uszczelnić. Więc cóż to było? Drewniany regał na donice, którego ktoś zapomniał wnieść do środka na noc? A może oberwana gałąź ogromnego kasztanowca, rzucającego tak drogocenny w upalne dni cień na poprzerastany trawą bruk? Bogowie, jeśli mogła ocenić to jedynie za pomocą słuchu, to tak źle nie było już dawno – stare dachówki grzechotały pod wpływem ostrych porywów jak turlana w górę i dół dachu beczka wypełniona wysuszonymi kośćmi; lodowaty wicher wciskał się do środka każdą najdrobniejszą szczeliną w ramach ogromnych okien i wył opętańczo w przewodzie komina, wydmuchując niedokładnie uprzątnięty popiół na drewnianą podłogę. Śpiewnie skrzypiały zaczepy okiennic, a gdy odpowiednio się skupiła i wyostrzyła wilcze zmysły, mogła w tej oszałamiającej kakofonii rozróżnić nawet przemożny trzask pnia rosnącego po drugiej stronie ulicy ogromnego dębu. Oczyma wyobraźni ujrzała, jak kilkusetletnie drzewo, do którego objęcia potrzeba było co najmniej czterech osób, gnie się do ziemi niczym chłostana wichurą trzcina, choć dobrze wiedziała, że nie jest to możliwe... Prędzej złamałoby się wpół, niż ustąpiło w podobny sposób.
Chwilę tkwiła odrętwiała z kolanami podciągniętymi pod brodę i objętymi ramionami, próbując w równym stopniu narzucić sobie spokój, jak i uchronić przed rozproszeniem resztki tkwiącego pod kołdrą ciepła. Cały świat zdawał się składać z krzyku, żałosnego wołania o pomoc, w którym nie dało się doszukać nadziei na jej przyjście...
Potrzebowała światła! Potrzebowała...
Jestem, szepnęła Khrimme w jej myślach, mrucząc uspokajająco. Lecz co ona mogła wiedzieć, skoro leżała w rozkosznym cieple opierającej się burzy stajni, bezpiecznie wciśnięta między dwa stare smoki?
Wiem wszystko, co i ty, żachnęła się z oburzeniem. Mogę przyjść do ciebie w każdej chwili!
Nawet nie waż się wychodzić na zewnątrz! Lhynne aż poderwała się w panice, choć nic nie wskazywało, by smoczyca poruszyła się w swoim żywym gnieździe.
Wątpisz w to, że zdołałabym stawić czoła tej pogodzie? Z pewnością musiała szczerzyć ostre kły, a jej czerwone ślepia świeciły w lepkim mroku. Warkot obudził jednego ze starych smoków, troskliwego samca o ciemnozielonych łuskach – powieki rozchyliły się na krótką chwilę, a oszałamiająco świecące pomarańczowe oko skupiło się na młodej Dzikiej z dezaprobatą.
Chodzę już parę lat po tym paskudnym świecie, a takiej Czarnej Burzy jeszcze nie spotkałam, szepnęła wilkokrwista, ostrożnie wysuwając się spod kołdry. Lodowate powietrze chciwie ucałowało bose stopy, gęsia skórka rozsypała się po całym ciele. Dreszcz graniczył z bólem i prawie uciął jej oddech.
Widziany oczami Khrimme smok uniósł lekko łeb, wzrok jego kocich źrenic zbłądził w stronę witrażowych okien stajni – zupełnie ciemnych, szczelnie osłoniętych z zewnątrz.
On powiedział właśnie coś podobnego, syknęła smoczyca z opóźnieniem. A ty znowu miałaś ten sen.
Nie odezwała się. Bo i po co, skoro obie wiedziały to równie dobrze?
Potrzebowała światła. I czegoś ciepłego.
Drzwi zadrżały w zawiasach niczym uderzone taranem. Zatrzymała się na chwilę, nim wspięła się na ledwo dostrzegalne w ciemności krzesło, aby aktywować świetlne kule w żyrandolu. Bo i na co komu zimne kule? Zaklęła pod nosem, po omacku dostała się do kuchni, wyciągnęła z szafek cały zapas świec i pudełko zapałek. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy arsenał wątłych płomieni zabłysnął na stole, komodzie i podłodze wokół, rozpraszając lodowaty mrok kłującym w nawykłe do czerni oczy blaskiem i ciepłem.
Białe świece różnej grubości wyglądały jak oczyszczone z mięsa kości... Wzdrygnęła się, składając rozedrgane dłonie nad kopułą ciepłego powietrza, na samej granicy, za którą zaczęłoby ją niechybnie nie do wytrzymania parzyć w skórę, być może znacząc ją chorobliwą czerwienią.
Nie rozumiem cię, parsknęła Khrimme gdzieś w nieskończonej głębi nocy, tak bliska i daleka jednocześnie.
To mnie uspokaja. Lhynne zaśmiała się odruchowo, choć wcale nie czuła wesołości. Coś ciężkiego odbiło się od okiennicy po lewej stronie drzwi wejściowych i sama nie wiedziała, czy jedynie uroiła sobie odgłos osypujących się na uliczny bruk ceglanych okruszyn.
Co by się stało, gdyby Czarna Burza wyrwała okiennice? Prawdopodobnie, gdyby była zwyczajną Czarną Burzą, mogłoby się to skończyć wybitym oknem i paskudnym bałaganem w mieszkaniu, lecz dzisiaj, tej nocy, której nic nie było w porządku...
No właśnie. Dlaczego właściwie ogień tak ją uspokajał? Oczywiście, zawsze lubiła się w niego wpatrywać, bo i kto nie lubił? Kto nie dałby się zahipnotyzować płomieniom żarłocznie pożerającym polana wrzucone do kominka...? Jak każdy wyposażony w choć odrobinę wyobraźni, umiała godzinami przesiadywać w fotelu i obserwować kontrolowany pożar w ceglanej klatce, rozkoszując się ciepłem rozpełzającym po całym domu. Lecz gdy przychodziło do czegokolwiek ponad ogień w kominku – do pracy, nauki, czytania, zwyczajnego życia – zawsze wybierała świetlne kule. Ich blask był stabilny, nie wprawiał cieni w taniec, poza tym były całkowicie bezpieczne, a znała siebie na tyle, by zdawać sobie sprawę, jak niewiele brakowało, by pochłonięta myślami, potrąciła nieopatrznie świecę i rozpętała pożar. W jej domu wszędzie znajdowały się książki, wiele miała kosztownych, lecz zupełnie niepotrzebnych bibelotów – ceglano-kamienna chatka w na wpół opuszczonej dzielnicy Myllhaven płonęłaby jak pochodnia, zajmując się ogniem w mgnieniu oka. Zawsze zdawała sobie z tego sprawę, zawsze więc uważała do granic przesady, aby nie prowokować podobnych sytuacji – świece były jedynie zapasem, niezbędną ostatnią deską ratunku w razie gdyby jej rozbiegane myśli kolejny raz wykopały ze swoich bezładnych szeregów wspomnienie o wyczerpanym zapasie kul. Trzymała ich wiele, bo i wiele razy zdarzało się, że zapominała o zakupach. Taka już była: wiszący na kołku przy drzwiach długi miecz, choć nie nosiła go, odkąd miała Mgielne Ostrze, nie znał ani ziarenka kurzu, a niemal wszystkie książki ze swojej kolekcji pamiętała tak dobrze, by móc cytować je w środku nocy, dokładnie trzymając się numeracji stron, lecz z jakiegoś powodu często umykały jej sprawy tak prozaiczne, jak uzupełnianie podstawowych zapasów.
Więc skąd nagle... ten głód ognia? Bo tak właśnie należało to określić: to było pragnienie równie silne i niecierpliwe, jak to, które mąciło zmysły po całym dniu bez kropli wody.
Jedna z burzowych okiennic zatrzęsła się w swoich ramach na tyle gwałtownie, że aż uderzyła w szybę okna. Lhynne zerwała się na równe nogi i dwoma susami dopadła do niskiego parapetu. Dłonią prześledziła powierzchnię ołowianej ramy, w którą wprawiono szklane gomółki w kształcie rombów, ale wcale nie uspokoiła się, gdy nie znalazła nigdzie najdrobniejszej rysy. Wiatr siekł fasadę domku bez litości, serce kołatało jej w piersi, w sercu rozgorzało coś...
Gorąco.
Nagle nie było jej już zimno. Ukrop ożywił się gdzieś w jej środku i rozpłynął się wraz z krwiobiegiem po całym ciele. Skóra nieprzyjemnie paliła, jak po zbyt długim czasie spędzonym blisko ogniska. Co to było? Gorączka?
Bogowie, kiedy ja ostatni raz miałam gorączkę?, jęknęła bezradnie, przeszukując pamięć. Odkąd zaczęła regularnie przemieniać się w wilka, praktycznie nie chorowała. Wybitną odporność zahartowała dodatkowo podczas lat spędzonych głównie pod gołym niebem, więc dlaczego teraz...
Zaraz będę, warknęła Khrimme, zrywając się z miejsca. Któryś ze starszych smoków zaprotestował i spróbował ją zatrzymać, lecz ofuknęła go ze złością i skoczyła w stronę zamkniętych wrót stajni.
Nie! Lhynne krzyknęła w myślach z siłą, jakiej się po sobie nie spodziewała. Zostań tam! Nie możesz wyjść w taką pogodę!
Więc co mam zrobić? Smoczyca ryknęła ze złości, cofając się o kilka kroków i ze wściekłości drąc pazurami przednich łap piaszczystą polepę. Przecież ty... cierpisz! Dzieje ci się krzywda! Ja nie rozumiem...!
Ja też nie rozumiem, ale nie mogę pozwolić, byś zginęła po drodze!
Wcale bym...
Wiatr rzucałby tobą jak zabawką.
Więc mogę pobiec!
Wciąż masz skrzydła, które zadziałają jak ogromny parasol. Zostań tam, nic mi nie będzie!
Gdyby smoki potrafiły płakać, Khrimme z pewnością tarłaby właśnie piąstkami kąciki oczu, szczypiące od gromadzących się w nich łez. Wilkokrwistej serce się krajało, lecz co mogła zrobić? Najchętniej sama puściłaby się w burzową noc i popędziła do smoczych stajni, zmuszając łapy do największego wysiłku...
Jutro, szepnęła wreszcie. Gdzieś z tyłu głowy szeptała myśl o Mgielnym Ostrzu, udało jej się jednak powstrzymać od Przywołania go. Zdrowy rozsądek jak zwykle rozbrzmiewał głosem Kriggsa von Eckhardta. Jutro pójdziemy na spacer, Khrimme. Pokażę ci pewne miejsce.
Miejsce... powtórzyła smoczyca burkliwie, jak śmiertelnie obrażone dziecko, nie chcące za wszelką cenę dać się przeprosić.
Tak, miejsce. Takie, w którym całkiem dobrze mi się myśli. Obejrzała się na migoczące bajecznie niezliczone świece, dopiero z tej odległości zauważając może i baśniowy, ale jednak niezaprzeczalny absurd sytuacji. Jej mieszkanie wyglądało jak burzowa kaplica, wzniesiona ku czci elfickich bóstw natury...
Nieświadomie przeobraziła dom w miejsce, w którym schronienia i bezpieczeństwa upatrywała przez długie lata, przez które błąkała się po Ragharranie bardziej jak wilk niż człowiek.
Podoba mi się to wyobrażenie, mruknęła Khrimme, choć bez przekonania. Ale wolałabym zobaczyć je dzisiaj.
Idź spać, najdroższa.
Ale...
Burza skończy się za kilka godzin. Wtedy pójdziemy na spacer. Obiecuję.
Smoczyca fuknęła jeszcze raz, głęboko zbulwersowana. Obróciła się wreszcie i posłusznie wróciła na swoje miejsce między dwoma starszymi smokami, śledzona czujnymi oczami większego z nich, nie spuszczającego z niej wzroku, dopóki nie skuliła się w ciasny kłębek, chowając łeb pod skrzydło.
Trzymam cię za słowo, zamruczała jeszcze z nutą groźby.
Nie zasnęła, Lhynne doskonale to wyczuwała – była czujna, śledziła jej myśli w tym stanie, który pomagał się odprężyć, lecz również zareagować w ułamku sekundy, gdyby zdarzyło się coś wartego uwagi. Sama odetchnęła głęboko, próbując uspokoić bijące szaleńczo serce, i ponownie usiadła na krześle przy stole, kierując dłonie nad tańczące płomienie świec. Wpatrywała się w nie, próbując nie słuchać burzy szalejącej na zewnątrz i nie wyobrażać sobie, jak może wyglądać świat, gdy wiatr i deszcz wreszcie ustaną.
O pierwszy brzasku przebudziła się z odrętwienia i pogasiła świece. Ciało słuchało jej zupełnie zwyczajnie, lecz myśli zdawały się niepokojąco milczeć. Skóra wciąż paliła lekko, lecz dlaczego? Być może faktycznie była chora? Krzątała się po mieszkaniu jak każdego poranka, wmusiła w siebie śniadanie, użyła czernidła do oczu i uczesała włosy, ubrała się w coś wygodnego i czystego. A jednak w jej głowie panowała przedziwna cisza. W uszach dzwoniło po kilku godzinach huku wiatru, przeobrażonych nagle w rozkoszne milczenie, co jakiś czas przeszywane ludzkimi głosami, lecz nie o to chodziło. Cisza była... w niej. Z jakiegoś powodu po prostu nie umiała myśleć...
Wyłączyła się. Dokładnie jak wtedy, gdy żyła jako wilk. Miała jeszcze na tyle zdrowego rozsądku, by umieć się tym zaniepokoić, lecz z pewnością nie tak, jak powinna.
Z trudem zdemontowała burzowe okiennice i dopiero po tym wypuściła się w miasto. Nie przejmując się tym, co mogli pomyśleć ludzie, przemieniła się w wilka i zwinnie przemierzała zasłane wszelkim śmieciem ulice na czterech łapach. Przeskakiwała nad połamanymi konarami drzew, nad zwalonymi pniami i stertami połamanych dachówek, wymijała zamiatające bruk kobiety i mężczyzn już kłócących się nad koniecznością napraw tego, co ustąpiło pod naporem kataklizmu. Atmosfera strachu zważyła aurę Myllhaven i zagęściła powietrze, przemieniając je w gęsty kisiel, z którego ktoś odcedził cały tlen. Tuliła uszy do łba i próbowała biec najszybciej, jak było to możliwe w obecnych warunkach, aby tylko nie musieć koncentrować uwagi na tym, co mogło obudzić lęk...
I myśli. Bo nagle zalegająca w głowie watowana cisza wydała się prawdziwym błogosławieństwem. Gdyby musiała odbierać ludzkie emocje, tak jak wszyscy niepokoić się zajadłością Czarnej Burzy...
Nie, nawet nie umiała o tym myśleć. To pewne, że szybko wdałaby się w dialog z kimś, kogo strachu nie umiałaby zignorować, podsycając tym swój własny. Zaangażowałaby się w pomoc komuś, kogo domostwo obróciło się w ruinę, drżąc na myśl, że równie dobrze mogła przecież znajdować się teraz na jego miejscu. A ogień w jej żyłach szalałby dalej...
Otaczające miasto wzgórza skrzyły się soczystą zielenią w krystalicznym powietrzu, wciąż przesyconym odświeżającym zapachem ozonu po przejściu Czarnej Burzy. Poza Myllhaven wszelkie wspomnienie o całonocnej nawałnicy zdawało się nie istnieć – nie dało się dostrzec jej duszy w zupełnie czystym, błękitnym niebie, w falujących trawach i gałęziach dumnych drzew, jak szeroko rozcapierzone palce wyciągających się na boki w próbie zagarnięcia całego świata i jego nieskończonego piękna dla siebie. Nawet biały, drobny piasek w dwóch bliźniaczych wstęgach rzadko uczęszczanego gościńca, tam, gdzie przetarły go koła wozów, zdawał się pozornie suchy, przyjemnie łaskocząc między poduszkami łap, rozkosznie nagrzany od przygrzewającego słońca. Lhynne nie umiała zmusić się do ponownego biegu, gdy już zwolniła; za nic miała to, że widać ją było jak na dłoni – szła powoli, krok za krokiem, mrużąc ślepia i unosząc łeb do pieszczącego czarne futro gorąca, sięgającego przed grubą warstwę podszerstka aż do spragnionej ciepła skóry.
Myślałam, że nie jesteś religijna. Khrimme unosiła się wysoko ponad nią – czarny kształt na tle szklistego nieba, jak dziura w rzeczywistości w kształcie smoka, tak maleńka, że ciężko było odróżnić ją od kruka, korzystającego z delikatnego wiatru, aby relaksować się z szeroko rozpostartymi skrzydłami w nieskończonym ślizgu z daleka od ziemskich problemów.
Co miała na to odpowiedzieć? Zmarszczyła lekko nos, szukając właściwych słów, lecz z jakiegoś powodu żadne nie wydawało się tutaj pasować.
Lhynne nie była religijna, a jednak dostrzegała boskość wszędzie. A może inaczej: Lhynne nie była religijna, bo dostrzegała boskość wszędzie? Nie umiała pojąć prawdziwości personifikowanych sił, w które wierzyli ludzie. Nie czuła uniesienia w pobliżu monumentalnych świątyń, chyba że mówić o uniesieniu, jakie opanowywać musiało każde serce niemal do przesady wrażliwe na piękno. Nie umiała się modlić, czuła niepokój, uczestnicząc w formalnych obrządkach...
Może problemem była właśnie formalność?
Nie wątpiła w istnienie wyższych sił, pociągających za sznurki sterujące światem, tkających osnowę rzeczywistości tak, aby powstało z niej to, co mogła zobaczyć, poczuć, doświadczyć. Dla niej boskość kryła się w przydrożnych ostańcach, jak milczący strażnicy celujących ostrymi szpicami w niebo. Boskość płynęła wraz z pozłoconymi słońcem wodami wartkiego strumienia, prześlizgujących się po wygładzonych różnobarwnych kamieniach. Rosła w świeżych liściach, wnikała z ożywczymi sokami w głąb pni drzew, przesycała każdą cząsteczkę powietrza. Na cóż obdarzać ją ludzkimi twarzami i imionami, opakowywać w pozłotko mitów – fascynujących, owszem, lecz tak butnie zakładających, iż bogowie mogliby mieć problemy tożsame z ludzkimi! Nie, boskość była wszędzie, a więc czcić należało ją wszystkim. Zamykanie jej w choćby najpiękniejszej w świecie świątyni było tożsame z budowaniem jej więzienia, a cóż z tego, że jego kraty wzniesiono ze szczerego złota? Kraty pozostają kratami. A miejsce boskości jest wszędzie, nie tylko tam, gdzie ludzie pragnęli ją widzieć i czcić.
Dlatego właśnie tak pokochała Świetliki. Nie tylko dlatego, że niegdyś stanowiły najlepsze schronienie, na jakie mogła liczyć przegnana z rodzinnej wioski trzynastolatka... choć i to zrobiło z pewnością swoje, bo tylko przy Świetlikach mogła być bezpieczna. Tylko w kręgu niezrozumiałej magii elfów mogła schronić się przed Wiecznymi Kataklizmami, nim nauczyła się wyszukiwać zwierzęce kryjówki i odpowiednio solidne opuszczone domostwa.
To jest zupełnie inna religia, powiedziała wreszcie, mrużąc ślepia. Skręciła z wąskiej, niemal ginącej w trawach dróżki i kilkoma susami przedostała się w górę zbocza. Mniej więcej w jego połowie stał stary głóg. Nie wiedziała, ile drzewo mogło mieć lat – niemal czarny pień nachylał się nisko nad ziemią, wykręcony reumatycznie, a długie gałęzie o nielicznych liściach, co wiosnę tonące w różowym kwieciu, rozciągały się wokół daleko, niegdyś z pewnością tworząc ochronny parasol, obecnie przypominając jedynie sękate palce, grożące wszystkim, którym przyszłoby na myśl zbliżyć się z niecnymi zamiarami. Zwolniła tuż obok, jak zawsze ostrożnie wchodząc w krąg nieco cieplejszego powietrza. Uczucie było takie, jakby wkraczała do wnętrza niewidzialnej bańki mydlanej – lekki opór, wreszcie pęknięcie cieniutkiej błonki, zamykającej się bez śladu tuż za nią... i to cudowne perłowe opalizowanie, wyczuwalne bardziej jakimś dodatkowym, nienazwanym zmysłem, niż widzialne gołym okiem. Nigdy nie udało jej się zrozumieć, jak działała magia elfów, nigdy też nie dowiedziała się, na jakiej zasadzie pozwolono jej używać tym nielicznym imigrantom w Ragharranie – podobnie jak nie pojmowała, skąd imigranci ci się brali, skoro wedle opowieści ich rodzima kraina opływała we wszystko, co najpiękniejsze, tak bogata i bajkowa, że z trudem mogła ją sobie choćby wyobrazić. Domyślała się, że wielu elfów mogło wyruszyć do niegościnnego królestwa w sercu Starego Kontynentu jedynie przez kuszący zew legend z królową Elveere w roli głównej, w końcu każda romantyczna historia miała w sobie niebywałą siłę przyciągania, lecz... dlaczego nie wrócili do siebie, przekonawszy się już, że ziemia, na której się znaleźli, nie jest tak gościnna i żyzna, jak ta, którą lekkomyślnie porzucili?
Cokolwiek nie trzymałoby tutaj elfów, pozostawało tematem tabu – najlepsze księgi, jakie Lhynne kiedykolwiek miała w rękach, opierały się jedynie na przypuszczeniach, nawet dla kogoś nieobeznanego zupełnie z tematem nieraz brzmiących jak stek kompletnych bzdur.
Faktem pozostawało to, że elfom pozwalano na znacznie więcej niż rodowitym Ragharrańczykom: liczono się z ich magią i do pewnego stopnia pozwolono im z niej korzystać, choć w oczach religijnych wydawała się bluźnierstwem. W oczach religijnych bluźnierstwem była każda magia wykraczająca poza przewidywalne i nieskończenie nudne Aspekty... dlatego prawdopodobnie tak rzadko zdarzało się, by Lhynne musiała dzielić okoliczne Świetliki z kimś jeszcze. Znajdowała w ich pobliżu ślady bytności dbających o nie elfów, lecz nigdy żadnego ludzkiego tropu. A elfów można było jeszcze tolerować...
Elfowie to nie ludzie. Prawda?
Poniekąd.
Świetliki były niczym innym jak elfickimi świątyniami, bo elfowie nie czcili bogów na ludzki sposób. Ich wiara była znacznie bliższa do tego, ku czemu skłaniało się serce Lhynne: do kłaniania się duchom dzikiej natury... lecz nawet gdyby nie odpowiadała jej swoim dogmatem, ściągnęłaby wilkokrwistą czymś zupełnie innym.
Tak, Świetliki były świątyniami... ale jakimi! Wokół starego głogu, którego ciężar lat przygiął już tak blisko ziemi, że bez trudu dałoby się wejść na pień, rozkładając jedynie ręce na boki dla zachowania równowagi, tkwiły dziesiątki świec. Stożki białego wosku różnej grubości i wysokości grodziły ledwo widoczną drogę do ułożonego z polnych kamieni ołtarza – kilku szarych otoczaków ułożonych jeden na drugim, wyrastających chybotliwą wieżą z wysokich traw. Elficka magia sprowadzała się właściwie do czegoś dziecinnie prostego: chroniła hipnotyzujące płomienie świec przed zgaśnięciem, dopóki knot nie wypalił się do końca, a okolicę od pożaru, jaki rozpętać mogła tryskająca nagle iskra. Przy okazji zamykała niewielki obszar w niewidocznej bańce, doskonale chroniącej również przed niszczycielskim żywiołem Czarnych Burz i podstępnymi urokami Szarych Mgieł. Wystarczyło wejść w krąg, wystarczyło usiąść pośród rozkosznego ciepła i blasku... a przetrwać można było najzajadlejszy Kataklizm o zupełnie suchej skórze.
Do tego wyglądało to tak nieskończenie pięknie, jak żywcem wykrojone z ilustrowanej książki z baśniami... Lhynne dała się zwabić Świetlikom jeszcze jako dziecko, w ich obcej magii odnalazła schronienie po wygnaniu, a obecnie, jako dorosła, wciąż stawiała na blask magicznych świec, gdy potrzebowała bezpiecznej przestrzeni do myślenia, z dala od doskonale znanych ścian własnego domu.
Czyli przyszłaś tutaj jedynie... pomyśleć? Khrimme wylądowała ostrożnie i otrząsnęła skrzydła, nim złożyła je z wdziękiem na kolczastym grzbiecie. W jej głosie zabrzmiało swego rodzaju rozczarowanie.
Dokładnie. Lhynne uśmiechnęła się do niej po wilczemu. Z tej perspektywy – z perspektywy wilka mającego w kłębie tyle, ile jako człowiek osiągnęła wzrostu – smoczyca wydała jej się zabawnie nieduża.
Myślałam... Dzika cofnęła łeb na długiej szyi i zawahała się, nim wypowiedziała dalszą myśl.
Myślałaś co?, pogoniła ją niecierpliwie, lecz futro jej się zjeżyło, gdy zorientowała się, że wzrok czerwonych ślepiów, utkwiony w horyzoncie, wcale nie jest zamyślony, lecz wpatrzony w coś zupełnie konkretnego. Co się dzieje?
Ktoś za nami idzie.
Jednym susem znalazła się obok smoczycy i korzystając z niej jak z podpory, wspięła się na tylne łapy, szukając punktu, który tak ją zainteresował. I faktycznie – obojętnie, jaką złością ją to napełniło, nie mogła nie zauważyć sporej procesji, wyłaniającej się z zagajnika. Perspektywa pofalowanych wzgórz łudziła, iż ludzie na koniach znajdowali się tuż obok, w rzeczywistości byli jeszcze daleko stąd, na tyle, że nie była w stanie ich dosłyszeć ani poczuć ich zapachu.
Mówiłaś, że to twoja samotnia. W głosie Khrimme zadźwięczał wyrzut.
Nie powiedziałam nic takiego. Elfowie czasem tu przychodzą.
To nie są elfowie. To ludzie. I... Urwała gwałtownie, a pionowe źrenice gwałtownie zalały czernią całe tęczówki. Nozdrza rozszerzyły się, uleciało z nich kilka pierwszych iskier.
Lhynne zawarczała z głębi gardła, lecz teraz również go widziała – wyłaniający się spomiędzy ostatnich drzew olbrzymi kształt, z ulgą prostujący grzbiet i długą szyję po trzymaniu ich w nieprzyjemnie ugiętej pozycji. Rozłożyły się ogromne skrzydła – jedno na całą swoją długość, zdolne nakryć kolumnę konnych, drugie jedynie do połowy; otrząsnął się łeb, zalśniły czerwone łuski, lśniące w słonecznym blasku niczym szlachetne kamienie...
Khorr, kaleki smok królowej Elveere. A skoro był tutaj... to znaczy, że sama Jej Wysokość musiała kryć się gdzieś pomiędzy jeźdźcami. Dlaczego nie umościła sobie siodła na smoczym karku, tego Lhynne nie wiedziała, faktem pozostawało jednak to, że wybrała właśnie dzisiaj – południe w dniu po najostrzejszej Czarnej Burzy od wieków – aby zanieść swe modły duchom natury...
Co wcale nie było tak dziwne, jeśli się zastanowić, skutecznie jednak krzyżowało plany wilkokrwistej.
Miałyśmy jakieś plany?, parsknęła sarkastycznie Khrimme, obdarzając ją pogardliwym spojrzeniem.
Chciałam pomyśleć, ty burzowa jaszczurko, wycedziła Lhynne, szczerząc ostre zębiska. Warknęła z głębi potężnej wilczej piersi, kładąc uszy płasko na łbie, i wycofała się ostrożnie na nisko ugiętych łapach, brzuchem szorując wśród gęstych traw. Ta noc nie była normalna, a mi naprawdę potrzeba przestrzeni do zastanowienia się nad... tym wszystkim. Zaburczała niecierpliwie, wściekła, że nie zdołała wymyślić odpowiednich słów.
Smoczyca na całe szczęście szybko odgadła jej zamiary: również pochyliła się nisko i zwinnie przepełzła w stronę porastającego szczyt wzgórza lasu. Zanim Lhynne zdołała się tam doczołgać, ona już leżała w bezpiecznym cieniu drzew, jak kot podkulając łapy pod pierś i poruszając końcówką ogona. Przechyliła pytająco łeb, śledząc wzrokiem wielką wilczycę moszczącą się na mchu u jej boku, i spytała ostrożnie:
Dlaczego się chowamy?
Nie mam burzowego pojęcia. Lhynne z ulgą złożyła łeb na łapach, dopiero w chwili zakosztowania słodkiego cienia zdawszy sobie sprawę, jak mocno doskwierał jej upał – już nie cudowne ciepło, a morderczy skwar lejący się z nieba, z każdą sekundą coraz dotkliwszy.
Więc dlaczego...
A czy ty masz ochotę rozmawiać z królową?
Czerwone ślepia zmrużyły się lekko. Wahała się.
Nie wydała mi się sympatyczna. I taka... żylasta. Pewnie nie byłaby smaczna. Lecz ten smok... Tęskne spojrzenie utkwiło w ogromnym samcu, niespiesznie wspinającym się na wzniesienie w ślad za konnymi. Ruchliwe czułki, wyrastające ze łba w miejscu, w którym zwyczajne smoki miały rogi i z daleka zdradzające mieszaną krew, tkwiły sztywno skierowane w tył, lekko tylko zakręcone na końcach. Pamiętasz? On nas uratował przed tamtą niebieską.
Wilkokrwista nie zdołała opanować dreszczu, stawiającego jej sierść dęba wzdłuż całego kręgosłupa. Jak mogłaby zapomnieć chwilę, w której Scheira, smoczyca króla Erghona, zapragnęła je połknąć...? Wątpiła, by fakt, iż uszły z życiem, miał wiele wspólnego z interwencją Khorra, lecz faktycznie można było to tak odczytać, jeśli nie znało się zbyt dobrze smoczych zwyczajów...
Konni zatrzymali się na drodze, na wysokości Świetlika. Lhynne rozpoznała królową jedynie dzięki temu, że jako jedyna zeskoczyła z rumaka i na własnych nogach ruszyła w górę zbocza, do świecących dzień i noc magicznych świec – była równie wysoka jak eskortujący ją wojownicy i, tak jak oni, odziana w czarny strój do jazdy. Khorr, nie zważając na konie, drobiące i parskające ze strachu, gdy padł na nie jego cień, podążył za swoją Jeźdźczynią, miękko stawiając łapy na trawie. Był tak wielki, że wystarczyło mu postąpić ledwie dwa kroki, by czubkiem nosa mógł sięgnąć sękatego głogu, w którego cieniu przyklękła elficka piękność. Kobieta niemal zginęła pośród wysokiego listowia, a lekki wiatr połknął jej słowa, o ile jakiekolwiek wygłosiła. Pogrążona w modlitwie, trwała tak jakiś czas.
Khrimme kichnęła. Khorr uniósł gwałtownie łeb, czułki zadrgały, wysunął się koniec rozwidlonego języka, smakując powietrze – złote ślepia błyskawicznie, bezbłędnie skierowały się w ich stronę. Lhynne zamarła, wstrzymując oddech, gdy jej oczy spotkały się ze źrenicami starego smoka. Wytrzymała jego spojrzenie, spięta od czubka nosa po końcówkę ogona... lecz nic się nie stało. Khorr wpatrywał się w nie chwilę, unosząc wargi na tyle, że ukazały się same koniuszki okazałych górnych kłów, lecz z jakiegoś powodu nie zaalarmował swej pani, że jest obserwowana. Królowa nawet nie drgnęła, co kazało sądzić, że nie zauważyła czujności smoka...
Dlaczego? Przecież powinna widzieć wszystko to, co on...
Chyba że Khorr z jakiegoś powodu skrywał przed nią myśli. Choć nie miała na poparcie tej tezy nic prócz tego krótkiego wspomnienia, Lhynne poczuła, że przeszedł ją dreszcz. Niepokój zagnieździł się tuż obok wilczego serca i nie zamierzał odpuścić.
Gdy elfa podniosła się i z wdziękiem zawróciła w stronę koni, czerwony smok pozostał jeszcze chwilę obok Świetlika. Jego spojrzenie kolejny raz zbłądziło w stronę dwóch czarnych kształtów na skraju lasu, dla człowieka z pewnością niedostrzegalnych. Poruszył skrzydłami, mocniej podkulił pod siebie to kalekie... mrugnął długo, niespiesznie, parsknął dwoma bliźniaczymi kłębami dymu. Lhynne odniosła wrażenie, że pragnie jej coś powiedzieć, lecz zanim zdążyła się unieść, czujnie stawiając uszy, wielki łeb odwrócił się w stronę ruszającej w drogę powrotną kolumny. Smok podążył za swoją panią, kalecząc szponami jaśniutki piasek ledwo widocznej drogi, nie oglądając się na nie więcej.
***
Dławiąca klaustrofobia nie pozwoliła Lhynne zamknąć się w domu. Dłuższą chwilę patrzyła na zgromadzone w tej przecież całkiem sporej przestrzeni meble, próbując się zmusić do zatrzaśnięcia za sobą drzwi, lecz wreszcie zaklęła, szybko spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyła w stronę zamku Myllhaven, ku uciesze Khrimme, kręcącej beczki wysoko na niebie. Przywitała się sucho ze strażnikami i mając nadzieję, że nikt nie zwróci na nią specjalnej uwagi, przemknęła do swoich komnat.
Paskudne gorąco rozpierało ją od środka i wzmogło się dodatkowo, gdy zauważyła radośnie płonący na kominku ogień, lecz z jakiegoś powodu nie umiała zmusić się do zdławienia płomieni. Odsunęła fotel najdalej w głąb komnaty, jak tylko się dało, by nie utracić blasku świetlnych kul, niezbędnych do czytania, i spróbowała skupić się na książce, czekając na wieczorną senność, lecz...
Miała wrażenie, że dusi się w środku. Zabawne, bo czyż nie przyszła tutaj właśnie dla tych wysokich sklepień i oszałamiającego piękna, pod którymi można było odetchnąć pełną piersią?
Co jednak mogła poradzić na to, że tak wyraźnie czuła obecność... czegoś? Tej tajemniczej, być może zupełnie urojonej siły, którą zaczynała w myślach nazywać duchem zamku? Z westchnięciem odłożyła książkę na stolik kawowy, tak zdobny, że mogący pretendować do miana dzieła sztuki, i rzuciwszy ostatnie spojrzenie płomieniom roztańczonym w ogromnym kominku, podniosła się z fotela i podeszła do drzwi prowadzących na balkon. Dopiero wtedy z niejakim zakłopotaniem zdała sobie sprawę z tego, że wcześniej, choć znalazła czas na zwiedzenie sporego fragmentu monumentalnej budowli, nawet nie wpadła na to, aby sprawdzić, co znajdowało się w obrębie jej własnej komnaty.
Szkło wprawione w sieciowe manswerki było matowe i miało lekko złocisty odcień, przez co wyglądało jak coś żywego i ciepłego w dotyku – być może półprzezroczysta błona smoczego skrzydła, gdyby podświetliło ją mocne słoneczne światło. Okien było pięć i ułożono je w zależności od wielkości – najmniejsze po skrajnych bokach, zaś największe, w którym znajdowały się wykładane witrażem drzwi na balkon, w samym środku. Kolorowe płytki tworzyły zapierający dech w piersi obraz drzewa o poskręcanym pniu i krwistoczerwonych liściach, obłędnie lśniły w blasku świetlnych kul i paleniska. Był tak piękny, że zdawał się zupełnie przytłaczać wybite nad każdym oknem przezrocza w kształcie wielolistu, błyszczące fioletem, zielenią i złotem, podkreślanymi przez słaby blask rozsianych po niebie na zewnątrz gwiazd.
Delikatnie nacisnęła metalową klamkę, giętą w kształt liścia o łagodnie ząbkowanych brzegach, i z zaskoczeniem przyjęła fakt, że ktoś pomyślał o naoliwieniu zawiasów drzwi, dzięki czemu otworzyły się bezszelestnie i z łatwością. Odetchnęła nocnym chłodem, na chwilę wystawiając w jego stronę twarz i przymykając oczy, nim wysunęła się na zaskakująco niewielki balkon. Przedziwna konstrukcja – chwilę przyglądała się kamiennej balustradzie, z której wyrastał promienisty manswerk, nienoszący znaków, aby kiedykolwiek podpierał sklepienie inne prócz rozgwieżdżonego nieba, rozciągającego się nad jej głową w całej okazałości. Pierwszy raz widziała dekorację w tym stylu, nie spełniającą kompletnie żadnej funkcji, z pewnością zaś niebotycznie kosztowną i mocno narażoną na porywisty wiatr Czarnych Burz, jednak musiała przyznać, że podobała jej się atmosfera, jaką tworzyła ta osobliwa korona. Gdyby smukłe laskowanie owinąć łańcuchem świetlnych kul...
Bogowie, każda cząsteczka tego zamku mogła spokojnie konkurować o miano najpiękniejszego, co przyszło jej oglądać – a przez całe swoje niezbyt długie życie widziała wiele cudów rozmiłowanego w zdobnictwie Ragharranu. Z czułością przesunęła dłonią po siwym kamieniu, mając wrażenie, że w jakiś przedziwny sposób... pogłaskała właśnie przedwiecznego ducha, zaklętego w murach. Zawiązała z nim swego rodzaju sojusz – ja będę opiewać twe nieskończone piękno, ty zaś pokażesz mi, co w tobie najlepsze, i uchronisz przed wszelkim czającym się w pobliżu złem.
Ja miałam chronić cię przed złem!, żachnęła się oburzona Khrimme. Lhynne nie miała pojęcia, gdzie smoczyca znajdowała się do tej pory, lecz w chwili, gdy przebrzmiały te słowa, wielki czarny kształt zwinnie zeskoczył z miejsca znajdującego się wysoko nad jej głową, opadł nieco poniżej balkonu ze skrzydłami na wpół przyciśniętymi do boków, a następnie wzbił się z szybkością polującej jaskółki, rozkładając skrzydła na całą szerokość, zawrócił na czubku jednego z nich, okrążył celujący w niebo pinakiel, strzeliście wyrastający nieopodal, i przysiadł na jego czubku, bez trudu chwytając się pazurzastymi łapami celującego w niepełny księżyc na niebie kwiatonu. Bystre czerwone ślepia Dzikiej lśniły soczystą barwą płynnej magmy.
Lhynne, gdy już udało jej się opanować bijące szaleńczo serce, podskakujące do gardła na samą myśl, że pod ciężarem bestii kwiaton złamie się niczym gałązka, westchnęła ciężko. Zamek może i na to nie wyglądał, lecz widocznie każdy jego element stworzono w taki sposób, by podołał smoczym pomysłom...
Oczywiście, że ty mnie chronisz przed złem, rzuciła w stronę najczarniejszego cienia wśród nocnej ciemności, dla zachowania równowagi balansującego na wpół rozłożonymi skrzydłami. Postarała się nadać swoim myślom uspokajającą barwę, lecz nic nie umiała poradzić na to, że za każdym razem, gdy widziała podobne powietrzne akrobacje, przed oczami stawała jej świadomość, iż ledwie kilka dni brakuje, aby odczuła na własnej skórze, jakie to uczucie móc w nich uczestniczyć...
Jak to możliwe, że ktoś, kto tak marzył o zostaniu Jeźdźcem Smoka, panicznie bał się chwili pierwszego oderwania od bezpiecznej ziemi?
Ja tam nie mogę się już doczekać. Snop iskier rozświetlił mrok, konkurując z blaskiem gwiazd.
Ja też... poniekąd.
Nie podoba mi się twoje nastawienie. Kobieta miała wrażenie, że rogata bestia uśmiechnęła się do niej, bo jak inaczej wytłumaczyć to błyśnięcie śnieżnobiałych kłów? Ze mną nic ci się nie stanie. Nie zrzucę cię z siodła. Nie ruszę nawet skrzydłami, dopóki nie będę pewna, że zapięłaś wszystkie paski uprzęży. I dopóki się nie przyzwyczaisz, będę tak delikatna, jak to tylko możliwe.
Wiem. Skrzywiła się lekko. Pomimo szalejącego w żyłach od ładnych kilkunastu godzin pożaru, nie zdołała nie wzdrygnąć się od przejmującego ją nagle zimna.
Dlaczego mi nie wierzysz? Khrimme poprawiła chwyt na kwiatonie i wychyliła się w stronę balkonu Lhynne tak daleko, jak tylko mogła. Okazało się, że gdy przeniosła większość ciężaru na tylne łapy i wysunęła łeb na długiej szyi, mogła zbliżyć się na tyle, by Jeźdźczyni bez trudu dosięgnęła jej nosa i pogłaskała go czule, rozkoszując się bijącym z nozdrzy gorącem.
– Jesteś taka piękna – szepnęła. – Oczywiście, że ci wierzę. Po prostu nie podoba mi się wizja odrywania się od ziemi. Ziemia jest bezpieczna. Dobrze ją czuć pod nogami.
Ziemia to przeżytek.
Wilki to zwierzęta naziemne. Ty od chwili wyklucia masz skrzydła. Wilkom nie wyrastają nigdy. Nie jesteśmy stworzone, by latać, więc mamy prawo bać się tego.
Nie rozumiem, jak przy mnie możesz bać się czegokolwiek. Zachwiała się lekko, lecz szybko odzyskała równowagę, poruszywszy ogromnymi skrzydłami. Wyprostowała się dumnie – doskonała czerń na tle ciemnego granatu, poprzetykanego mrugającymi świetlikami.
A może nocne niebo to naprawdę płachta ogromnego materiału, a gwiazdy są dziurami wygryzionymi przez mole, którymi prześwituje blask słońca?, przemknęło Lhynne przez myśl.
Ciekawa koncepcja, mruknęła smoczyca, krótko zerkając w stronę przywołującego ją bezmiaru nad ich głowami.
Widoczny z profilu łeb Dzikiej miał szlachetny kształt jej pełnokrwistych przodków, przypominający nieco końską głowę porośniętą całym arsenałem kolców i jeżących się jak wilcza sierść łusek. I tak, był już tak długi, jak Lhynne wysoka – nawet w tej chwili mogłaby zająć miejsce za długimi rogami, tam, gdzie znajdowały się ruchome wypustki kostnego grzebienia, i wzbić się razem z Khrimme w noc.
– Kiedy ty tak urosłaś? – spytała cicho. Z jakiegoś powodu te słowa potrzebowały, aby wypowiedzieć je na głos.
Gdy spoglądałaś w drugą stronę. W świecących ślepiach lśnił radosny humor. Rosnę w odpowiednim tempie.
Widziałaś w tym tygodniu smoka Ayenne. Jest wielkości sporego psa!
Ten pisklak nie jest Dzikim. W głosie smoczycy zabrzmiało coś na kształt pogardy i dumy z siebie samej.
Ty też jesteś Dzikim tylko w połowie.
Widocznie to wystarczyło. Czerwone ślepia wbiły się w wilkokrwistą natarczywie. A ty próbujesz zmienić temat.
Lhynne jęknęła i obejrzała się na otwarte witrażowe drzwi, za którymi kusił złocisty apartament. Oczywiście, że to właśnie próbowała zrobić... choć nie zupełnie nieszczerze, bo zachwyt nad smoczycą – jej życiem, jej najważniejszym skarbem, jej wszystkim – nie mógłby przecież być prawdziwszy.
Rozumiem, że się boisz. Siedzę w twojej głowie. Rogaty łeb przechylił się czujnie. Ale nie rozumiem, jaki to ma cel.
Ludzkie uczucia nie mają celu. Po prostu... są. Albo ich nie ma, dodała po chwili zastanowienia, nie zdoławszy powstrzymać obrazu przeciętej blizną twarzy, migającego jej pod powiekami. Coś zakłuło w okolicach serca, na co roześmiała się gorzko, bez cienia wesołości.
Zły przykład. W tym przypadku akurat są, burknęła Khrimme z przekąsem.
Co? Lhynne omal się nie zakrztusiła i spojrzała na Dziką z szokiem. A skąd ty to niby...
Przecież to widać, odpowiedziała ta beztrosko. A ty znowu zmieniasz temat. Choć tym razem może nie specjalnie.
Zmieniam, ale o co ci chodzi? Kriggs coś ci powiedział? Nie zdołała opanować żałosnej nadziei, ściskającej niczym niewidzialna pięść wszystkie zakończenia nerwowe w splocie słonecznym.
Wydaje mi się, że sama powinnaś z nim o tym porozmawiać. Czerwone oczy zamknęły się na moment. Rozwidlony język wysunął się spomiędzy ostrych zębisk i leniwie przesunął się wzdłuż krawędzi lewego skrzydła, zmywając niewidoczny brud. To, co dla kogoś patrzącego z boku jest oczywiste, wam przychodzi z irytującym trudem... A teraz powróćmy wreszcie do tematu!
Wilkokrwista jęknęła, na chwilę ukrywając twarz w dłoniach. Znowu musiała uspokoić pragnące uciec z jej piersi serce. I wszystko z powodu... cóż, mężczyzny. Nie katastrofy, nie wojny, nie kataklizmu – tylko mężczyzny! Ta myśl paskudnie kłóciła się z wizją kobiety, jaką zawsze pragnęła być.
No właśnie!, prychnęła Khrimme. Kobieta, jaką pragniesz być. Ta wojowniczka z twoich dziecięcych wizji! Masz to na wyciągnięcie ręki, a ty się boisz? Od małego wyobrażasz sobie, jak wznosisz się na smoczym karku w niebo, stajesz w siodle i wznosisz miecz przed wpatrzoną w ciebie armią, gotową na twoje rozkazy. Powinnaś drżeć z niecierpliwości, a nie strachu.
Niecierpliwość też tutaj jest. Tak, naprawdę zrobiło jej się zimno. Jaka przyjemna odmiana po tym nieznośnym pożarze... Objęła się ramionami i potarła formującą się na odkrytym ciele gęsią skórkę. Wiesz, co najbardziej nie mieści mi się w głowie? To, że faktycznie prawdopodobnie będziemy rozkazywać wojskom.
Czyli jednak wybierzesz wojsko? Kostny grzebień na karku Khrimme rozłożył się na całą swoją wysokość, a czubek ogona zadrgał z ekscytacji. Chociaż nienawidzisz wojny?
Lhynne zacisnęła zęby aż do bólu.
Nienawidzę wojny. Ale jeszcze bardziej nienawidzę tego, co wojna robi kobietom. Chcę ochronić niewinne. A machanie mieczem akurat zawsze całkiem nieźle mi wychodziło.
Niewinne... powtórzyła smoczyca jak echo.
Możesz zajrzeć w moje myśli, czytałam o tym bardzo wiele. I powiedz sama: jak wiele wojen rozpętały kobiety? I kto na wojnach najmocniej cierpi? Złość zacisnęła nawet jej myślowe gardło, a palce lewej dłoni zaczęły nieznośnie swędzieć. To kobiety cierpią, gdy wojska maszerują przez ich ziemie. To kobiet i bogactw w pilnowanych przez nie domach pragną znużeni wojną mężczyźni. To kobiety są narażone nie tylko na śmierć, a piekło za życia. Nie zamierzam na to pozwalać. Nie zamierzam stać bezczynnie i chować się przed zawieruchą, gdy mogę uratować przynajmniej kilka z nich!
Nie tak, jak robiła to wilczyca?
Wzdrygnęła się i warknęła z głębi gardła.
Nie. Nie tak, jak robiła to wilczyca. Tak, jak powinna to zrobić Jeźdźczyni Smoka i pierwsza Mglista w historii.
A więc przestań bać się usiąść w siodle! Khrimme aż zatrąbiła, wznosząc łeb ku górze, z rozpierającego ją triumfu. Lhynne zgrzytnęła zębami.
A ty dalej swoje... Taką dumną chwilę mi zepsułaś! Mówiąc szczerze, bardziej boję się tego rozkazywania wojskom, niż lotu na twoim karku.
To ciekawe! Bo pomyśleć bym mogła...
Do lotu przyzwyczaję się pewnie już po pierwszym razie. A do rozkazywania setkom mężczyzn z pozycji jedynego Jeźdźca w oddziale? W dodatku radząc sobie tak koszmarnie ze strategią? Dreszcz przeszedł ją na wspomnienie zajęć z apodyktycznym profesorem Thorndickiem. Do tego trzeba ścisłego umysłu. A ja nie mam go z całą pewnością, skoro do dzisiaj liczę na palcach.
To będziesz uczyć się więcej. Dzika po smoczemu wzruszyła ramionami, parskając jak koń.
Łatwo ci powiedzieć... Zmęczonym gestem pomasowała skronie. A teraz, nie wiem jak ty, ale ja zamierzam iść na spacer. W tym zamku jest jeszcze zbyt dużo miejsc do odkrycia, bym mogła spać spokojnie.
Khrimme chwilę wpatrywała się w nią czujnymi, nieruchomymi ślepiami.
Daj mi chwilę, rzuciła wreszcie i wzbiła się w powietrze. Czarne skrzydła przecięły nocny spokój jednym silnym machnięciem, zwinne ciało poderwało się w mrok, a jego pęd wzburzył krótkie włosy Lhynne, rzucając je w jej twarz. Gdy zdołała odgarnąć je nerwowym gestem, smoczycy już nie było – pozostało jedynie echo jej śmiechu pośród myśli i mętna świadomość lotu. Zawróciła do ciemnej komnaty i przymknęła za sobą witrażowe drzwi, pomimo znowu rozpierającego ją gorąca nie chcąc, aby choć odrobina ciepła wymknęła się na zewnątrz. Jej spojrzenie kolejny raz zbłądziło w stronę kominka, gdzie dogorywały resztki płomieni, i pozostało tam nieprzyzwoicie długo, dopóki pieczenie powiek nie przypomniało kobiecie, że powinna mrugać.
Hipnotyczny trans na widok ognia... Co to miało znaczyć?
Może budzi się w tobie Aspekt Ognia?, zasugerowała Khrimme gdzieś z drugiej strony wieży.
Wilkokrwiści nigdy nie posługują się Aspektami, odparła pozornie beztrosko, potrząsając głową dla uporządkowania lęgnących się w niej paskudnych myśli. A wszyscy władający Aspektem Ognia szybko zostają zmuszeni do tego, by o swojej magii zapomnieć.
Nie rozumiem. Wy, ludzie, jesteście tacy dziwni...
Ludzie wbrew pozorom mają burzowo dobrą pamięć. Złapała czarną tunikę, niedbale rzuconą na złotą narzutę łóżka, i wciągnęła ją przez głowę, nie dbając o wiązanie na bokach. Aspekt Ognia kojarzy się z Szalonym Królem. To bardzo rzadki rodzaj magii, a ostatnią osobą, która umiała się nią posługiwać, był Vrarghr Lemarr, o którym wszyscy chcieliby wreszcie zapomnieć.
Czy Szalony Król naprawdę był tak zły?
Coś w głosie smoczycy sprawiło, że Lhynne zatrzymała się z dłonią nad klamką ogromnych drzwi. To nie było zwykłe pytanie. To było powątpiewanie kogoś, kto dokładnie przestudiował wszystkie dostępne źródła i wyciągnął z nich wnioski zupełnie inne, niż inni.
Strach liznął ją wzdłuż kręgosłupa. Ale przecież nie mogła okłamać kogoś, kto był częścią niej samej.
Nigdy nikomu tego nie powtarzaj, zastrzegła od razu. Uważam, że były... pewne plusy. Tak to nazwijmy.
Plusy... Khrimme uśmiechnęła się gdzieś tam i oblizała łakomie rozwidlonym językiem.
Nie ulega wątpliwościom, że Vrarghr Lemarr to przerażający człowiek, z którego śmierci ucieszyli się wszyscy bez wyjątku. Ale... był też przy okazji pierwszym władcą, który egzekwował prawa kobiet. To dzięki niemu dostałyśmy się na uniwersytety i do wojska. Wcześniej nawet Jeźdźczynie miewały z tym ogromny problem. Jako jedyny też domagał się dobrego traktowania zwierząt. Pomimo zła, które wyrządził Ragharranowi, zaprowadził tu też porządek, który kultywuje się do dzisiaj. Był szalony, nie ma co do tego wątpliwości, lecz miał też parę dobrych pomysłów. Uzurpator, lecz całkiem przy tym swoim szaleństwie... cóż, inteligentny.
Ja również odniosłam takie wrażenie. Lhynne wzdrygnęła się i o mało nie krzyknęła, gdy po otwarciu drzwi zastała Khrimme na korytarzu, lekko zdyszaną po szybkim przemierzeniu dzielącej je odległości. Cieszę się, że nie muszę przynajmniej tego ci tłumaczyć, dziwny człowieku.
Jak na razie to w większości ja ci tłumaczę, jak działa świat, prychnęła kobieta. Jak ty się tutaj dostałaś?
U szczytu wieży jest platforma dla smoków. Można na niej wygodnie wylądować, a wrota otwierają się dzięki zapadni, którą trzeba nacisnąć łapą. Później wystarczy znaleźć drogę w tym labiryncie.
Zabrzmiało to nadzwyczaj prosto. Lhynne zaśmiała się krótko, zamknęła za sobą komnatę, profilaktycznie przekręcając klucz w zamku (choć wątpiła, by którykolwiek z mieszkańców był tak głupi, aby wchodzić tu pod jej nieobecność, wiedząc przecież, z jaką łatwością wytropiłaby go potem z użyciem wilczego nosa) i stanęła na środku korytarza, przymykając oczy. Spróbowała wczuć się w ducha zamku. Spróbowała... uruchomić intuicję i dzięki jej podszeptom wybrać odpowiedni kierunek wędrówki. Nie szukała niczego konkretnego, chciała jedynie poznać jak najwięcej, lecz a nuż zamek sam zechce coś jej pokazać? Zaprowadzić gdzieś, gdzie powinna się znaleźć?
Nie do końca wierzyła, by tak to działało, ale i tak ruszyła w stronę, którą wskazał jej jakiś dodatkowy zmysł. Khrimme posłusznie podreptała za nią, pomimo ostrych pazurów stawiając łapy praktycznie bezszelestnie.
Błądziła bezmyślnie, pozwalając, aby prowadził ją instynkt. Wodziła dłonią po płaskorzeźbach, bardziej za pomocą dotyku niż wzroku chłonąc ich kształty. Długo syciła się bajecznie kolorowymi witrażami, przysuwając wierzch dłoni do wszystkich nieszczelności w ramach okien i z przyjemnością obserwując gęsią skórkę wykwitającą na rozpalonej skórze. Kręciło jej się w głowie, czuła się trochę jak pijana – nie miała problemu z utrzymaniem równowagi, lecz podłoga nieraz zdawała się tańczyć pod jej nogami, a zmysły wygłuszała warstwa myślowej waty, odcinająca ich najczulsze frakcje...
Miała gorączkę? Najprawdopodobniej. Może to przedziwne palenie naprawdę było jedynie objawem kiełkującej w jej ciele choroby?
Tylko skąd choroba pod sam koniec wyjątkowo ciepłego lata, zwłaszcza przy regularnych przemianach, wzmacniających odporność do granic?
Nie podoba mi się to, warczała Khrimme, podążająca za nią krok w krok z nisko opuszczonym łbem, jakby przygotowana, by zaproponować jej oparcie, gdy tylko się zachwieje.
Lhynne się nie chwiała i nie przypuszczała, by miało się to zmienić, lecz... zdecydowanie coś było nie tak.
Może jestem tylko zmęczona?, spytała słabo, sama w to nie wierząc.
Wsłuchując się w błądzące wokół echo, minęły rozległą jak katedra salę, w której arkadach kryły się empory o malowanych w roślinne zwory sklepieniach żebrowych. Nocny blask przesączał się przez wąskie okna, rzucając nierzeczywiste cienie na marmurową posadzkę, lecz oprócz tej niezwykłej gry świateł, w której matowe łuski Khrimme zdawały się lśnić niczym powierzchnia jeziora czystej rtęci, wilkokrwistej nie udało się odnaleźć wokół niczego ciekawszego ponadto, co widziała do tej pory. Coś kazało jej iść naprzód...
Wmawiała to sobie, czy naprawdę zaczynała czuć coś jak wezwanie, zachęcające ją do stawiania kolejnych kroków? To było urojenie, czy tajemnicza moc tworzyła przed nią wyrazistą ścieżkę, doskonale widoczną oczami wyobraźni, aż proszącą, by podążyła w stronę wytyczaną jej blaskiem?
Nie umiała powiedzieć, jak długo błądziła w ten sposób. Kilkukrotnie odrzucała wzywające ją z mocą przejścia zbyt wąskie, aby zmieściła się w nich Khrimme, i nie umiała w wyobraźni odtworzyć sobie, czy wybierała zupełnie nową trasę, czy może jedynie okrążała skrót, wciąż zdążając w to samo miejsce. Zresztą jak mogła gdziekolwiek zdążać, skoro nie wiedziała, co jest celem jej podróży?
Szły w dół, to nie ulegało wątpliwościom. Wijące się w nieskończoność klatki schodowe były coraz ciaśniejsze, a zwieszające się ze sklepienia zworniki coraz niższe, przez co zaczynała się niepokoić, iż jeszcze chwila, a czeka je konieczność zawrócenia – w niektórych miejscach Dzika musiała pełzać na nisko ugiętych łapach, parskając ze złością, lecz protestując za każdym razem, gdy Jeźdźczyni proponowała jej wybranie łatwiejszej trasy, zdecydowana, aby dalej podążać za przedziwnym wezwaniem. Powietrze oziębiało się stopniowo, im dalej w nieuczęszczane korytarze się zagłębiały, aż zaczęło konsystencją i temperaturą przypominać martwą wodę górskiego jeziora. Wąskim okienkiem z pękniętą szybą Lhynne wyjrzała na zewnątrz, stając na samych czubkach palców i podciągając się delikatnie na zbyt wysoko zawieszonym parapecie. W tej chwili znajdowały się na parterze, rozciągające się więc przed nimi kamienne schody musiały prowadzić do piwnic.
Tam korytarze okazały się znacznie większe i Khrimme mogła rozprostować się z ulgą, poruszając skrzydłami. Mrok był zdecydowanie głębszy niż na wyższych piętrach, zbyt absolutny, by zdołało przeniknąć go czułe wilcze spojrzenie. Lhynne cudem odszukała przymocowaną do ściany pochodnię, wyjęła ją z obejmy, modląc się, aby nie okazała się oblepiona ruchliwymi pająkami, i podsunęła ją smoczycy pod nos. Wąska struga ognia trafiła w głowicę, rozdzierając ciemność jasnym blaskiem, a nasączone przed wiekami olejem pakuły zajęły się żarem zaskakująco szybko. Być może wcale nie były tak stare, jak miały na to wyglądać? Wilkokrwista ostrożnie zbadała drewno palcami, pewna, iż powinna odnaleźć na nim ślady działania wilgoci, lecz rzeczywiście wyglądało na stosunkowo świeże.
Ktoś tędy nadal chodzi?, pomyślała w zastanowieniu, a Khrimme zamruczała głęboko, nie umiejąc podać jasnej odpowiedzi. Żadna z nich, choć wysilały zmysły z całych sił, nie zdołała odnaleźć zapachowego śladu człowieka, lecz to wcale nie znaczyło, iż go tutaj nie było. Może po prostu maskował się wyjątkowo skrupulatnie? Cokolwiek by jednak tam na nie czekało, wątpiły, aby mogło być groźne, ruszyły więc dalej, rozważnie stawiając kroki na posadzce z matowego kamienia o piaskowym odcieniu.
Ten fragment zamku jest naprawdę stary, zawarczała Dzika, rozglądając się wokół z zaciekawieniem. Drżała jej końcówka ogona, mięśnie skrzydeł przeszywały dreszcze ekscytacji.
Być może najstarszy z tych, które widziałyśmy do tej pory. Lhynne ostrożnie przesunęła dłonią po ścianie, badając łączenia trapezowych kamieni.
Kilkukrotnie mijały drzwi, lecz, niewielkie i niepozorne, wykonane z kruszejącego ze starości drewna, nie zachęcały, aby sprawdzać, co znajdowało się za nimi. Interesujące okazały się dopiero większe wrota – wrota tak wielkie, że konkurować mogły z tymi prowadzącymi do sali tronowej czy królewskiej jadalni, w których spokojnie zmieścić mógł się smok kilkukrotnie większy od Khrimme, być może nawet w pełni dorosły, jeśli tylko mocniej stuliłby skrzydła do boków. Wykonane z prostego drewna, niknęły w bogatym, głębokim portalu, którego kolejne wstęgi rzeźbiono w litery nieznanego Lhynne pisma, przeplatane płaskorzeźbami symetrycznych kwiatów o czterech lub pięciu płatkach, zdającymi się rzucać nienaturalnie głębokie cienie w tańczącym blasku wzniesionej w ich stronę pochodni. Ostrożnie dotknęła masywnych desek spiętych przerdzewiałymi metalowymi sztabami i bez większej nadziei pchnęła je na wysokości żeliwnego pierścienia. Nie spodziewała się, by mogły się okazać otwarte, i tak też było – ani drgnęły, choć za chwilę natarła na nie całym ciężarem, wciskając się ramieniem w pachnące kurzem drewno. Westchnęła zrezygnowana i wpatrzyła się w niknący w mroku korytarz, ciągnący się jeszcze daleko. Tam zdawał się znacznie wyższy, skrupulatniej ozdabiany płaskorzeźbami – jeśli dobrze rozróżniała drgające kształty i nie myliły jej oszalałe cienie, po obu stronach łukowatego przejścia w oddali wznosiły się kariatydy, w wyciągniętych ku górze dłoniach podtrzymujące ciężar beczkowego sklepienia...
Idziemy dalej?, spytała niecierpliwie Khrimme, utkwiwszy wzrok w pierścieniu wrót. Równie mocno jak Lhynne ciekawa była, co też znajdowało się za tą nieprzekraczalną barierą.
Chyba nie mamy wyboru. Wilkokrwista wyprostowała się z niechęcią po tym, jak okazało się, że również ciągnięcie nie jest w stanie ruszyć drzwi, i odsunęła się o kilka kroków...
Krzyknęła i skuliła się, gdy smoczyca machnęła łapą nad jej głową. Drewno trzasnęło i rozwarło się szeroko, resztki metalowego zamka potoczyły się w ciemność po kamiennej posadzce, kalecząc wrażliwe wilcze uszy.
– Na źródła burz, co ty robisz?! – krzyknęła na całe gardło, gdy już przestała kaszleć od wznoszącego się obłokiem kurzu.
Otwieram drzwi. Dzika dmuchnęła mocno, by obłok pyłu posłusznie oddalił się pod ściany. Przecież chciałaś tam wejść.
– Ale nie aż tak, żeby... – Lhynne urwała ze złością, nie znalazłszy odpowiednich słów. – Dobra, nieważne...
Czyli idziemy dalej?
Ekscytacja Khrimme była niemożliwa do zignorowania. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że nikt nie znajdował się na tyle blisko, by hałas go tutaj zwabił... w końcu drzwi były zamknięte z jakiegoś konkretnego powodu. Lhynne uniosła cudem ocalałą pochodnię i przekroczyła niski próg, zagłębiając się w pylisty mrok.
Sala okazała się tak wielka, że blask ognia zupełnie w niej zaginął. Wyszła daleko ku jej środkowi i okręciła się wokół własnej osi, unosząc wysoko źródło światła, lecz nie zdołała dostrzec niczego prócz napierającej na nią ze wszystkich stron ciemności. Dzika jednym susem wylądowała obok niej, miękko jak opadający na ofiarę kot, i rozpostarła skrzydła na całą szerokość, równie podekscytowana.
Tam są... szepnęła, nie będąc w stanie dokończyć. Łuski jeżyły jej się jak wilcza sierść, wrzecionowate źrenice zajęły prawie całą tęczówkę oczu. Och, Lhynne, spójrz, przecież tam są...!
Co tam jest? Wilkokrwista ostrożnie ruszyła w stronę wskazywaną nosem smoka, wysuwając pochodnię naprzód.
To przecież... Khrimme kolejny raz nie zdołała dokończyć. Zaskomlała przedziwnie i wykonawszy kolejny monumentalny skok, zanurkowała w mrok, machnięciem skrzydeł prawie zgasiwszy ogień.
– Hej, zaczekaj! – Lhynne wzdrygnęła się, gdy jej głos rozbrzmiał nieprzyzwoicie głośnym echem, i czym prędzej popędziła za niemal niewidocznym kształtem.
A następnie zatrzymała się jak wryta, z trudem powstrzymując się od krzyku.
Tym, do czego dopadła młoda smoczyca, a co wyłoniło się z lepkiej, zakurzonej ciemności w swojej pełnej krasie, była ogromna smocza czaszka. Szczerząc ostre jak brzytwy kły, leżała nieco na boku, na niskim postumencie, ogrodzona żelaznym płotkiem kutym w motyw winorośli, sięgającym kobiecie mniej więcej do połowy piersi. Cień pełgał w czarnych oczodołach, dumnie zakrzywione na końcach rogi niknęły gdzieś wysoko...
Smocza czaszka. Gdzie one tak właściwie były? Na cmentarzysku?
Są tu jeszcze jakieś?, spytała podekscytowania, odruchowo oglądając się przez ramię, choć dobrze wiedziała, że nic tam nie zobaczy.
Nie wiem, odszepnęła Khrimme, wpatrując się z nabożną czcią w zupełną czerń tam, gdzie niegdyś lśniły bajecznie kolorowe smocze oczy. Ona jest...
– Martwa od ładnych dwustu lat.
Lhynne kolejny raz krzyknęła i podskoczyła, upuszczając pochodnię. Ogień zasyczał i zgasł dokładnie w tym momencie, w którym ognisty dreszcz przeszył jej ciało, oblekając je w wilczą skórę. Na nisko ugiętych łapach przypadła do kamiennej posadzki i wycofała się ostrożnie, warcząc z głębi gardła, szczerząc kły w stronę, z której dobiegł ludzki głos...
Głos całkowicie znajomy, co olśniło ją po paru chwilach, gdy zdołała sobie przypomnieć, jak się myślało na ludzki sposób.
– To tylko ja. – Nowy płomień rozświetlił zupełny mrok, zakwitając na wyciągniętej w jej stronę męskiej dłoni. Zalśniły w nim zębiska Khrimme i jej wściekle przymrużone oczy.
– Tylko ty! – Wilkokrwista z trudem przemieniła się w człowieka, lecz została na podłodze, nie zdoławszy zmusić drżących nóg do posłuszeństwa. – O bogowie... Kurwa mać, nikt mnie nigdy tak nie przestraszył! – Jej głos zabrzmiał nieprzyjemnie wysoko.
– Możesz oddychać? – Uniosła się nieco krzaczasta brew nad niemal czarnym okiem. Jasnoszare ginęło w mroku, płomień był zbyt wątły, aby oświetlić całą twarz...
Lecz nie na tyle, by Lhynne nie zauważyła, że nie miał żadnego wytłumaczalnego źródła. Wciąż jednak zbyt roztrzęsiona, nie zdołała przepchnąć pytania przez zaciśnięte gardło.
– Chyba zapomniałam jak – wykrztusiła z trudnością. – Ja pieprzę, co ty tutaj robisz? Jakim cudem żadna z nas cię nie wyczuła? I czy ty nie powinieneś być w Górach Barierowych?! – Dopiero gdy te pytania z prędkością światła opuściły jej usta, uprzytomniła sobie, że nigdy jeszcze nie zwracała się do niego w taki sposób.
– Napisałaś, że chcesz ze mną porozmawiać, a chwilowo nie miałem nic do roboty. – Kriggs von Eckhardt wzruszył w ciemności ramionami. Sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego.
A Khrimme, choć zła z powodu jego skradania się, jak na złość wcale nie wyglądała, jakby zamierzała go ugryźć.
– Nie spodziewałam się, że wystarczy jeden nabazgrany na kolanie list, byś przyleciał tu w mgnieniu oka – parsknęła kobieta, podnosząc się wreszcie na nogi i otrzepując spodnie z pyłu, mając nadzieję w ten sposób odsłonić resztki skrywającej się pod kurzem godności.
– Ten list skłonił mnie do pośpiechu. – Mężczyzna wzruszył ramionami i jak gdyby nigdy nic odsunął się od niej, zabierając źródło światła. Podszedł do majaczącej w mroku smoczej czaszki, zatrzymał się przy samej granicy wytyczanej metalowym płotkiem. Zacisnął palce prawej dłoni na metalu tak kurczowo, że aż pokryły się występującymi żyłami...
Choć może było to jedynie grą światła?
– Zdajecie sobie sprawę, gdzie jesteście? – spytał niskim, zmienionym głosem, nie odwracając się w ich stronę.
– Wygląda mi to na jakieś burzowe cmentarzysko smoków – wykrztusiła Lhynne. Kolejne słowa nie chciały dać się wypowiedzieć, choć skóra aż ją świerzbiła z niecierpliwości, aby dowiedzieć się czegokolwiek więcej. Przede wszystkim tego, jakim cudem tak doskonale skrył się przed ich zmysłami?
– Aspekt Mroku – warknął generał przez ramię, jakby czytał jej w myślach. – A to nie jest cmentarzysko. To mauzoleum.
– Mauzoleum – powtórzyła ostrożnie, podchodząc na kilka kroków. Choć próbowała dojrzeć coś więcej z całych sił, mężczyzna obrócił się w taki sposób, by ukryć dający silne światło płomień – i źródło, z którego wypływał. – A więc kim on był? – Zrezygnowana, ponownie zapatrzyła się w smoczą czaszkę.
– Ona – poprawił ją ze źle maskowaną złością. – Miała na imię Jarrhönn.
Wzdrygnęła się od nagle rozlewającego się w ciele zimna. Znała to imię, lecz...
– Dobrze rozumujesz, wilcza dziewczynko. To jest właśnie smoczyca, przez którą Vrarghr Lemarr zasłużył sobie na miano szalonego. – Obejrzał się na nią przez ramię dzikim okiem, niemal białym w skąpym świetle. Jakiś dziwny tik na chwilę zmienił rysy jego twarzy. – To jej śmierć doprowadziła do utraty zdrowych zmysłów człowieka, który zdołał podporządkować sobie armię Dzikich i podbić największe królestwo Starego Kontynentu.
– Zawsze mnie zastanawiało, jak to się stało, że nie umarł w chwili jej śmierci – szepnęła Lhynne. Wolała się nie zbliżać, gdy był w takim stanie...
Lecz i tak coś burzowo ją do niego przyzywało. Coś dzikiego, pierwotnego... i tak silnego, że aż bolało ją serce.
– Powinien był umrzeć. – Znowu ten tik. Kriggs, zaciskając dłoń w pięść, ponownie zapatrzył się w wielką czaszkę, zwracając do niej plecami. – Powinien...
– Bo wtedy nie wydarzyłoby się całe to zło?
– Nie – wycedził ostro. Skuliła się, jakby zamachnął się na nią dłonią. – Bo lepiej jest umrzeć niż żyć dalej bez fragmentu siebie. Utrata smoka jest gorsza niż śmierć. Jest jak pogrzebanie części własnego umysłu i konieczność dalszego życia, pochylając się nad jego grobem!
Znowu przeszedł ją dreszcz. Wymieniła z Khrimme zagubione spojrzenia, żadna z nich nie miała odwagi drgnąć na swoim miejscu.
Bogowie, Lhynne nie wiedziała nawet, czy to wszystko właśnie jej się nie śniło!
– Gdyby nie to... – zaczęła słabo, właściwie jedynie z poczucia obowiązku wobec tradycji niż wiary w prawdziwość słów, które planowała wypowiedzieć, lecz generał znowu czytał w niej bez trudu.
– Postaw się na jego miejscu, wilcza dziewczynko – powiedział cicho, głosem niemal graniczącym z szeptem, niosącym się miękko w otaczającym ich ze wszystkich stron mroku. – Pomyśl, co ty byś zrobiła, gdybyś była nim?
– Usprawiedliwiasz go? – spytała nieco głośniej. Nie z przekorą, nie z niedowierzaniem – ot z zupełnie zwykłej, nieoceniającej ciekawości.
– Wszyscy Jeźdźcy go usprawiedliwiają, choć żaden nigdy ci tego nie przyzna. – Odwrócił się gwałtownie i wyciągnął dłoń w mrok. Zwinne cienie wsunęły w jego palce upuszczoną przez wilkokrwistą pochodnię, a zdający się pełgać tuż nad jego lewą ręką płomyk chciwie zaatakował niedawno zgasłą głowicę. – Wiele jego czynów jest niewybaczalnych. Ale pomyśl sama: czy ty zdołałabyś żyć dalej jak uczciwy człowiek, gdyby wydarto ci część ciebie samej?
– Nie przeżyłabym tego. – Odruchowo poszukała ciepłego boku Khrimme i rozluźniła się odrobinę, natrafiwszy na szorstkie łuski. – Nikt tego nie przeżywa.
– Oprócz Vrarghra Lemarra. – W niskim, zachrypniętym głosie zabrzmiał cień ponurej wesołości. – Oszalał, straciwszy to, co było w nim najlepsze. Stracił wszystko. Stracił sens istnienia. I okazał się zbyt tchórzliwy, by popełnić samobójstwo.
– Pogubił się... – szepnęła. Z jakiegoś powodu zawsze było jej szkoda Szalonego Króla. Nie umiała zapomnieć o jego zbrodniach, lecz równie silnie odczuwała powód, z jakiego stał się właśnie takim, jakim zapamiętała go historia, rozumiała więc, o czym mówił generał... choć nie pojmowała, z jakiego powodu budziło w nim to aż takie emocje.
Chyba że...
Och. Bogowie, miała pewne podejrzenia, gnębiły ją one od dawna – w końcu stycznych było odpowiednio wiele, by tylko głupi nie domyślił się prawdy – lecz ta opcja zdawała się tak absurdalna...
– Jak mógł się pogubić, skoro nie pamiętał już drogi, którą miał iść? – W dwubarwnych oczach pełgał na wpół szalony ognik. – Bez smoczego ognia świat jest przerażająco zimny. Nie szukaj usprawiedliwień, nie rozgrzeszaj, lecz zawsze myśl o empatii.
– Zawsze myślę o empatii. Mnie nie musisz tego mówić – syknęła i po chwili wahania wskazała na czaszkę. – Musiała być piękna. – Nie umiała powiedzieć, dlaczego te słowa opuściły jej usta. Po prostu czuła nieodpartą, niemożliwą do zignorowania potrzebę, aby je wypowiedzieć...
Zgaszona potęga. Na wpół szalony generał z jednookim smokiem. Aura nieprzystępnej, lecz fascynującej grozy...
Tak, to zbyt dobrze się ze sobą łączyło.
– Była najpiękniejsza w całym burzowym świecie. – Kąciki wąskich ust uniosły się lekko do góry. Z wahaniem, ostrożnie...
Spojrzał na nią tak... dziwnie. Wytrzymała to, nie opuszczając wzroku. Już wszystko wiem, miała ochotę wykrzyknąć... lecz nie zrobiła nic. Wystarczyło myśleć. Wystarczyło... nie oceniać, jakkolwiek trudne by się to wydawało. Wystarczyło dojść do głosu temu czemuś, co sprawiało, że nie umiała myśleć o nim obojętnie. Wystarczyło...
Cóż, wystarczyło kochać. Z dozą zdrowego rozsądku, ale jednak całym przeklętym wilczym sercem. A on wiedział to równie dobrze jak ona – nigdy jeszcze nie poczuła tak silnego porozumienia z niedostępnym mężczyzną, jak w chwili, gdy ostrożnie, z szacunkiem skinął jej głową, jakby chciał oddać jej hołd i podziękować jednocześnie. Nie powiedział nic więcej, lecz wcale nie musiał, a spełnione podejrzenie okazało się nie wprawiać w taki szok, jakiego mogłaby się spodziewać...
Przecież od początku to wiedziała, choć może nie od razu umiała to nazwać. I pokochała mimo to.
Miłość jest ślepa? Z pewnością burzowo niepraktyczna.
– Nie wiedziałam, że... – Jej głos zabrzmiał niezwykle obco, aż przez chwilę się zawstydziła, nie wiedząc, czy powinna dokończyć.
– Mów śmiało, wilcza dziewczynko. – Zapatrzył się w puste oczodoły ogromnej czaszki. Ta niezwykła łagodność nie myślała jeszcze rozwiać się w mroku olbrzymiej komnaty, wciąż zmiękczała bruzdy na jego twarzy i iskry tańczące w źrenicach.
– Koniec z tajemnicami? – spytała kąśliwie, nie zdoławszy się powstrzymać, podobnie jak nie umiała powściągnąć chytrego uśmieszku, unoszącego do góry kąciki jej ust. Khrimme zaburczała, przekrzywiając łeb z ciekawością w opalizujących ślepiach.
– Tajemnicami? – Dwubarwne oczy na chwilę zbłądziły w jej stronę, brwi zmarszczyły się w niezrozumieniu, lecz hipnotyzujące, przedwieczne spojrzenie szybko przyciągnęło go z powrotem. – Jesteś Mglistą. Ragharran nie ma dla ciebie tajemnic. Wystarczy spytać.
Ach, ależ kusiło ją, by przy takim postawieniu sprawy rzucić z pełną premedytacją: „a więc czy to prawda, że wcale nie nazywasz się Kriggs von Eckhardt i kiedyś panowałeś na tym zamku?”, lecz w porę ugryzła się w język. Bogowie, humor humorem, złośliwość złośliwością, lecz czy naprawdę chciała burzyć tę chwilę zrozumienia? Na pewno nie. Z jakiegoś powodu czuła, że i w taki sposób by jej nie poruszyła – cokolwiek się między nimi zawiązało, pod spojrzeniem nieżyjącej od wieków smoczycy było wystarczająco stabilne, by znieść niemal wszystko – ale... po co próbować? Tak naprawdę nie o to chciała spytać. Po co pytać o coś, co już się wiedziało? Potrząsnęła ze złością głową.
– Nie wiedziałam, że można zachować czaszkę smoka – powiedziała wreszcie, już prawie swobodnie. – Dlaczego ona tutaj jest?
– Smocze kości posiadają ogromną moc. – Dłoń Kriggsa drgnęła tak, jakby zamierzał sięgnąć w stronę lekko pożółkłego czerepu i pogładzić go czule w miejscu, gdzie niegdyś znajdował się tryskający iskrami nos... powstrzymał się jednak, a przez twarz przebiegł mu bolesny grymas. Wilczy wzrok radził sobie z półmrokiem na tyle dobrze, by nie umknął mu skurcz przebiegający przez mięśnie szerokich ramion, spazm zwijający palce w pięść – coś, co czaiło się pod cienką warstwą skóry, a było trudniejsze do zniesienia niż ciężar całego wszechświata. – Czaszki w szczególności. To bardzo stara i wyjątkowo ponura magia. Gadać mógłbym o tym godzinami i z pewnością możesz mnie o to poprosić, gdy przyjdzie ci na to ochota, bo jak na razie nikt nie chce specjalnie słuchać takiego starego zgreda jak ja, ale dla tej bajki najistotniejszy jest fakt, że tej energii potrzebowali starożytni jeszcze przed pierwszą Cienionocą, aby wznosić takie budowle. – Zatoczył krótki gest wokół. – Nie da się wznieść niczego tak wielkiego jak zamek Myllhaven bez uciekania się do pierwotnej energii. Dziś pod nowy budynek kładzie się kamień węgielny. Niegdyś zaczynano od kamiennej krypty, w której zamykano smoczą czaszkę. Dopiero wokół niej wznoszono pierwsze fundamenty.
– Smoki godziły się na to?
Uważamy to za zaszczyt, wskazała dumnie Khrimme, zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć.
– Umierający smok może w ten sposób zapewnić sobie nieśmiertelność. – Kriggs nie dał po sobie poznać, czy usłyszał smoczycę, lecz zabrzmiał tak, jakby uzupełniał jej słowa. – Jego dusza zapewni przetrwanie monumentalnym murom na tysiące lat. Nazywano to lodogniem, wiesz? – Uśmiechnął się nagle. – Vrarghr Lemarr całkiem dobrze znał tę magię, choć gdy nazywał swojego pierwszego smoka, nawet nie przyszłoby mu do głowy, że będzie umiał z niej skorzystać. Zaklęcie poświęconej smoczej czaszki za pomocą magicznego ognia i zmrożenie jej na siarczystym mrozie w zasadzie aktywowało cały proces. Trwający oczywiście dopóty, dopóki nikomu nie przyjdzie do głowy, aby lodogień skraść.
– Skraść? – powtórzyła niedowierzająco. – Sugerujesz, że ktoś mógłby wpaść na buchnięcie czegoś tej wielkości?
– Poprzedni lodogień był jeszcze większy. – Kriggs krytycznie zmierzył czaszkę wzrokiem. – Ona nie była... – Znowu echo tego dziwnego bólu, tym razem przegonione precz, nim zdążyło przejąć dreszczem mięśnie. – Nie była jeszcze w pełni dorosła w chwili śmierci. Miała w sobie krew Dzikich, bez trudu to zauważysz, jeśli przyjrzysz się dokładniej, ale nie rosła tak szybko, jak chociażby twoja ślicznotka. – Silił się na humor i nieco złośliwości, lecz skłonił Khrimme z szacunkiem głowę, tak że parsknęła jedynie dla zasady, bez cienia prawdziwej złości.
– Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Ktoś ukradł ogromną smoczą czaszkę z zamku, a żeby podtrzymać tutejszą magię, Vrarghr Lemarr...
– Nie był już wtedy Vrarghrem Lemarrem. – Kriggs wzruszył ramionami pozornie beztrosko. – Erghon Zdobywca zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc, gdy... powiedzmy, że bawiłem na wakacjach daleko stąd. Wygrzewaliśmy się z Zarrothem pod słońcem Gholobaru i... cóż, udawaliśmy, że nas nie ma. Problem w tym, że ktoś ukradł lodogień, dzięki któremu wzniesiono Myllhaven i utrzymano w kupie przez tyle lat. Zarówno zamek, jak i miasto zaczęły się rozpadać. Magia oszalała. A tak się pechowo złożyło, że byłem jedynym na Starym Kontynencie, który wiedział, w czym rzecz. Znałem to burzowe miejsce jak własną kieszeń, znaleźli mnie więc i przerwali mi wakacje, abym pomógł tutaj posprzątać. Czaszka Jarrhönn... – Urwał. Tym razem głos mu się załamał.
Serce Lhynne skurczyło się boleśnie. To było takie dziwne – patrzeć na tego mężczyznę, najwyższego człowieka, z jakim kiedykolwiek miała do czynienia, zwierzchnika wojsk, niepokonanego wojownika – kogoś, kogo od lat miała za wzór nieskończonej siły i potęgi... gdy znajdował się w takim stanie. Twarz wykrzywiła mu się nagle, ramiona zadrżały, lewa dłoń szybko powędrowała do oczu i ścisnęła ich kąciki, w geście pozornie mającym dać ulgę w bólu głowy i natłoku myśli, w rzeczywistości jednak powstrzymującym łzy.
– Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz – szepnęła. Tak bardzo pragnęła go w tej chwili dotknąć – objąć, przygarnąć do siebie, pozwolić, aby schował się w jej śmiesznie wątłych ramionach... Przecież każdy czasem tego potrzebował. Każde zimno, każdy strach należało przeganiać ciepłem, prawda? Nie miała jednak odwagi podejść. I nawet nie umiała się o to na siebie wściec! Po prostu przylgnęła ciasno do gorącego boku Khrimme, kołyszącej z niepokojem łbem nad jej głową.
Smoczyca wzdrygnęła się nagle i skierowała ślepia w ciemność, tam, gdzie niewyraźną plamą rysowało się wejście do olbrzymiej sali. Usłyszała to w tej samej chwili, co ona – stukot szponów na kamiennej posadzce i szelest poruszających się niepewnie na grzbiecie skrzydeł. Nawet przez chwilę nie myślała, że smok wielkości Zarrotha mógłby się tu zmieścić, lecz i tak była zaskoczona, gdy próg minął rogaty kształt, na miękko stawianych łapach zbliżający się w krąg światła. Zaświeciły kocie oczy o pionowych źrenicach, drgała końcówka długiego ogona... Choć bestia była już dorosła i przynajmniej dwukrotnie większa od Khrimme, okazała się znacznie mniejsza od jednookiego Dzikiego. Miała nieco krótszy, masywniejszy pysk, a jej ciemnozielone, wręcz oliwkowe łuski miały szlachetnie wydłużony kształt, dzięki któremu odstawały od ciała na końcach, jak strzępki papieru lub kłębki gęstej sierści. Napotkawszy spojrzenie Lhynne, smok uniósł lekko wargi i buchnął kłębem dymu z nozdrzy, opuszczając groźnie łeb. Ciało miał napięte jak struna, w każdej chwili gotowe do ataku...
Lub ucieczki. Wilkokrwista zmysłem drapieżnika wyczuwała bez trudu, że ogromne zwierzę w rzeczywistości się boi, i to panicznie wręcz, lecz zbyt mocno poruszone emocjami Kriggsa, zbliżyło się na odległość, na jaką nie pozwoliłoby sobie w innych warunkach.
– Nic mi nie będzie. – Mężczyzna zdawał się mówić jednocześnie do niej i do smoka. – Po prostu czasem zastanawiam się, czy to była jakaś pieprzona klątwa. Czy gdyby Lemarr nazwał ją inaczej, wszystko nie potoczyłoby się... – Urwał, ze złością potrząsnął głową. – Pamiętaj, wilcza dziewczynko. Nigdy nie ratuj bezmyślnie świata kosztem smoka. Ta czarna bestyjka jest najważniejszym, najpiękniejszym, co cię kiedykolwiek spotkało. Nie traktuj kwestii jej bezpieczeństwa powierzchownie. Nie zdejmuj jej zbroi, żeby mogła szybciej dotrzeć na miejsce bitwy. – Dwubarwne oczy przyszpiliły ją do kamiennej podłogi, przeszywając nieznośnym gorącem i paraliżującym chłodem jednocześnie. – Cały świat może zdechnąć, mogą umrzeć wszyscy, których kiedykolwiek kochałaś... ale ona ma żyć. – Krótkim gestem wskazał na zaniepokojoną Khrimme.
– Jest do niej podobna?
Nie wiedziała, dlaczego zadała to pytanie. Generał drgnął, zaskoczony, lecz westchnął wreszcie ciężko.
– Mówisz o Khrimme czy Igri? – Gestem wskazał zieloną bestię, na drżących łapach przysuwającą się coraz bliżej, gdy żadne z nich nie spoglądało w jej stronę, i kamieniejącą, ledwo poczuła na sobie ciężar czyichś oczu.
– W zasadzie to... miałam na myśli Khrimme. – Lhynne stropiła się nieco i dziwnie zawstydziła pod spojrzeniem zielonej. – A więc Igri? Tak... Witaj, Igri. Nie musisz się nas bać. – Skłoniła się z szacunkiem.
– Ach. – Uśmiechnął się bez cienia wesołości, choć z czymś na kształt dumy. – Są do siebie bardziej podobne, niż możesz przypuszczać. Spójrz tylko, porównaj kształt tego łba! – Posłuszny jego gestom, z głowicy pochodni uniósł się drobny ognik. Urósł w powietrzu, rozdzielił się na troje i przysunął w stronę majaczącej w mroku czaszki, rzucając na nią nierzeczywisty, żywy blask.
– Jarrhönn też była Dziką? – Nie mogła tego nie zauważyć. Te same poprzecznie prążkowane rogi. Ta sama szlachetna, wydłużona linia pyska, z profilu pewnie przypominająca nieco koński łeb. Khrimme śledziła zafascynowana wszystkie krzywizny, ostrości i kolce, smakując powietrze rozwidlonym językiem.
– Była mieszańcem, jak Khrimme. Nie wiem, w jakim stopniu. Khrimme prawdopodobnie jest Dzikim w połowie, bo tyle wystarczy, aby myślała słowami i była zdolna do nawiązania więzi z Jeźdźcem. Krew Jarrhönn musiała być bardziej rozmyta. Jak wspominałem, nie rosła aż tak szybko, choć i tak szybciej, niż zwyczajne smoki. I miała lśniące łuski, nie matowe, jak Dzikie. Ciężko powiedzieć cokolwiek więcej, skoro była albinosem.
– Myślałam, że po prostu wykluła się biała.
– Typowy biały smok ma łuski lekko błękitne na krawędziach, jak lód. Ona była perłowa. Bezbarwna. I miała czerwone ślepia. Gdy zbyt dużo czasu spędzała na słońcu, doznawała oparzeń. – Oczy lśniły mu wzruszeniem, lecz uśmiechnął się lekko w zamyśleniu. – Wpadała w szał, gdy choćby przemknęło mi przez myśl, by posmarować ją potem kojącą maścią. Ragharran nigdy nie znał podobnej bestii.
– Musiała być wyjątkowa. – Odpowiedziała uśmiechem, starając się nadać tym słowom przyjemną miękkość. Udawała, że nie zauważa Igri, która podpełzła już tak blisko, że Kriggs mógł – prawdopodobnie zupełnie bezwiednie – położyć dłoń na jej nosie.
– Nie tylko wyjątkowa. – Pokręcił głową z pewnego rodzaju dezaprobatą, zaglądając w puste oczodoły, jakby wciąż miał nadzieję dopatrzeć się w nich iskier zgasłego dawno życia. – To nie był łatwy smok, dziewczynko. W niczym nie przypominała żadnego smoka, jakiego kiedykolwiek spotkałaś. I właściwie to wcale nie była sympatyczna. Była dumna, zapatrzona w siebie, narcystyczna i brawurowo odważna. Do tego kipiała nieustającą, ognistą wściekłością. Więź z nią polegała na ciągłym powściąganiu jej niszczycielskich zapędów.
Zafascynowana Khrimme zamruczała, domagając się dalszych wyjaśnień. Lhynne również nachyliła się z ciekawością. Igri parsknęła, gdy się poruszyły, lecz nie umknęła już spod drapiącej ją dłoni.
– Była... agresywna?
– To mało powiedziane. – Kriggs nabrał głęboko powietrza i bardzo powoli wypuścił je z płuc. – Była... po prostu dzika. Nie jak Dzikie smoki. Raczej jak ktoś, kto urodził się bez naturalnych zahamowań. Była... – Zawahał się na chwilę, głos znowu mu zadrżał, lecz szybko wziął się w garść. – Nie widzę sensu, by cię oszukiwać. Jarrhönn była potworem. Była nadpobudliwa, nieposłuszna i burzowo inteligentna. Ona składała się z czystej nienawiści. Nikt oprócz mnie nie mógł się do niej zbliżyć, nawet gdy chciał ją tylko nakarmić, albo choćby pragnął przejść obok! Atakowała bez opamiętania. Pluła ogniem i jadem, uderzała szponami. W pierwszym miesiącu życia zabiła trzy osoby, w kolejnych regularnie zdarzało jej się kogoś pożreć, nim nauczono się, jak szerokim łukiem należy ją mijać.
– O bogowie – wykrztusiła. Obejrzała się na zasłuchaną Khrimme, z rozszerzonymi źrenicami śledzącą generała, gdy zaczął niespokojnie chodzić w tę i z powrotem. Wstrząsnął nią dreszcz zgrozy na samą myśl, że jej smoczyca mogłaby kogokolwiek zabić. Sama miała krew na rękach, lecz to...
– No właśnie. – Kriggs zaśmiał się sucho. – Bogowie nie byli skorzy do pomocy. Przez pierwsze dwa lata jej życia spałem maksymalnie cztery godziny na dobę. Budziła mnie jej wściekłość. Budziły mnie jej koszmary... bo ona również nie mogła spać przez obrazy lęgnące się w jej głowie. Wspomnienia przodków, mówi ci to coś? – Zerknął na Dziką i ponownie skoncentrował się na Igri, gdy w milczeniu potwierdziła skinięciem łba. – Nie wiem do dzisiaj, dlaczego były u niej tak silne. Mam pewną teorię, nad którą myślałem przez te wszystkie lata. Brzmi nieprawdopodobnie, ale cóż poradzić, to jedyne, na co wpadłem... Być może Dzikie w połowie jeszcze jakoś funkcjonują. Geny Dzikich są dominujące, więc w ich ciałach wszystko działa, jak należy. Jednak gdy tę krew rozrzedzić jeszcze odrobinę, powstać może... – Zatrzymał się gwałtownie, obejrzał przez ramię na wielką czaszkę z... lękiem? – Powstać może potwór o kalekim umyśle – dokończył drżącym szeptem. – Nie zrozum mnie źle. Jarrhönn była najdoskonalszym, najpiękniejszym, co kiedykolwiek wydarzyło się w moim życiu. Lecz była po tysiąckroć bardziej szalona, niż Vrarghr Lemarr w pierwszych latach po jej śmierci.
– Nie spodziewałam się tego. – Ona również szeptała. Z jakiegoś powodu łatwo było jej się do tego dostosować – słowa przemienione w szelest lepiej pasowały do pełgającego ognia i milczącej magii bijącej od... – Ale nie dziwi mnie to. Przecież swojego smoka kocha się nade wszystko na świecie, obojętnie jaki by nie był.
Ledwie pozwoliła tym słowom przebrzmieć, przed oczami stanęła jej niedawna lekcja latania. I młody mężczyzna, z takim obrzydzeniem spoglądający na pomarańczowego smoka, który próbował obronić go przed wściekłą Khrimme...
– Co jest? – Gdy zadał to niecierpliwe pytanie, zdecydowanie bardziej przypominał Kriggsa von Eckhardta, do którego przywykła. Wzdrygnęła się, gdy zabłysło nagle przywołane Mgielne Ostrze – śledziła wzrokiem, jak obrócił je zwinnie w palcach w nerwowym tiku, jaki tyle razy obserwowała z ukrycia.
– Coś, czego sama nie rozumiem. – Potrząsnęła głową, zmuszając się do skoncentrowania na wspomnieniach. – Podczas ostatnich ćwiczeń widziałam... coś bardzo dziwnego. To niemożliwe, by Jeździec nienawidził swojego smoka, prawda?
– Teoretycznie nie. Choć zdarzają się odszczepieńcy. – Zatrzymał na chwilę miecz w taki sposób, by móc przejrzeć się w jego ostrzu. – Jednak bardzo rzadko. Smoki przeważnie dobrze wiedzą, kogo wybrać.
– Może tylko mi się wydawało.
Chciał drążyć, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili, za co sama nie wiedziała, na ile była mu wdzięczna. Być może chciała, by dopytywał? Sama nie umiała odnaleźć się we własnych emocjach.
– Miałaś mi opowiedzieć o tym, co odkryłaś w Akademii. – Zmienił temat, ruszając stanowczo w stronę wyjścia. Khrimme i Igri parsknęły jednocześnie z zaskoczeniem i zerknęły na siebie z niechętną ciekawością, a Lhynne z trudem zmusiła zdrętwiałe nogi, by ruszyć za mężczyzną. Obejrzała się ostatni raz na niknącą w ciemności czaszkę Jarrhönn...
Lodogień trzymający zamek Myllhaven w ryzach. Czy to możliwe, że błądząc po korytarzach, czuła nie wyimaginowanego ducha budynku, a duszę dumnej albinotycznej smoczycy? Może to właśnie ona prowadziła ją korytarzami, wskazywała drogę, na której miała największe szanse ujrzeć cuda przedwiecznej budowli?
Jesteś tutaj, potężna bestio?, spytała nieśmiało, nie wiedząc, czy właśnie nie robiła z siebie idiotki...
Być może była bardziej szalona, niż przypuszczała do tej pory – zdawało jej się, że coś, co czaiło się w ciemnościach, zamruczało z aprobatą w odpowiedzi, ziewnęło rozdzierająco i tchnęło w nią odrobinę ożywczej energii. Z jakiegoś powodu poczuła się w obowiązku podziękować z szacunkiem... i ulec wzruszeniu, kruszącemu wilcze serce.
Odeszła, w milczeniu przypieczętowując zgodę na to, aby nie mówić o tym już nigdy więcej. Gdy nie dało się zapomnieć, należało po prostu milczeć.
– Chętnie pokazałabym ci, co tam znalazłam – powiedziała, z trudem dogoniwszy Kriggsa na korytarzu, gdzie skręcił w bardziej reprezentacyjną, prawą stronę, przeciwną do tej, którą sama się tu dostała i zdolną pomieścić dorosłego smoka – tylko że książkę, którą stamtąd zabrałam, zostawiłam w domu. Oczywiście mogę ją w każdej chwili przynieść, ale...
– Możemy ruszyć nawet teraz, jeśli nie jesteś zbyt zmęczona. – Nawet nie obejrzał się w jej stronę.
Skrzywiła się. Coś garbiło mu ramiona, zmuszało do zaciskania pięści... Czyżby ocknął się z tego dziwnego stanu i zaczął wstydzić tej nagłej bliskości? Cokolwiek by to nie było, obudziło w niej echo złości – choć zdrowy rozsądek podpowiadał, że miał prawo przeżywać podobne emocje w taki sposób, w jaki pragnął to robić, coś kazało poczuć jej... cóż, urazę. Burzowy idiotyzm! Jeszcze bardziej zła była na samą siebie.
– Może być i teraz – westchnęła, z trudem opanowując własne emocje i...
Nadzieję?
O bogowie, co to niby było? Aż musiała się na chwilę zatrzymać. Czy ona naprawdę w tamtej chwili, widząc go w tak trudnej sytuacji, myślała skrycie o tym, że... och, przejrzy na oczy i jakoś spożytkuje wdzięczność, którą musiał odczuć, gdy z takim spokojem i zrozumieniem go wysłuchała? Podobno nie istnieje coś takiego, jak złe emocje, miała jednak ogromną ochotę, by dać sobie w twarz. Khrimme zawarczała jej gardłowo nad głową, lecz odgoniła się od niej gwałtownym gestem, na chwilę przymykając oczy.
Czego ty chcesz, głupiutka dziewczyno?, spytała bezradnie w myślach. Ogień znów palił ją w żyłach...
Zaczął to robić, ledwie zgasł magiczny płomień, podtrzymywany przez Kriggsa.
– Jakiś problem? – Zabrzmiał na wyjątkowo zniecierpliwionego, aż dreszcz przeszedł ją całą.
– Z tym Mgielnym Ostrzem jest coś nie tak – warknęła przez zaciśnięte zęby. Ruszyła za nim, z przyjemnością zauważając, że podjął marsz o wiele wolniejszym tempem. Minęli podtrzymujące sklepienie kariatydy i kryjące się za nim portalowe przejście.
– Masz na myśli twoje Mgielne Ostrze? – dopytał pozornie bez śladu zainteresowania, wskazując jej szeroką klatkę schodową. Marmurowe stopnie miały taki kształt, że obie smoczyce pokonały je bez specjalnego trudu, skacząc między półpiętrami. – Wiemy to nie od dziś. Cała kompania Mglistych łamie sobie nad tym głowę, przetrząsają księgi w poszukiwaniu wzmianek, ale jak na razie nikt nie znalazł niczego ciekawego. A ja nie miałem na to specjalnie czasu.
– Nie o to chodzi. – Postarała się ukryć zdumienie, gdy jakimś tajemniczym sposobem znaleźli się nagle w głównym holu zamku. Obserwowała bezradnie, jak czterech strażników przy ogromnych wrotach zasalutowało Kriggsowi, i drepcząc za nim, wysunęła się na ożywcze świeże powietrze, ledwie szpara pomiędzy skrzydłami pozwoliła na to, by zmieściły się w niej dwa smoki.
Dniało. Nie przypuszczała, że spędziła w zamkowym labiryncie tak wiele czasu, a tu proszę – szarość budzącego się poranka dawno już przegnała nocny mrok i zaatakowała zmysły nieprzyjemnym poczuciem niepokoju, jakie przynieść może jedynie przespanie tej pory, w której „jutro” przemieniało się nieodwołalnie w „dziś”. W coraz silniejszym świetle przyjrzała się łuskom Igri i dopiero teraz doceniła w pełni jej piękno. Smoczyca otrząsnęła się pod jej wzrokiem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakie wrażenie budzi, i rozłożyła skrzydła na całą niemałą szerokość, prezentując z dumą owalne plamy zdobiące mocną błonę. Musiała być młoda, nie mogła mieć więcej niż pięć lat, lecz widać było wyraźnie rysujące się pod łuskami mięśnie bestii po szkoleniu bojowym.
– Skąd ona się wzięła? – spytała wilkokrwista, nie zdoławszy się zmusić do cierpliwości w oczekiwaniu na kontynuację tematu Mgielnych Ostrzy.
– Wiesz już, że mamy wojnę. – Kriggs gestem pogonił ją, aby ruszyła w stronę wyjścia z dziecińca. – Jej Jeździec był jej pierwszą poważną ofiarą.
– A ty ją... zaadoptowałeś? – Nie wiedziała, dlaczego ta myśl ją tak śmieszyła.
– Nie do końca. – Dogoniła mężczyznę na tyle, by zauważyć grymas na jego twarzy. – Uratowałem ją, bo ktoś rzucił na nią przedziwne zaklęcie. A potem ona zaadoptowała mnie. Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, czy nie ma to związku z twoim znaleziskiem.
– I znowu mówisz zagadkami – wytknęła ze zniecierpliwieniem.
– Nic z tych rzeczy. – Spojrzenie dzikiego szarego oka z powodzeniem powstrzymało ją od dalszych złośliwości. – Wiesz, gdzie teraz byłem, wilcza dziewczynko. Ale nie przypuszczasz, co tam widziałem.
Milczała przez cały czas, jakiego potrzebował, aby opowiedzieć jej o okaleczonym smoku, Dzikich i tym, co widziały. Nie poczuła się wcale zdziwiona, gdy wspomniał o słowie „Instytut”, powtarzanym przez smoczycę, która nie powinna znać ludzkich słów, i słownej zagadce, którą wyłapał Zarroth. Nie wiedziała, co mogła na to odpowiedzieć, i dopiero po paru chwilach zorientowała się, że zaciska pięści aż do bólu, zostawiając na miękkim wnętrzu dłoni czerwone półksiężyce odciśniętych paznokci. Zabolało, gdy rozkurczyła palce, a krew napłynęła w naruszone miejsca. Khrimme zasyczała wojowniczo nad jej głową – szła tak blisko, że bez trudu mogła przez cały czas trzymać dłoń na jej kolczastym łbie, czerpiąc siłę i pociechę z bijącego spomiędzy czarnych łusek gorąca.
Ulice Myllhaven wiły się bajkową mozaiką, błyskawicznie zapełniając się ludźmi. Jaskrawe kolory kamienic mieniły się w oczach, tworząc oszałamiającą mieszankę, dezorientującą każdego, kto nie skupiał się na niej należycie, nie trzeba więc było wiele czasu, aby zawirowało jej w głowie. Z wyślizganego bruku uprzątnięto już ślady przejścia Czarnej Burzy, lecz nadal tu i tam widziała zerwane dachy, znaczące budynki głębokie bruzdy czy ślady po wyrwanych brutalnie burzowych okiennicach. Spora część okien ziała niegościnną czernią lub bielą świeżej skóry, zasłaniającej wybite w szkle otwory. Próbowała nie rozglądać się zbyt natrętnie i strofowała się za każdym razem, gdy wygrywała ciekawość. Ludzie przyglądali jej się sceptycznie, milkły rozmowy, gdy mijali w pośpiechu gromadzące się w cieple porannego słońca grupki. Każdy głupi rozpoznałby tę dziwną kobietę, która przemieniała się w wilka – a nawet jeśli nie, to twarz zwierzchnika wojsk Ragharranu musiała przebudzić wciąż uśpione szare komórki, skuteczniej nawet niż obecność podążających za nimi dwóch smoków: młodej Dzikiej i dorosłej zielonej bestii, z trudem mieszczącej się w wąskich uliczkach i muszącej tulić skrzydła do boków, aby nie drapać nimi kunsztownie zdobionych elewacji.
– Nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że taka sprawa może się łączyć z Akademią Jeźdźców Smoków – wyznała, gdy zatrzymali się u wylotu wąskiej uliczki, w miejscu, gdzie tylko kilka kamiennych schodów dzieliło ich od jednej z głównych alei stolicy.
– Ja też nie. – Mężczyzna w pozornym skupieniu śledził przechodzący poniżej pochód.
Przebrani w łachmany duchowni ze świątyni Marthrama zaanektowali całą szerokość ulicy. Starcy o długich, siwych brodach i plamach wątrobowych, znaczących gęstą siecią pomarszczoną skórę, tańczyli w szaleńczej radości do powolnej melodii. Kręcili się w kółko, klaskali, kilku pomagało sobie dłońmi, dyrygując leniwy rytm. Krótkie rogi, skowyczące niemal fałszywie i przeszywająco, wgryzały się w tumult czyniony przez grzechotki z ludzkich i zwierzęcych kości, a zawodzący głos głównego kapłana wykrzykiwał na wpół melodyjnie, przeciągając zgłoski niczym pijak:
– Największy, najpotężniejszy! Sny sprzedajmy, sny i wróżby, dla każdego! Sny, obrazy, marzenia – Marthram najpotężniejszy, Marthram największy!
Święto snu teraz? Lhynne w lęku policzyła dni, posiłkując się palcami, jak małe dziecko. Bogowie, być może naprawdę wypadało to już dzisiaj? Jak to możliwe, że przegapiła święto, na które czekała przez cały rok? Ignorując obserwującego ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy Kriggsa, zbiegła po kamiennych schodkach i zatrzymała się na samej krawędzi pochodu.
– Sny, panienko! Sprzedajemy sny! – Najbliższy starzec od razu się nią zainteresował. Wyrwał się z tańca i podszedł bliżej, błyskając różowymi, bezzębnymi dziąsłami w szerokim uśmiechu. Rozpromienił się dodatkowo, napotkawszy na jej oczarowane spojrzenie – zaśmiał się radośnie, jak małe dziecko, i sięgnął do płóciennej sakwy u pasa. Na płaskiej dłoni wyciągnął w jej stronę garść maleńkich szklanych kulek, opalizujących niczym bańki mydlane. – Zechce panienka kupić sen? Ku chwale Marthrama, pana snów!
– Oczywiście, że chcę! – Zgodnie z tradycją, nakryła sękatą, starczą dłoń własną, mocną i bladą. Silny uścisk wybrzuszył się brzemieniem kulek, powietrze wokół palców zaiskrzyło nieco.
– A więc kupuj! Kup sen, dziewczę, sprzedając sen! – Starzec pozwolił, aby wylosowała sześć spośród kulek. – Jeszcze nikt nie wziął dzisiaj aż tyle – dorzucił, już zwyczajnym tonem.
– Zawsze biorę sześć. – Zważyła kryształki, rozkoszując się bijącym od nich nierzeczywistym chłodem. – To szczęśliwa liczba, czyż nie?
– Ku chwale Marthrama! – zakrzyknął kapłan ostatni raz i dał się pochłonąć przechodzącej paradzie, dołączając do zawodzącego śpiewu. Dudnienie wielkiego bębna wprawiało szyby okien pobliskich kamienic w drżenie, niczym uderzenia ogromnego serca.
A podobno nie jesteś religijna, wytknęła kolejny raz Khrimme.
– Na co ci to? – spytał jednocześnie Kriggs, wpatrując się w jej dłonie z zaskoczeniem i z trudem hamowaną wesołością jednocześnie.
– Zawsze kupuję sny – odparła identycznym tonem, jakim zbyła konstatację kapłana. Nie czekając dłużej, ostrożnie chwyciła w palce pierwszą kulkę i uniosła ją do lewego oka.
Feeria rozkosznych barw rozbłysła, wykwitając na języku kwaśno-słodkim posmakiem. Cztery okazałe księżyce przesunęły się po nocnym niebie, ciągnąc za sobą brzask budzącego się dnia i ogonek wirujących radośnie różnokolorowych słońc. Ktoś śpiewał wysokim, pięknym tonem, niezbyt dobrze wpasowując się w wygrywaną na wiolonczeli melodię. Ceglany szkielet ogromnej fabrycznej hali lśnił kryształowym blaskiem szczątków okien i wabił zapachem stęchlizny i świeżego mchu, ożywczym i dławiącym jednocześnie...
– Chcesz spróbować? – Uśmiechnęła się do generała i wyciągnęła w jego stronę kulkę.
– Sny ogłupiają – warknął opryskliwie, szczerząc zęby w na wpół wilczym grymasie... lecz przyjął przedmiot i chwilę obracał go w palcach, nim naśladując jej gest, uniósł go do oka. Z niejaką satysfakcją wsłuchała się w jego przyspieszony oddech. Prawie mogła wyłapać w ogólnej kakofonii trzeszczenie ścięgien, gdy napiął mięśnie.
– Może i ogłupiają – powiedziała beztrosko, przyjmując kulkę z powrotem i troskliwie odkładając ją do zapinanej kieszeni – ale są piękne. Zbieram je od małego. Gdy miałam kilkanaście lat, potrafiłam wydać na nie wszystkie pieniądze i potem przez kilka kolejnych miesięcy żyć jedynie z polowań. Nie było to przyjemne, ale... przynajmniej miałam co oglądać. W pobliżu mojej rodzinnej miejscowości za sny płaciło się monetami, na całe szczęście szybko tego zakazano.
Chciał coś powiedzieć? Na pewno, przecież nie mógłby sobie darować pouczającego kazania. Mężczyźni nie umieli po prostu słuchać, zawsze musieli mieć gotową odpowiedź... Nawet jeśli coś cisnęło mu się na usta, zignorowała go, unosząc do oka kolejną kulkę.
Słodkawy zapach kwiatów i psującego się mięsa zakręcił w nosie. Różowe niebo zwieszało się nisko nad złocistym potokiem, wiatr szarpał niekończącymi się polami kwiatów, jak palce błądzące w gęstych włosach, lecz zupełnie czarne gałązki pozbawionych listowia krzewów pozostały nieruchome. Kobieta w przemoczonej sukni, kobieta o zielonkawej skórze i włosach z soczystego mchu, leniwie obróciła się na drugi bok, osłaniając oczy od czerwonego słońca gwieździstą dłonią...
– Mam ich już ponad trzysta – przyznała. Po chwili namysłu wrzuciła wszystkie pozostałe kulki do kieszeni. – Kupuję je co roku. Wybacz, ale obojętnie, co się dzieje na świecie – jaka katastrofa by nas nie czekała – sny kupować będę zawsze.
– Nigdy nie rozumiałem, dlaczego nazywa się to kupnem – burknął jakimś podejrzanie obrażonym tonem. – W Myllhaven od wieków są darmowe.
– W chwili, gdy je biorę, kapłan nasyca moimi snami kolejne kulki w kieszeni – wyjaśniła tonem, jakim tłumaczyć mogłaby działanie świata małemu i wyjątkowo głupiemu dziecku. – Nie pytaj mnie o więcej, drążenie tylko odziera wszystko z magii...
Czy ja też mogłabym spróbować? Zwiesił się nad nią łeb Khrimme, czerwone ślepia pałały...
Lecz większe zaskoczenie stanowił fakt, że tuż obok torowała sobie drogę nosem Igri, jeszcze przed chwilą tak nieśmiała, że nie sposób było nawiązać z nią kontakt wzrokowy.
– Smoki nie umieją uruchomić tej magii... – powiedziała niepewnie.
– Więc aktywuj ją ty. – Kriggs wyciągnął delikatnie dłoń, sięgnęła więc ponownie po jedną z kulek i podała mu ją sceptycznie. Mężczyzna, choć tak pogardliwie podchodzący do jej rozrywek, z cierpliwością troskliwego ojca uniósł maleńką kulkę do wielkiego oka Igri i czekał, aż skończy się wizja, rozszerzająca wrzecionowate źrenice w wielkie okręgi. Smoczyca parsknęła podekscytowana i wcisnęła mu nos w ręce, domagając się więcej, gdy oddał Lhynne niepozorny przedmiot.
Niezwykłe... Nie umiała nie uśmiechać się na ten widok. Jak to możliwe, że ogromne bestie o ognistym oddechu budziły w niej czułość równą tej, jaka opanowywała ją na widok maleńkiego kotka?
Cóż, być może smoki były o wiele bardziej podobne do kotów, niż same chciały to przyznać. Podczas gdy ogromna większość zwierząt bała się wilkokrwistych, koty zawsze lgnęły do nich, ciekawie nadstawiając uszu, prężąc mięciutkie grzbieciki i wyginając zadarte ogony w podekscytowane pytajniki. Podobnie smoki – kobieta już jakiś czas temu zauważyła, że wszystkie pisklaki z Akademii łaknęły jej bliskości, a jak na razie żaden dorosły smok, oprócz Scheiry króla Erghona, nie okazał jej jawnej wrogości.
– Co mówiłaś o Mgielnych Ostrzach?
Z trudem wybudziła się z zamyślenia, zaskoczona, że Kriggs może po takim czasie domagać się podjęcia tematu. Pewna była, że uznał go za mało interesujący, dlatego tak szybko pozwolił, aby utonął w potoku innych spraw...
– Mówiłam, że... – Urwała. Sama już nie wiedziała, co takiego chciała powiedzieć... Och, czy może taki właśnie był jego cel – stworzyć pozory zainteresowania jej problemami, ale w taki sposób, by sama nie chciała ich drążyć? Jeśli tak, to niedoczekanie jego... – Właściwie to nie o samo Ostrze chodzi. Wczorajszej nocy stało się coś... dziwnego.
– Oprócz najsilniejszej Czarnej Burzy, jaką pamiętam? – Poczekał, aż miną ich tyły pochodu, i podjął drogę w stronę jej domku.
Stare smoki też mówiły, że ta burza była dziwnie silna, szepnęła Khrimme.
– Nie wiem. Może miało to jakiś związek, ale... – Potrząsnęła głową i zaklęła pod nosem. Dlaczego tak ciężko się jej myślało? Pewnie, nie spała już od ładnych trzydziestu godzin, ale przecież niejednokrotnie w przeszłości jej się to zdarzało. – Obudziłam się z koszmaru. I coś kazało mi... lgnąć do ognia, jakkolwiek do brzmi. Zapaliłam wszystkie świece w domu, ignorując świetlne kule, i gapiłam się w nie, aż do nastania świtu. Od tego czasu niemal ciągle piecze mnie skóra, jakbym miała gorączkę. Ciągle myślę o ogniu. Hipnotyzuje mnie bardziej niż zwykle. Czy to może mieć jakiś związek z tym, że moje Mgielne Ostrze ukazuje się w ogniu, nie w mgle? – Już gdy pytała, wiedziała doskonale, że nie wierzy w tę teorię.
Prawie wpadła na plecy generała, gdy ten zatrzymał się gwałtownie. Któraś ze smoczyc zawarczała za nią głęboko, lecz nie umiała rozpoznać, która – prawdopodobnie obie były równie oburzone.
– To brzmi jak budzący się Aspekt Ognia. – Miała wrażenie, że po przecinającej twarz mężczyzny bliźnie przeskoczyło kilka iskier... lecz prawdopodobnie była to jedynie gra światła i zmęczonego umysłu.
Wiedziałam!, zakrzyknęła triumfalnie Khrimme.
– Niemożliwe – westchnęła. – Wilkokrwiści nie umieją posługiwać się Aspektami. Ani żadną inną magią, prócz tej wymaganej do zmiany postaci czy aktywacji świetlnych kul.
– Wiem o tym – warknął mało sympatycznie. Myślami musiał błądzić gdzieś daleko, dłonią wykonał taki gest, jakby planował znowu Przywołać Ostrze.
– Z drugiej strony nigdy nie było wilkokrwistego, który związałby się ze smokiem – podsunęła nieśmiało. – Ani wilkokrwistej kobiety, która zmieniałaby postać...
– Zakaz zmieniania się w wilki wśród wilkokrwistych kobiet jest stosunkowo świeży – przerwał jej szybko. – Ma niecałe czterysta lat. Bogowie, jak wiele swojej historii znasz, dziecko? – Zlitował się, widząc jej zagubienie.
– Całkiem sporo – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Miała ochotę rzucić mu się do gardła za to „dziecko” – przed oczami nieproszone zamajaczyło wspomnienie, jak skoczyła na niego i zatopiła kły w potężnym barku...
To było tak niedawno, a miała wrażenie, jakby minęły całe lata!
– Ale tego faktu widocznie nie znałaś. – Nie wyglądał, jakby przejął się szalejącą w niej burzą. – Kiedyś to wilkokrwiste kobiety przemieniały się w wilki, podczas gdy ich mężczyźni opiekowali się wioską, polowali i dbali o domostwa. Nie pamiętam nazwiska tego, który zapoczątkował rewolucję, lecz jej skutki widzisz do dzisiaj. – Wzruszył ramionami z taką miną, jakby ją przepraszał, i dodał znacznie cichszym tonem: – Vrarghr Lemarr próbował przywrócić dawny porządek, lecz w tej jednej kwestii mu się nie udało. Być może dlatego, że wilkokrwiści nigdy nie uważali się za część jakiegokolwiek państwa.
– Przecież... – Zakrztusiła się własnymi słowami. – Czterysta lat to nie tak znowu dużo, przecież ktoś musiałby pamiętać, że...
– A jak wiele było wśród wilkokrwistych nieśmiertelnych czy długowiecznych? – Nieco krzaczasta brew uniosła się sarkastycznie w górę. – Ilu było wilkorwistych z Mgielnymi Ostrzami lub smokami?
Skrzywiła się boleśnie.
– Jestem pierwsza pod wieloma względami.
– Właśnie. Kroniki można zmodyfikować, gdy nie żyją ich autorzy. Tak naprawdę nie możemy wiedzieć, jak ta kombinacja na ciebie podziała. Choć... – Zamyślił się na chwilę. Gestem wskazał jej uliczkę, w którą nigdy by sama nie skręciła, obawiając się panującego w niej mroku, lecz teraz podreptała za nim posłusznie. Smoczyce zaburczały jednocześnie z oburzeniem, lecz równie dobrze jak Kriggs wiedziała, że jeśli nie zmieszczą się za nimi w zaułek, resztę drogi z łatwością pokonają na własnych skrzydłach.
– Choć co? – syknęła, z trudem doganiając wysokiego wojownika.
– Według tego, co wiem, geny wilkokrwistych zawsze są dominujące.
– Z moją wiedzą również się to zgadza. – Wzdrygnęła się na wspomnienie dwubarwnych oczu w pociągłej twarzy biednej dziewczyny... Nie dały się przegnać, gdy już tak wyraźnie rozbłysły w pamięci. – A przynajmniej jeśli mowa o kobietach.
Obejrzał się na nią z czymś na kształt uznania.
– Być może będziesz jeszcze Jeźdźczynią z Aspektem. Zupełnie zwyczajną... – Prawie zanucił te słowa. – Ach! No tak. Przecież to Aspekt Ognia, wilcza dziewczynko.
– Kurwa mać! – wyrwało się Lhynne. – Czy ja naprawdę nie mogę być normalna w choć jednej kwestii?
– Normalność jest żałosna. – Prychnął pogardliwie. Wyciągnął z kieszeni ozdobną, srebrną papierośnicę, lecz mruknął niewyraźnie, gdy otworzywszy ją, napotkał zupełną pustkę. Aż znowu zrobiło się jej go szkoda. – Mam nadzieję, że wiesz, co musisz zrobić.
– To chyba dziecinnie proste – westchnęła z rezygnacją. Skręcili już w opadającą stromo w dół, kamienną uliczkę, przy której znajdował się jej dom. – Nie mogę nic nikomu powiedzieć. Jak zwykle.
– Lecz skąd ta gorycz? – Naprawdę nie spodziewała się, że pośle jej tak szeroki uśmiech. – Aspekt Ognia jest... niezwykły. Powinnaś czuć się... jeszcze bardziej wyjątkowo.
– Mam dosyć tej wyjątkowości! – ucięła gwałtownie, unosząc dłonie do uszu w takim geście, jakby zamierzała je dziecinnie zatkać. – Aspekt Ognia jest zakazany od... Od kiedy właściwie?
– Odkąd Vrarghr Lemarr zaczął się nim zbyt ostentacyjnie posługiwać. – Przepraszająco rozłożył ramiona, a ona zgrzytnęła zębami.
Pewność siebie – i podejrzanie mściwa satysfakcja – powróciły dopiero wtedy, gdy otworzyła przed generałem drzwi swojego domku i wpuściła go do środka, gdzie mógł zamrzeć w centralnym punkcie, oniemiałym spojrzeniem obrzucając dziesiątki wygaszonych świec, ustawionych wokół stołu i komody.
– Wspominałam o tym – rzuciła beztrosko, za nic mając czające się w jego oczach pytania, i szybko wyłuskała z biblioteczki odpowiednią książkę. – Właśnie to paskudztwo znalazłam na ostatnim piętrze Akademii. Jest identyczne jak obliczenia, które widziałam w Instytucie.
Kriggs przyjął od niej książkę i przerzucił szybko kilka stron. Głębokie bruzdy na czole znamionowały jasno zamyślenie, w czarnej tęczówce błyskało coś niepokojąco...
Co to było? Z trudem opanowała dreszcz. Skóra wciąż ją paliła, lecz jednocześnie miała wrażenie, że tak potwornie zimno jej od środka...
Ten twój sen? To zabrzmiało jak pytanie. Czerwone oko Khrimme zezowało z ulicy do środka domku, w którym jeszcze ledwie kilka dni temu była w stanie się zmieścić.
No właśnie, ten sen... Z jakiegoś powodu Lhynne pragnęła natychmiast opowiedzieć generałowi wszystko o pojawiającym się w jej myślach smoku, ale jednocześnie coś jej mówiło, że... nie jest gotowa? Być może. Przedziwna blokada związała gardło w ciasny supeł i uniemożliwiła przepchnięcie przez nie potrzebnych słów. Czuła, że będzie musiała prędzej czy później wszystko wyznać, ale... bogowie, może to tylko sen? Zwyczajny sen, który kapłan Marthra mógł jakiś czas temu zakląć w szklaną kulkę, mającą śmiertelnie przestraszyć jej nabywcę?
Wierzysz w to? Dzika parsknęła, błyskając kłami. Powinnaś natychmiast z nim o tym porozmawiać!
Oczywiście, że tak. Ale nie umiała.
– Mogę to wziąć? – Generał krótko wskazał książkę. – Mam audiencję u Jego Wysokości za niecałe dwie godziny. Domyślam się, że chętnie by to zobaczył.
– Pewnie. – Zezwoliła łaskawym gestem.
Chyba liczyła na to... że weźmie ją na tą audiencję ze sobą. Dlaczego? Obojętnie, jak wysoka byłaby pozycja Mglistych Rycerzy, mało który z nich zabierany był na oficjalne widzenia króla, gdy nie zaistniała po temu wyraźna potrzeba.
– Mam nadzieję, że pójdzie ze mną. – Kriggs, wychodząc, krótko wskazał na Igri. – Jeśli nie... to nie obwiniaj mnie. Nie rozmawia ze mną. I robi zasadniczo to, co chce.
– Jeśli tylko ma taką ochotę, może tu siedzieć choćby i całymi dniami. – Lhynne wzruszyła ramionami, spoglądając na Igri. Ułożyła się w pozycji kociego bochenka, zajmując całą szerokość ulicy, i obserwowała ich z nieodgadnionym wyrazem, poruszając końcówką ogona. Dzień był na tyle ciepły, że wilkokrwista spokojnie mogła pozostawić drzwi otwarte na oścież, by mieć na oku obie smoczyce.
– Wiesz w razie czego, gdzie mnie znaleźć – rzuciła jeszcze za odchodzącym generałem.
Mężczyzna machnął ręką na pożegnanie, nie odwracając się nawet w jej stronę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz