Lhynne jak oczarowana wpatrywała się w wirujące wokół barwy, nie mogąc uwierzyć, że wcale nie są okruchem snu.
Młode smoki warczały na siebie i prychały ogniem. Zdenerwowane, nabuzowane energią, co chwilę rozkładały błoniaste skrzydła i machały nimi niecierpliwie, wzbijając tumany miękkiego piasku, którym wysypano ziemię, jakby chciały pogonić zgromadzonych ludzi – no dalej! Błękitne niebo czeka! Łuski lśniły w przyjemnie ciepłym słońcu jak miliony oszlifowanych szlachetnych kamieni, kocie ślepia błyskały emocjami, powietrze drżało zauważalnie w pobliżu gadzich gardeł, rozświetlonych blaskiem gotujących się w nich płomieni. Mężczyźni w długich płaszczach, impregnowanych niepalnym woskiem, kręcili się pomiędzy młodymi bestiami, ze spokojem znamionującym spore doświadczenie sięgając do umykających ich dłoniom kolczastych łbów, zdejmując wymiary z gorących szyj i karków, dociskając popręgi ciężkich szkoleniowych siodeł. Tuż obok uczniowie drugiego roku przymierzali ochronne uprzęże, śmiejąc się i popychając nawzajem, jakby czekała ich właśnie najlepsza zabawa, a nie pierwszy raz ładnych kilkadziesiąt metrów nad bezpieczną ziemią.
– Bogowie, co ja tutaj robię? – wymamrotała wilkokrwista, cofając się na dwa kroki, gdy jeden ze smoków, zirytowany niezbyt delikatnym pomiarem za pomocą skórzanego paska, odwrócił się z prędkością wyskakującej z paleniska iskry i plunął ogniem w stajennego. Starszy mężczyzna jak gdyby nigdy nic, ruchem wręcz leniwym uniósł ramieniem połę płaszcza i osłonił się przed śmiercionośnym żarem, z taką łatwością, jakby nigdy w swym życiu nie przyszło mu robić nic prostszego. Ktoś z gromadki uczniów roześmiał się głośno, na co aż podskoczyła i pokryła się szkarłatnym rumieńcem, wściekła na siebie.
– Jedynie obserwujesz. – Rhienne Bhardo łypała na nią kątem oka, a na jej ustach błąkał się źle maskowany zalążek szczerego uśmiechu.
Dobrze wiedzieć, że przynajmniej dla kogoś jestem zabawna, tyle ze mnie pożytku, parsknęła. Myśl o sięgnięciu po Mgielne Ostrze nie opuszczała jej ani na chwilę, kusząc perspektywą odegnania buzujących emocji...
Musiała pamiętać, że to jedynie złudzenie. Według słów specjalistów, z przedziwnym mieczem w dłoni miałaby jeszcze większe szanse, by całkowicie tu oszaleć.
– Obserwuję – powtórzyła ostrożnie, długo obracając to słowo na języku. – Drugorocznych studentów, którzy dzisiaj mają pierwszy raz wzbić się w powietrze.
– Dokładnie. – Rektora uśmiechała się coraz szerzej, lecz oprócz tego nie dawała po sobie poznać cienia emocji, stojąc swobodnie z rękoma założonymi za plecami i wzrokiem skierowanym w stronę niecierpliwiących się smoków.
– Tylko że... dlaczego mam ich obserwować, podczas gdy moja grupa zajmuje się właśnie słuchaniem ważnego wykładu ze smoczej anatomii, z którego to ja również będę zdawać burzowo trudny egzamin? – spytała wreszcie, zdobywszy się na odwagę. Nie zdołała powstrzymać sarkazmu, jak zawsze kryjąc za nim zdenerwowanie, wprawiające całe ciało w upokarzające drżenie.
– Jeszcze się nie domyśliłaś, moja kochana? – Rhienne szczerzyła się już zupełnie jawnie, ukazując białe zęby. Jej głos również zabarwił się złośliwością – nieco matczyną, z pewnością życzliwą, Lhynne jednak nie umiała nic poradzić na to, że zjeżyła się odruchowo.
– Chyba coś mi świta, ale nie jestem pewna, czy... – Udławiła się swoimi słowami, gdy jeden ze smoków, średniej wielkości samiec o jasnopomarańczowych łuskach, kłapnął zębami na inną bestię, która nieopatrznie potrąciła go skrzydłem. Gdyby nieco mniejsze zwierzę się nie uchyliło, ostre kły prawdopodobnie wbiłyby się w jego bok. Dwóch stajennych krzyknęło jednocześnie i doskoczyło do warczących na siebie smoków, pojednawczo unosząc dłonie, podczas gdy uczniowie obejrzeli się na zamieszanie z czystą ciekawością, niepodszytą choćby gramem oczywistego strachu.
Nigdy bym się nie skuliła, gdybym tam była!, zagrzmiała Khrimme, spomiędzy wyszczerzonych wściekle kłów wypuszczając snop różnobarwnych iskier. Łuski na podgardlu rozświetliły jej się blaskiem z trudem tłumionego ognia, szalejącego już zresztą w czerwonych ślepiach. Ta smoczyca zupełnie nie ma godności!
Khrimme... Lhynne nie zdążyła dokończyć, bo Dzika omal nie zmiażdżyła jej spojrzeniem ciężkim od furii.
Nie udawaj nawet, że nie chcesz przyznać mi racji!, żachnęła się. Z nozdrzy buchał jej dym. Samce nie mają prawa nawet spoglądać na nas w podobny sposób. Zaprzecz tylko, dziewczyno, która to podobno wprosiła się na lekcje szermierki jako jedyna kobieta w mieście i odmówiła opuszczenia budynku koszar, dopóki jej nie przyjęli.
Tu ją miała. Wilkokrwista skrzywiła się, w duchu uznając się za hipokrytkę. Nie zmienia to jednak faktu, że samiec jest większy.
Ode mnie również. I cóż z tego?
Większy...
Lhynne miała wrażenie, że serce jej na moment skamieniało. Mięśnie zmroził tak lodowaty chłód, że wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby spojrzawszy po własnych odsłoniętych przedramionach, ujrzała na nich koronkowy nalot szronu.
Większy. Owszem. Ta kuląca się smoczyca również była od Khrimme większa... lecz o ile, dwa łokcie? Jak na smoka, było to tyle, co nic.
– O nie! – wydusiła. – Nie, nie ma nawet takiej opcji!
Rhienne spojrzała na nią z błyskiem w źrenicach.
– Och, czyżbyś wreszcie się domyśliła?
– Nie! To znaczy tak, ale... – Wilkokrwista bezradnie złapała się za głowę. – Ale przecież te smoki mają jakieś półtora roku! A Khrimme trzy miesiące!
– Owszem, wykluła się trzy miesiące temu. Lecz sama przyznasz, że okazała się mieć w sobie tyle krwi Dzikich, by wyrosnąć wcale nie gorzej, niż zwyczajne smoki drugorocznych. – Rhienne położyła Lhynne dłoń na ramieniu, zanim młoda kobieta padła w miękki piach lub odwróciła się na pięcie, by czym prędzej uciec. – Dzisiaj będziecie jedynie obserwować. Ale prawdopodobnie za tydzień spotkamy się na pewnej specyficznej indywidualnej lekcji, po której dołączysz do tej grupy.
– Za tydzień – powtórzyła Lhynne takim tonem, jakby właśnie upewniała się, czy aby dobrze usłyszała odczytywany przez swojego kata wyrok.
– Jeśli Khrimme utrzyma tempo wzrostu, tyle wystarczy, aby mogła wzbić się w niebo z tobą w siodle. Teoretycznie powinno się czekać, aż łeb smoka dorówna długością wzrostowi jeźdźca, dopiero wtedy wierzchowiec nie odczuje dotkliwie dodatkowej masy na karku, lecz... – Zmierzyła uważnie podopieczną od stóp do czubka głowy. – Nie chcę być złośliwa, moje dziecko, bo dobrze wiem, jak podobne konstatacje potrafią ubliżyć wojowniczce, lecz obie dobrze wiemy, że nie jesteś szczególnie rosła.
Wilkokrwista zgrzytnęła zębami, sama nie wiedząc, co budziło w niej najgorętsze emocje. Nikczemny wzrost? Czy może fakt, że ledwie kilka dni dzieli ją od chwili, w której ta cudownie bezpieczna ziemia pozostanie daleko w dole...?
– Dzisiaj tylko obserwuj. – Rzeczywiście, bogowie, gdyby rektora Akademii nie trzymała jej za ramię, właśnie z bardzo bliska oceniałaby wilgotność piasku. – Podejdź do grupy. Zobacz, co robią. Przymierz uprząż, jeśli znajdziesz jakąś bez właściciela. Poproś kogoś o pomoc, jeśli zobaczysz, że radzi sobie dobrze i nie ma innych zajęć. Popatrz na smoki, popatrz na to, jak pomocnicy mocują im na karkach siodła i jak uczniowie w nich siadają. Prawdopodobnie dziś nikt nie będzie jeszcze latał, lecz... masz i tak szansę ujrzenia paru dodatkowych atrakcji. – Majora puściła jej szelmowskie oczko i odeszła.
Zanim Lhynne zdążyła się otrząsnąć na tyle, by zdołać wydobyć z siebie głos i zawołać mentorkę, ta zniknęła w cieniu wznoszącej się daleko za ich plecami Akademii. Chwilę odprowadzała wzrokiem jej malejący cień w eleganckim mundurze z wyszytymi złotą nicią dystynkcjami na pagonach, nim zawstydzająco głośno przełknęła nieprzyjemnie gęstą ślinę i zmusiła się do tego, aby ponownie skoncentrować uwagę na roześmianych uczniach.
Oni nie sprawiali wrażenia, jakby się bali, prawda? Ekscytowali się, cieszyli tym, co miało nadejść... więc dlaczego ona miałaby odczuwać lęk, od którego dosłownie miękły jej kolana?
Ach, na burze, prawdopodobnie dlatego, że mdłości i zawroty głowy opanowywały ją nawet wtedy, gdy stawała na krześle, aby dosięgnąć coś z górnej półki domowej biblioteczki! Ładny rok minął, nim w ragharrańskiej bibliotece zdołała się przemóc na tyle, by wejść na jedną z sięgających szczytu regałów drabin, a i tak nigdy nie przyzwyczaiła się do nich na tyle, by sięgnąć półek dwiema dłońmi naraz. Jedną z rąk zawsze musiała mieć opartą na bezpiecznie stabilnym drewnie, i to aż do granic bólu, aż do drżenia skamlących z wysiłku mięśni.
Wilki nie zostały stworzone do tego, by oddalać się od ziemi na odległość większą niż ta podczas niewysilonego skoku.
Dasz radę. Khrimme trąciła ją zachęcająco nosem, owiewając gorącym oddechem. Przecież cię nie zrzucę.
Wiem, ale... Lhynne ze złością zacisnęła zęby. To takie... żałosne.
Jeśli dobrze rozumiem twoje myśli, to nie wydaje mi się, by na lęk wysokości cierpieli jedynie nieliczni i by był on powodem, z którego można się z człowieka wyśmiewać, czyż nie?
Ze zwyczajnego człowieka może i nie, ale jak wyobrażasz sobie jeźdźca smoka z lękiem wysokości?
Nie muszę sobie wyobrażać, skoro mam ciebie przed sobą. Zaśmiała się po smoczemu.
Żart tylko odrobinę zdołał rozładować napięcie. Lhynne zacisnęła dłonie w pięści i wzięła głęboki oddech... Gdzież podziała się ta nieustraszona dziewczynka, którą była kiedyś?
Dziesięcioletnia Lhynne nie lękała się niczego. Biegała po drzewach lepiej niż wszyscy chłopcy z plemienia razem wzięci... i mało tego, że po nich biegała – najważniejsze było to, co wyobrażała sobie w takich chwilach!
Konary były smokami. Potężnymi smoczymi cielskami o długich, śmiertelnie groźnych rogach, za którymi ustawiała się wygodnie z lekko podkurczonymi nogami, dokładnie tak, jak ułożyłaby się w siodle jeźdźca – tak, jak widziała to na barwnych kartach tysięcy książek, wśród których dorastała. Owijała potężną gałąź mocnym sznurkiem na kształt uzdy, a następnie siadała w tym wyimaginowanym siodle i ściskała wyimaginowane wodze, wyobrażając sobie, jak mknie przez wilgotne przestworza, obserwując z góry rozkosznie maleńki świat. Wyobrażała sobie ciężar miecza, zarówno w pochwie u boku, jak i w zaciśniętej dłoni – jak by to było, wznieść się wysoko, zawisnąć w powietrzu w doskonałej równowadze, okupionej biciem potężnych skrzydeł, a następnie unieść ciężki miecz w geście, na który zareagowałyby tłumy zgromadzonych poniżej wojowników, czekających na jej rozkaz...?
Tak, Lhynne od najmłodszych lat marzyła o jeźdźcach smoków. Pokochała ogromne gady jeszcze zanim nauczyła się czytać, w czasach, gdy jedynie mogła przewracać strony naprawianych przez ojca ksiąg, sycąc wyobraźnię ilustracjami. Śniła o nich, nie potrafiła przepędzić ich ze swych myśli nawet na chwilę. Smoki tańczyły jej przed oczami, gdy zamykała powieki, gdy kierowała niewidzący wzrok przez okno szkoły, odcinając się od nudnej lekcji, gdy relaksowała się w swoim łóżku przed zaśnięciem... Szybko zaczęła o nich również pisać: tworzyć historie, w których to ona i jej smok byli głównymi bohaterami, ratującymi świat z coraz paskudniejszych opresji. I, wstyd przyznać, oddawała się temu istniejącemu jedynie w jej głowie światowi nawet wtedy, gdy już jako wygnana pierwszy raz zacisnęła palce na rękojeści miecza, gdy dzięki swojemu złośliwemu uporowi i irytacji, jaką potrafiła wzbudzić w starszych, silniejszych mężczyznach, pierwszy raz dowiedziała się, jak to jest zadawać ciosy ciężkim kawałem stali, jak to jest odpierać ataki – i płakać skrycie z bólu nienawykłych do podobnego wysiłku mięśni, oblekających żałośnie chude ramiona drobnej, dojrzewającej dopiero dziewczyny.
Marzyła... bo każdy przecież o czymś marzy.
A teraz była właśnie tutaj. I, jak na złość, nawet nie umiała sobie przypomnieć, jakie emocje opanowały ją, gdy na progu swojego domu odnalazła smocze jajo. Oczywiście, że pielęgnowała je tak, jak tylko potrafiła. Ogrzewała je w kominku, syciła blaskiem szklanych kul, co sześć godzin troskliwie przecierała szorstką skorupę namoczonym ręcznikiem, spała z nim w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. A jednak... czy naprawdę przez cały ten czas bała się i drżała z radosnego niedowierzania, bez głębszej refleksji? Ani przez moment nie przemknęło jej przez myśl, że właśnie spełniło się wszystko to, o czym przez tyle lat jedynie myślała, czerwieniejąc z zakłopotania własną głupotą?
Dlaczego głupotą? Khrimme zawarczała i z oburzenia postawiła kostny grzebień na karku, aż cofając łeb. Przecież jeźdźcy istnieją. Smoki są w całym Ragharranie. Zawsze była szansa, że któryś smok wybierze właśnie ciebie i podrzuci ci swoje jajo.
A jednak z jakiegoś powodu wydawało mi się, że wyobrażanie sobie czegoś takiego jest szczytem naiwności. Czymś... śmiesznym.
Być może nigdy nie będziesz rozkazywać ogromnej armii ani nie uratujesz świata, ale parę przygód ze mną przeżyjesz, to mogę ci zagwarantować. Zatańczył rozwidlony język, gdy smoczyca smakowała powietrze, znów doprowadzone do wrzenia przez któregoś z różnokolorowych samców, któremu nie spodobał się ciężar siodła. Ale żeby do tego doszło, musisz zaufać, że wysokość cię nie zabije.
Wysokość może i nie, ale spadanie... Lhynne znowu przełknęła głośno ślinę. A pomyśleć, że do tej pory uważała to za wymysł jedynie na potrzebę powieści z dreszczykiem...
Po to masz tamte głupie skórzane paski. Czarny nos wskazał w stronę przepychających się uczniów. Idź tam wreszcie, bo wstyd mi przynosisz! Myślałby kto, że taka będziesz tchórzliwa...
Tchórzliwa? Aż się zapowietrzyła i żartobliwie pchnęła szorstki bok. Ja ci dam tchórzliwą!
Będę cię tak nazywać, dopóki nie ruszysz tego chudego ludzkiego kupra do tamtych tam. Myślałby kto, że takiemu tchórzowi udało się związać z Mgielnym Ostrzem i...
Dobra, dobra, zrozumiałam! Uniosła dłonie w poddańczym geście. Już idę, tylko zamknij się wreszcie!
O mało nie wywróciła się w piach, gdy silny nos pchnął ją w stronę zgromadzenia. Nie do wciąż buchających płomieniami smoków, lecz do roześmianych studentów...
O bogowie, sama nie wiedziała, co było gorsze. Jak by nie patrzeć, ze smokami dogadywała się znacznie lepiej niż z ludźmi...
Kilku mężczyzn zajętych było właśnie złośliwymi docinkami. Szarpali się za paski uprzęży, rzucając kompletnie dla niej niezrozumiałymi żarcikami na temat tuszy i wzrostu z taką częstotliwością, że ciężko było rozróżnić, gdzie kończyła się jedna złośliwość, a zaczynała kolejna – gdzie trwała jeszcze ta piętnująca partnera, a brała początek inna, godząca w samego siebie. Trzech innych, wraz z dwiema kobietami o długich włosach zaplecionych w piękne warkocze, obserwowało scenę niczym najwspanialsze widowisko, dopingując ochoczo obu stronom, podczas gdy pozostała czwórka – trzech kolejnych młodzieńców i jedna osoba o niemożliwej do określenia płci, z włosami ściętymi krótko i tuszy tak obfitej, że zdolnej ukryć wszelkie charakterystyczne kształty sylwetki – zerkała jedynie z oddalenia, zajmując się zapinaniem ostatnich sprzączek skórzanych pasów. Lhynne, podchodząc do nich, poczuła się jak intruz... lecz takie właśnie było polecenie rektory Akademii, czyż nie? Nie sposób było się kłócić z rozkazem wydanym przez osobę o jej pozycji. Stanęła po prostu tuż obok, próbując w myślach odtworzyć kolejność zakładania i zapinania kolejnych skórzanych fragmentów i sposób mocowania ich do siodła, podczas gdy Khrimme wodziła wzrokiem pomiędzy nią a gromadą rozgorączkowanych smoków, nie mogąc zdecydować, co zasługiwało na jej większą uwagę.
Idź do nich, jeśli chcesz, rzuciła w myślach. Wiem, że cię do nich ciągnie...
Od razu ciągnie. Smoczyca przewróciła czerwonymi ślepiami w zupełnie ludzki sposób. Ale poradzisz sobie beze mnie?
Czy coś może mi tutaj grozić?
Dzika parsknęła ze złością, łypnęła na wyłaniających się z niskiego składu dwóch mężczyzn, będących prawdopodobnie nauczycielami, i odeszła w stronę bestii, zamiatając końcówką ogona. Kilkukrotnie obejrzała się przez grzbiet na kobietę z niepokojem, wreszcie jednak ciekawość wzięła nad nią górę i zniknęła pośród kłębów dymu i iskier, ostrożnie lawirując między ludźmi w impregnowanych płaszczach.
– Hej, ty!
Lhynne wzdrygnęła się i odwróciła w stronę studentów. Zaklęła w myślach, widząc, że wszyscy bez wyjątku przerwali swoje czynności i patrzyli w jej stronę. Głos należeć musiał do jednego z tych, którzy dopiero co się kłócili – wysoki, dość przystojny brunet o ostrej szczęce obsypanej zadbanym, kilkudniowym zarostem wpatrywał się w nią z bokami podpartymi pięściami i uśmiechem wykrzywiającym pełne usta. Nie wydawało jej się, by zrobił to specjalnie, lecz pozycja, jaką przybrał, dodatkowo uwypuklała węzły wyrobionych mięśni, wijące się po jego ramionach. Nie był szczególnie szeroki w barkach, lecz atletyczny i... cóż, dokładnie taki, jak powinien, jakkolwiek to brzmiało. Po prostu patrząc na niego, na myśl sama cisnęła się konstatacja, iż niczego mu nie brakowało.
Oczy miał lodowate i okrutne, aż dreszcz wilczego instynktu liznął ją wzdłuż kręgosłupa, zostawiając po sobie upokarzający ślad w postaci gęsiej skórki.
– Mówisz do mnie? – spytała ostrożnie. Owszem, po chwili namysłu... ale i tak prawdopodobnie zbyt agresywnie, zbyt... prowokująco. Wilk nie pozwalał odpowiedzieć na zaczepkę merdaniem ogonem. Wilk odruchowo unosił wargi i błyskał zębiskami.
– Dokładnie. – Młody mężczyzna uśmiechnął się szeroko, obejrzał się krótko na przyjaciół z grupy, jakby upewniał się, że na pewno wszyscy na nich właśnie patrzą. – Coś ty za jedna? Zdaje mi się, czy jesteś tym słynnym kundlem z pierwszego roku?
Dreszcz... Czy to był instynkt? Czy może to coś, o czym czasami wspominał Kriggs von Eckhardt w odniesieniu do przedziwnego uczucia znanego wszystkim Mglistym bez wyjątku? Nie wiedziała. Grunt, że udało jej się to burzowe diabelstwo stłumić i zepchnąć gdzieś na obrzeża świadomości, zanim pozwoliła mu na dobre rozgorzeć.
– Jestem wilkiem, nie kundlem – odpowiedziała ze spokojem – ale reszta się zgadza. A przyjemność mam z...? – Pozwoliła, by wielokropek niemal fizycznie zawisł w powietrzu, czekając na uzupełnienie.
– To chyba żałosne, że nie znasz mojego imienia, ale na tyle zabawne, że pozwolę sobie jeszcze cię pomęczyć. – W irytująco seksownym uśmiechu błysnęły zadbane zęby. – Co ty tu robisz, co? Nie zdaje mi się, żebyśmy cię zapraszali, dziewczynko.
– Dziewczynko? – To było silniejsze od niej. Wszystko, co przeżyła do tej pory, nauczyło ją jasno: nie reaguj w ten sposób, nie podłapuj takich słów... ale jak się powstrzymać, gdy wilk marzy tylko o tym, by warknąć z głębi gardła i kłapnąć zębami przed tą słodką twarzą?
Bogowie, facet naprawdę był ładny i paskudnie ją to rozpraszało. Żałosne...
– Powiedziałem coś nie tak? – Uniósł jedną brew, parodiując zdziwienie. – Och, a pomyśleć bym mógł... Głową nie sięgasz mi nawet do ramienia, więc pomyślałem, że... nie wiem, może ktoś z nauczycieli przyprowadził swoją córkę, aby poznała pracę ojca od podstaw? Choć to dziwne zainteresowanie jak na trzynastoletnią dziewczynkę.
Ładny. Tylko gdyby tak się nie odzywał...
– Rhienne Bhardo kazała mi przyjrzeć się waszej lekcji – odpowiedziała ze spokojem, również unosząc jedną brew. – Możemy to już kończyć, czy masz dla mnie jeszcze jakieś błyskotliwe spostrzeżenia?
– Chyba czegoś nie zrozumiałaś. – Jego głos obniżył się i skamieniał. – Odejdź stąd, dopóki się nie zirytowałem.
Tak, zdecydowanie ta zasada sprawdzała się niemal zawsze: atrakcyjni mężczyźni powinni przy okazji nie posiadać strun głosowych.
– Jak przed chwilą wspomniałam: jestem tu na polecenie rektory, więc nie wydaje mi się, żebym sobie mogła tak po prostu odejść. – Wzruszyła ramionami, siląc się na obojętność. – Nie przeszkadzajcie sobie, będę tylko patrzeć.
– Jesteś niedorozwinięta, czy to prawda, że wszystkie kundle mają mózgi wielkości wilczych? – Mężczyzna postąpił gwałtowny krok naprzód, sprawiając, że cofnęła się odruchowo. Kolejny błąd: dobrze widziała, ile satysfakcji mu to sprawiło. – Odejdź stąd, bo inaczej sobie porozmawiamy.
– Delran! – To krzyknęła ostrzegawczo nieokreślona tęga osoba. Spod lekko opadających na oczy włosów spozierały jasnoniebieskie tęczówki, zdecydowanie kobiece, choć tkwiące w twarzy o rysach skłaniających się ku męskim.
– Zamknij się, teraz ja rozmawiam! – Młodzieniec skrzywił się, jakby rozmawiał właśnie z kimś niewartym choćby pogardliwego splunięcia.
– Zawołam profesora Heghrana – zagroziła tajemnicza osoba, zaciskając mocno pięści. – Daj jej spokój! Skoro Bhardo kazała jej obserwować, to będzie obserwować. To jej decyzja, nie nasza. Chodźmy lepiej do...
– Kazałem ci się zamknąć! – ryknął przez ramię głosem, od którego Lhynne odruchowo chciała stulić ramiona.
Niechciane wspomnienia błyskały przed oczami duszy.
Krąg wytykających ją palcami dzieciaków. Szydercze śmiechy, rozognione okrucieństwem oczy, kaleczące uszy wyzwiska...
Bogowie, może i bagatelizowało się dziecięcą przemoc i szkolne prześladowania, uznając je za głupie zabawy, lecz prawda była taka, że wszystkie zostawiały rysy, które nie goiły się już nigdy. To blizny po podobnych ranach narzucały ramy całej przyszłości – określały sprawność ciała do wpasowywania się w następujące sytuacje...
Delran ponownie zwrócił się w jej stronę i postąpił kolejny krok naprzód.
– Powiem jeszcze raz: spieprzaj stąd, póki...
Prawdopodobnie chciał naprzeć na nią piersią, zamarł jednak i głos zanikł mu w gardle, gdy wydatnej krtani dotknął sztych długiego, formującego się z płomieni miecza.
– Naprawdę chcesz to zrobić? – wycedziła Lhynne.
Przez chwilę w promieniu najbliższych kilku metrów panowała niczym niezmącona cisza, rozciągająca się w kształt krótkiej nieskończoności, tak przytłaczająca i dławiąca zdawała się być. Okrutne oczy wpatrywały się prosto w jej tęczówki, tak nieznośnie wilcze, że nie pozostawiały sobą nawet cienia wątpliwości, co też mogło się za nimi kryć...
Tak się złożyło, że Lhynne uwielbiała brązowo-zieloną barwę swoich oczu. I uwielbiała siedzącego w niej wilka.
– Wróć do tego, co robiłeś przed chwilą, chłopcze – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – A ja będę w spokoju was obserwować. Oboje musimy tutaj być. Żadnemu z nas się to nie podoba. Chyba jesteśmy po prostu kwita.
– Kwita? – powtórzył i parsknął śmiechem. Zrobił taki gest, jakby zamierzał pacnąć dłonią sztych miecza, aby go odtrącić, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili – na własne szczęście, bo metafizyczne krawędzie Mgielnego Ostrza już od tak lekkiego uderzenia mogłyby zranić mu palce aż do kości. Udając, że wcale nie nosił się z takim planem, postąpił dwa kroki w tył i potrząsnął głową z politowaniem. – Dziewczynko, czy ty masz pojęcie, co dzieje się wokół ciebie?
– Cóż... – Nie opuszczając miecza, kobieta rozejrzała się wokół nieco teatralnie. – Wygląda mi to na jedną z pierwszych lekcji jeździectwa.
– Nie o to mi chodzi, wilcza idiotko. – Znowu się nachylił, tym razem jednak omijając celujące mu w gardło Ostrze, choć dłoń Lhynne zadrżała tak, jakby zamierzała ponownie nakierować je w odpowiednią stronę. – Cała burzowa Akademia o tobie mówi. I nie ma krzty kłamstwa w ich słowach: to hańba, by taki smok wybrał... ciebie. – Krótkim gestem wskazał stronę, gdzie przed momentem zniknęła Khrimme, i wytknął palcem wilkokrwistą z wyrazem najczystszego obrzydzenia.
– Czyli o to chodzi? – Lhynne nagle roześmiała się szczerze. Chwila dekoncentracji sprawiła, że Mgielne Ostrze rozpłynęło się pośród płomieni, lecz nie przejęła się tym, bo musiała docisnąć dłoń do brzucha, gdy złapał ją paskudny skurcz z tej nagłej wesołości. – O bogowie, naprawdę? Wy mi po prostu zazdrościcie smoka?!
Ktoś ze zgromadzonych syknął ostrzegawczo, a twarz Delrana zaciągnęła się szkarłatem.
– Ty mała dziwko! – wycedził przez zaciśnięte zęby i tym razem rzucił się naprzód szybko jak atakująca kobra. Doskonale wiedział, co powinien zrobić – skorzystał z jej dekoncentracji, skorzystał z tego, że potrzebowała kolejnych ośmiu uderzeń serca, aby ponownie w pełni Przywołać miecz. Mogła tylko zakląć i spróbować się wywinąć, gdy złapał ją za ramiona, przyciągnął do siebie tak blisko, że aż poczuła woń jego oddechu, i potrząsnął nią jak szmacianą lalką. – Tu nie chodzi o żadną pieprzoną zazdrość, ty...!
Dłoń sama układała się w pozycji Przywołania... lecz był za blisko – gdyby teraz miecz pojawił się między nimi, młodzieniec skończyłby przecięty na pół.
– Nie chodzi o zazdrość! – wykrzyczał jej w twarz, ignorując odzywające się wokół protesty. – Tu chodzi o...
Naprawdę ciekawa była, o co takiego mogło chodzić, nawet jeśli świerzbiła ją do niewytrzymania pokrywająca się czarnym futrem skóra, a wyostrzające się zęby zaczynały kaleczyć język. Na nieszczęście dla jej dociekliwości, właśnie w tym momencie wielki kształt osłonił ich od czystego słońca i uderzył silną łapą, posyłając mężczyznę na ziemię. Gdyby nie to, że z szoku i bólu rozluźnił palce, z pewnością poleciałaby za nim, tak jednak udało jej się utrzymać na nogach, zachwiawszy się tylko. Wsparła się na boku Khrimme, przygniatającej Delrana do ziemi długimi szponami.
– Kurwa! – wyrwało się komuś tuż obok. – Zawołajcie Heghrana, kogokolwiek...!
Smoczyca zaryczała młodzieńcowi w twarz, w powietrzu uniósł się smród pieczonego mięsa, gdy kilka iskier opadło na jego nieskazitelną skórę. Osłonił się dłonią, lecz na cóż mu to było, skoro kły Khrimme były w stanie przegryźć go na pół?
Zaczekaj! Lhynne wbiła paznokcie pod szorstkie łuski, próbując ją powstrzymać, lecz nie umiała ugasić gorejącego w jej myślach dzikiego pożaru.
– Co tu się dzieje?!
Starszy mężczyzna o siwo-brązowym zaroście i młody smok wpadli między nich jednocześnie. Zakotłowało się, wściekła do granic możliwości Khrimme zaskowyczała z rozczarowania, gdy nieco większy samiec odepchnął ją od swojego jeźdźca, a Lhynne w ostatniej chwili odskoczyła na bezpieczną odległość, nim trafił ją któryś z ostrych kolców. Mężczyzna, prawdopodobnie wspomniany Heghran, podtrzymał ją za ramię, nim wylądowała na miękkim piasku, podczas gdy Khrimme warczała tuż obok, gotując się do skoku na...
Tak, to był dokładnie ten smok, którego wcześniej uznała za najbardziej nerwowego – pomarańczowy samiec, któremu Dzika planowała wydrapać oczy za to, jak poniżył drobniejszą smoczycę. Mało brakowało, a roześmiałaby się z ironii sytuacji.
– Co tu się dzieje?! – powtórzył Heghran głosem ciężkim i tubalnym. Mało brakowało, a potrząsnąłby nią – być może tylko świadomość, z kim miał do czynienia, powstrzymywała go od tego, co w przypadku każdego innego studenta wcieliłby w życie.
Choć Lhynne nie uważała się za specjalnie uprzywilejowaną, sama nie wiedziała, czy odruchowo nie machnęłaby w jego stronę Mgielnym Ostrzem, gdyby ją tak potraktował, więc musiała uznać to za słuszny przebłysk instynktu samozachowawczego.
– Nie mam najbledszego pojęcia – wyznała na tyle spokojnie, na ile była w stanie.
– Ty...! – Delran spróbował podnieść się z ziemi, lecz ból stłuczonych żeber uciął mu oddech. Spurpurowiał na twarzy, już nie tak atrakcyjny, jak przed paroma chwilami.
Pomarańczowy smok zawarczał ostatni raz na gotującą się od środka Khrimme i podszedł do swojego jeźdźca. Schylił wielki łeb, trącił go nosem, nadstawił się tak, by pomóc mu wstać...
Mężczyzna uderzył go pięścią w nos i odsunął wściekłym gestem.
– Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknął na całe gardło, mierząc smoka wzrokiem pełnym... obrzydzenia.
Choć nie miał tyle siły, by sprawić zwierzęciu tej wielkości ból, pomarańczowy zaklekotał z zaskoczenia i odskoczył gwałtownie, mrużąc ślepia. Źrenice rozszerzyły mu się, błysnęły...
Ból. Niedowierzanie. Cierpienie...
Nie wiedziała, czego najwięcej było w pionowych źrenicach, lecz tak czy siak wystarczyło to, by elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca – może i wciąż niepewne, lecz na tyle odpowiednie, by stworzyć coraz bardziej zrozumiały obraz.
Ten przedziwny atak na nią. Słowa o tym, jak wiele mówiono w Akademii na temat wilkokrwistej z czarnym smokiem. Wściekłość podczas oskarżenia o zazdrość. A teraz ta... nienawiść.
Nienawiść? Na Źródła Burz, przecież to był jego smok, istota, z którą związany był umysłem już od ponad roku! Czuła mdłości na samą myśl, że miałaby zwracać się w ten sposób do Khrimme, co więc dopiero...
Prawdopodobnie wśród osób uważających jej związek z Dzikim za hańbę przodował ten właśnie irytujący młodzian.
– Delran, co tutaj zaszło?! – Profesor puścił ją nareszcie i wyciągnął dłoń w stronę pokiereszowanego studenta. Młody mężczyzna przyjął pomoc, acz niechętnie, i stanął chwiejnie na nogach, wbijając wzrok w osypujący się z ubrania piach.
– Nic, profesorze – warknął ze znacznym opóźnieniem.
– Mam taką nadzieję! – Heghran zmierzył wzrokiem ich oboje, odetchnął głęboko, jakby w myślach błagając o cierpliwość, i rzucił podenerwowanym tonem: – Lekcja już się kończy, a wy zmarnowaliście czas na takie głupoty! Weź się za pracę, Delran, a ty – palcem wytknął wilkokrwistą – obserwuj i trzymaj się od moich uczniów w stosownej odległości.
– Ale... – spróbowała żałośnie, milknąc szybko, zmrożona zielonymi tęczówkami, spozierającymi spod krzaczastych brwi.
– Żadnego ale! – Mężczyzna warknął przez zaciśnięte zęby. – Nie popieram dyskryminacji na tle rasowym, ale to nie znaczy, że będę tolerował podobne burdy w tych szacownych murach, panno von Lehann'rive. Dzisiaj i przez kilka kolejnych dni masz tylko obserwować, więc obserwuj. Gdy ta twoja bestia podrośnie jeszcze odrobinę, zastanowimy się, co dalej.
I odszedł w stronę skamieniałych z ciekawości smoków, śledzących lśniącymi ślepiami całe zajście w takim zapamiętaniu, że ledwie parę tych chwil wystarczyło, aby asystenci w płaszczach dopięli na nich ostatnie pasy i dokonali ostatnich miar w całkowitym spokoju.
Delran pogardliwie splunął jej pod nogi i podążył za profesorem. Pomarańczowy smok podreptał za nim nieco nieporadnie, jak groteskowo wyrosłe pisklę, nisko opuszczając łeb ze stulonym płasko do karku kostnym grzebieniem.
– No, więc... to właśnie był Delran. – Osoba o niemożliwej do określenia płci jako pierwsza z grupy uśmiechnęła się do niej nieśmiało, choć przyjaźnie.
– Wspaniały typ! – parsknęła Lhynne, odruchowo pocierając ramiona dłońmi, jakby próbowała zmusić występującą na nich gęsią skórkę do wchłonięcia się z powrotem pod skórę. – Rozumiem, że niewiasty padają mu falami do stóp? Zignorować tak czarującą osobowość...
– Tak właściwie, to kompletny z niego kutas. – Pulchne ramiona poruszyły się lekceważąco, a głos, który równie dobrze mógł należeć do kobiety, jak i mężczyzny, zabarwił się humorem. – Ale tak, z niewiadomych przyczyn tacy jak on cieszą się pewnym powodzeniem. Ktoś mógłby powiedzieć, że świadczy to o kobiecym braku instynktu samozachowawczego, choć... – Zdanie zawisło niedokończone, gdy spotkały się dwie pary oczu: roześmiane niebieskie i błyszczące złością brązowe.
– Żałosne – prychnęła jedna z kobiet z warkoczami i odeszła od nich, wracając do ostatnich poprawek zarzuconej na ramiona uprzęży. Po chwili podążyli za nią pozostali, tracąc zupełnie zainteresowanie zarzewiem kolejnego konfliktu.
– No... wybacz. Jestem Thore. – Uśmiech stał się nieśmiały i nieco przepraszający, a pulchna dłoń wyciągnęła się w stronę wilkokrwistej. – I spokojnie, nie przemawiam z pozycji kolejnego zbyt pewnego siebie faceta. Mów o mnie „ono”. Lub „ona”, jeśli będzie ci zbyt ciężko. Nie lubię tych typów z przerostem moszny równie mocno, jak ty.
– „Ono”? – powtórzyła Lhynne ostrożnie, zła na siebie, jak często musiała uciekać się do podobnego zabiegu od dzisiejszego poranka, nie mogąc się jednak powstrzymać, obojętnie jak nietaktowne to było. – To... niespotykane. Wybacz, że pytam, ale...
– Chcesz wiedzieć, czy to mój wymysł, czy mam podwójne dowody w spodniach? – Thore spytało zupełnie bezpośrednio, unosząc jedną brew. – Nawykłom już do takich dociekań, nie martw się. Zresztą, lubią mnie w tej pięknej szkółce równie mocno, jak ciebie. – Krótkim gestem wskazało w stronę monumentalnego budynku Akademii.
– Nie, nie o to mi... – Wilkokrwista nie zdołała dokończyć, rumieniec zbyt mocno palił ją w twarz. – Ach... Przepraszam, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
– W porządku. – Thore wzruszyło ramionami i znowu uśmiechnęło się ze spokojem. – Nie złoszczę się przecież. Chodź lepiej, pokażę ci, jak zakłada się to diabelstwo, zanim zawołają nas do smoków.
– Wiem, że się nie złościsz, ale i tak... głupio mi. – Lhynne, posłuszna stanowczym gestom Thore, rozpięła sprzączkę, którą miało na plecach, i choć nieco zaskoczona, pozwoliła, by zarzuciło jej własną uprząż na ramiona. – Codziennie spotykam się z dyskryminacją, gdziekolwiek pójdę, a sama zachowuję się... w ten sposób.
– Cokolwiek by o mnie mówić, intuicję mam akurat kobiecą. – Nieco serdelkowaty palec zakręcił się w okolicy skroni, a uśmiech przerodził się w szelmowski. Dłonie sprawnie zapinały sprzączki i dociągały paski tam, gdzie były zbyt luźne, a więc praktycznie wszędzie. – Wiem, że nie miałaś nic takiego na myśli. Dlatego też do ciebie podeszłom. Bo wiem, co czujesz. Brzmi patetycznie, nie? W każdym razie, wyczuwam jakąś... no, nazwijmy to jednością dusz. Lub doświadczenia. Ech, nazywajmy to jakkolwiek lub nawet wcale. Po prostu pamiętajmy, że w całej burzowej szkole wrogów możemy mieć siebie: swój klub wyrzutków. Osoba bez płci i kobieta przemieniająca się w wilka – to brzmi jak materiał na poważny zarząd poważnej organizacji. – Westchnąwszy, odsunęło się na kilka kroków i biorąc się pod boki, obejrzało Lhynne krytycznym wzrokiem, przekrzywiając lekko głowę. – No i jak się czujesz?
Lhynne ostrożnie poruszyła się w uprzęży i ze zdziwieniem zauważyła, że choć stosunkowo ciężka, nie krępowała jej wcale ruchów. Za namową Thore zrobiła kilka próbnych wymachów ramionami, a następnie dała się podprowadzić do jednego ze smoków – smukłej smoczycy o łuskach w barwie błękitno-białego lodu. Choć Khrimme i Lorei, jak nazywało ją Thore, posyłały sobie wściekłe spojrzenia, a w obu gardzielach bulgotał głęboki warkot, pozwoliły, aby wilkokrwista obejrzała ciężkie siodło i doczepione do niego sprzączki. Profesor Heghran pojawił się za ich plecami cicho i niepostrzeżenie, lecz nie odzywał się, pozwalając, aby to Thore objaśniło nowicjuszce, jak dopinało się uprząż do siodła, jak można było łatwo wyswobodzić się z niej jednym ruchem, a także czym różniła się od tej, jaką nosili pełnoprawni jeźdźcy. Pomagając sobie nawzajem, ponownie przełożyły skórzane pasy na prawowitego właściciela, gdy gwizd profesora przywołał uczniów do ich smoków, i później już z odległości, z cienia niskiego magazynu młoda wojowniczka mogła obserwować, jak drugoroczni uczą się wspinać na siodła, szybko wkładać nogi w strzemiona i zapinać skomplikowane zatrzaski, mające ratować ich przed upadkiem. Młode smoki złościły się, przebierały niecierpliwie łapami w miękkim piachu, mającym amortyzować pierwsze upadki, warczały, pragnąc wreszcie rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, lecz poddawały się instrukcjom profesorów, tłumaczących im, jak opuszczać łby i uginać łapy, by ułatwić jeźdźcom wdrapanie się na ich karki. Niestety wydarzenia zapoczątkowane przez Delrana, pokornie milczącego i szybko wykonującego wszystkie polecenia, zajęły tak wiele czasu, że żaden z adeptów nie zdążył wzbić się w powietrze, nim upłynął czas przeznaczony na lekcję.
Khrimme i Lhynne wróciły do Akademii z sercami przesyconymi ulgą i rozczarowaniem jednocześnie. Choć wilkokrwista, obserwując starszych, zdążyła wreszcie obudzić w sobie przynajmniej echo dawnej ekscytacji, jaka towarzyszyła niegdyś jej marzeniom, poczuła się tak, jakby ogromny ciężar spadł z jej ramion, gdy otulił ją przyjemny chłód korytarza pośród starych, grubych murów. Wyciągnęła z kieszeni wymiętą kartkę z nabazgranym pospiesznie planem zajęć, wciąż nieco różniącym się od tego, który otrzymała jej grupa, i wczytała się w swoje niezbyt eleganckie pismo, szukając wskazówek – czy może raczej nie tyle wskazówek, jak zesłanego z niebios zezwolenia, aby na przynajmniej chwilę móc zaszyć się w rozkosznej ciszy biblioteki i odpocząć, nim przyjdzie jej stawić czoła kolejnym wyzwaniom...
Wyzwaniom? Khrimme zawarczała z oburzeniem. Ja już nie mogę się doczekać, aż będziemy razem latać. Jestem pewna, że mogłabym cię już udźwignąć. Przecież jesteś leciutka. Po co tak długo czekać? Ta twoja mentorka...
Ta moja mentorka rozumie doskonale, że choć wielkość masz już prawie odpowiednią, nadal wyklułaś się z jaja ledwie trzy miesiące temu, ucięła Lhynne stanowczo. Nie powinnaś jeszcze umieć kłaść grzebienia, a jak wtedy założyć siodło?
Umiem już kłaść grzebień.
Po prostu zaufajmy jej, że tak będzie lepiej. Obserwujmy i...
A może po prostu nadal się boisz? Kły błysnęły w smoczym uśmiechu. I tak tego nie unikniesz.
Ale w ten sposób może przynajmniej zdążę oswoić się z tą myślą. Lhynne zgrzytnęła zębami.
Przez trzy miesiące się nie oswoiłaś, więc...
Och, dajże już spokój! Co mam zrobić? Zawrócić tam, zawołać profesora Heghrana i kazać mu znaleźć siodło dla ciebie?
Smoczyca chwilę trwała ze wzrokiem wbitym w rzeźbione, dwuskrzydłowe drzwi, które zamknęły się przed nimi chwilę temu. Westchnęła wreszcie głęboko, niemal boleśnie, i burknęła niechętnie:
Niech ci będzie. Choć i tak uważam, że ludzie są nieznośnie głupi. I tchórzliwi. I...
Tchórzliwi? Lhynne uśmiechnęła się pod nosem, chowając z powrotem pomięty papier do kieszeni. A co powiesz na to, moja piękna? Mamy teraz prawie dwie godziny wolnego, a wyższe piętra Akademii... jakoś tak... zdają się mnie nawoływać. To jest słodki zew, Khrimme... Też go słyszysz?
Źrenice w czerwonych ślepiach zwęziły się w kształt ledwo widocznych pionowych linii, zamknięta za nimi otchłań kusiła milionami niezrozumiałych dla ludzkiego umysłu wątpliwości...
Wy, ludzie, jesteście nieznośnie dziwni, skwitowała wreszcie smoczyca. Linie urosły do kształtu wrzecion. A najwyższe piętra Akademii są nieczynne od... wielu lat.
Od bardzo, bardzo wielu lat. Lhynne nie zdołała powstrzymać uśmiechu. I właśnie to mnie kusi.
Chcesz... Rogaty łeb na długiej szyi cofnął się gwałtownie, gdy nareszcie przyszło zrozumienie.
Dokładnie. Mamy prawie dwie godziny rozkosznie wolnego czasu. A mną wciąż targają nieprzyjemnie silne emocje. Kto wie, do czego zdolna byłabym w takim stanie? W udawanym przerażeniu złapała się za głowę. Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi się uspokoić, a przyjemny spacer w całkowicie odludnym miejscu brzmi jak najlepsza opcja.
Zadrżał koniec długiego ogona. Skrzydła poruszyły się z ekscytacji.
Dobrze wiesz, że wszędzie pójdę z tobą, człowieku. Żebyś nie zrobiła sobie krzywdy.
***
Budynek Akademii, choć wielkością ustępował niemożliwie ogromnemu zamkowi Myllhaven, wciąż przyprawiał o zawroty głowy każdego, kto nieopatrznie próbował zmierzyć się z zaklętymi w nim labiryntami bez skrupulatnie rozrysowanego planu w ręce. Mapka, którą Lhynne otrzymała na początku wraz z planem zajęć, spisem podręczników i nazwiskami wykładowców, zdała się niestety na nic, gdy przyszło do orientowania się z jej pomocą w korytarzach niedostępnych dla studentów. Samo odszukanie klatki schodowej, którą można było dostać się na nieużywane piętra, okazało się zadaniem dla osób o wyjątkowo mocnych nerwach i owocowało kilkukrotnym zgubieniem się w rzadziej uczęszczanych korytarzach po tym, gdy wybierane na chybił trafił stopnie zamiast piąć się w górę, gwałtownie spływały w dół, zakręcały niemożliwymi spiralami i wypluwały nieostrożnych spacerowiczów w najmniej spodziewanych miejscach, przeważnie zdominowanych przez girlandy paskudnie lepiących się do skóry pajęczyn i zaspy siwego kurzu, którego wprost nie dało się nie potrącić w taki sposób, by rozwścieczony zakłócaniem spokoju, nie wzbił się w powietrze wściekłymi tumanami, zdającymi się oblepiać płuca od środka.
– Na Źródła Burz! – klęła Lhynne, gdy kolejny raz wyłoniły się tuż obok rzadko uczęszczanych damskich łazienek, z przejścia tak wąskiego, że Khrimme musiała tulić skrzydła do boków i przekręcać łeb na bok, by w ogóle zdołać się w nim zmieścić. – Co z tym budynkiem jest nie tak?!
Może ktoś bardzo nie chce, byśmy dostały się na górę?, podsunęła smoczyca. Rozwidlony język wysunął się spomiędzy lekko wyszczerzonych kłów, za sekundę zastąpiony wiązką iskier, od których zajęły się i błyskawicznie spłonęły pajęczyny oblepiające kolczasty nos i gorejące ślepia.
Lhynne zmiażdżyła wzrokiem młodzieńca przypatrującego się im w sposób tak natarczywy, że z daleka widać było po nim zamiar podejścia bliżej i spytania, co właśnie robiły, i podjęła z góry skazaną na porażkę próbę doczyszczenia z kurzu czarnej koszuli.
– Przecież tam musi być jakieś wejście – wycedziła przez zaciśnięte zęby, tłumiąc wilczą wściekłość. – Mam wrażenie, że sprawdziłyśmy już wszystkie przejścia, przecież wybierałyśmy je po kolei... Nie uwierzę w tajne korytarze za gobelinami i obrazami. Nad nami są jeszcze dwa piętra i strych, kiedyś używano ich na tyle często, że musi być jakiś łatwy sposób! – Skrzywiła się na nutę desperacji we własnym głosie.
O tym przecież mówię, prychnęła Khrimme z nieskrywanym politowaniem. Wejście jest ukryte, ale nie za jakimś materiałem czy obrazem, ale za pomocą mylącej magii.
Nie istnieje Aspekt, za pomocą którego dałoby się coś takiego stworzyć. Lhynne odwróciła się i zmierzyła wściekłym wzrokiem szczelinę, którą dostały się na korytarz, już prawie zdecydowana, aby ponownie pozwolić jej się połknąć i kolejny raz przemierzyć tę samą trasę, tym razem w drugą stronę. Bogowie, co im szkodziło? Już i tak ściągnęły wszystkie pajęczyny, jakie mogły tam zalegać...
Więc może to nie Aspekt?
Obejrzała się na Khrimme ze zmarszczonymi brwiami. Jakiś dziwny dreszcz liznął ją wzdłuż kręgosłupa, zostawiając po sobie drażniącą ścieżkę gęsiej skórki.
Sugerujesz, że ktoś tutaj używał czystej magii? Cóż za poważne oskarżenie... Chyba kojarzysz, co za to grozi? Profesora Mikhela ostatnio nam o tym opowiadała.
Nic by nie groziło temu, kto użył czystej magii, gdyby zrobił to na polecenie kogoś stanowiącego prawo. Króla na przykład. Smoczyca postawiła kostny grzebień z ekscytacji, łuski zjeżyły jej się jak wilcza sierść. A król mógł wydać takie polecenie, gdyby kryło się tam coś... naprawdę ważnego. Coś, czego nikt nie powinien znaleźć.
To już ociera się o teorie spiskowe.
We wspomnieniach Khrimme rozbłysła scena z wczesnego poranka – niewielki kolorowy rynek, który musiały minąć, aby skrótem dostać się do Akademii, a na nim gromada zupełnie bezbarwnych, przypominających duchy postaci: kobiet w sukniach tak długich, że aż ciągnących się za nimi po nierównym bruku, mężczyzn w staromodnych frakach i przedziwnych wysokich kapeluszach, jakich spotkać można było na kartach bardzo starych kronik; szeleszczący papier w poniszczonych pracą dłoniach, wyciągający się w stronę przechodniów, głosy natarczywie domagające się uwagi...
Czy ty właśnie porównałaś mnie do tych przedziwnych szaleńców, który kilka godzin temu próbowali przekonać cię do tego, że Stary Kontynent jest jedynym istniejącym i dryfuje na grzbiecie wielkiego żółwia, podróżującego przez kosmiczną pustkę?! Dzika wyprężyła długą szyję i aż cofnęła łeb z oburzeniem, plując kolorowym ogniem. Źrenice rozszerzyły jej się tak bardzo, że niemal zdominowały płonącą tęczówkę.
Może troszeczkę. Tak mi się to jakoś skojarzyło... Wilkokrwista z trudem powstrzymywała uśmiech, dławiąc się od bólu w policzkach. Wargi wykrzywiały się w zupełnym odłączeniu od jej woli. Khrimme, na bogów, dlaczego niby król Erghon miałby coś ukrywać w taki sposób?
A dlaczego nie możemy się tam dostać, choć sprawdziłyśmy już wszystkie możliwe drogi? Rogaty łeb przechylił się na bok, drgała kolczasta końcówka ogona.
To było dobre pytanie. Lhynne zgrzytnęła zębami i chwilę zastanawiała się, co powinna odpowiedzieć, lecz jak na złość wszystkie zdroworozsądkowe argumenty rozwiały się pod naporem coraz silniejszych wątpliwości.
Zawsze istnieje możliwość, że przejście po prostu usunięto, gdy wyłączono piętra z użytku, i teraz można się tam dostać jedynie... sama nie wiem... klapą w suficie jakiegoś pomieszczenia gospodarczego? Nie umiała zabarwić tej wypowiedzi pewnością.
Którą z nas próbujesz przekonać?
Świetnie! Uniosła dłonie w poddańczym geście i zaklęła, gdy w pełnej krasie ujrzała, jak wraz z rozsuwającymi się palcami napinają się oplatające skórę pajęczyny, niczym rozkładane wachlarze. Z obrzydzeniem zaczęła ściągać strzępki srebrzystej materii, lecz skutecznie strząsnąć ją na posadzkę było w zasadzie niemożliwe – zbijała się w długie wałki, lecz one trzymały się ciała równie ochoczo, jak pojedyncze włoski. Zaczęła odruchowo modlić się w duchu, by nie okazało się, że pomiędzy wstęgami odnajdzie coś żywego, coś o zdecydowanie zbyt wielu odnóżach, wijące już może gniazdo w jej włosach...
Tym razem dreszcz był trochę inny i mało brakło, a przyprawiłby ją o żałosny krzyk. Tylko tego brakowało...
Co świetnie?, drążyła smoczyca z lekkim przekąsem.
Wygrałaś! Tylko co z tego, skoro dalej nie wiemy, jak taką oszukującą nas magię zwalczyć?
Czarna bestia milczała przez kilka ciągnących się sekund, skamieniała niczym posąg, w którego oczodoły wetknięto rozżarzone węgle.
Czy ja dobrze rozumiem? Mając świadomość, że na wyższych piętrach może kryć się coś wyjątkowo paskudnego, co skłoniło do użycia zakazanej magii tego kogoś, kto próbował to ukryć, dalej chcesz wybrać się na wycieczkę?
A ty nie chcesz? Błysnęła zębami w uśmiechu. Bo ja nabrałam wręcz jeszcze większej ochoty, niż miałam przed chwilą.
Niedługo zaczną się zajęcia. Ważny wykład.
Stały tak, mierząc się spojrzeniami – młoda kobieta i smoczyca, która wciąż udawała, że nie została przekonana, choć obie równie dobrze znały prawdę.
Masz jakiś plan. To nie było pytanie.
Czytałam kiedyś taką bajkę i chyba naszła mnie ochota, żeby wypróbować ją w praktyce. Lhynne zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę znajdującego się nieopodal przejścia do głównego korytarza, a stamtąd do głównych schodów.
Mi też czytałaś dużo bajek. Khrimme podreptała za nią z opóźnieniem, stukając szponami po zmatowiałej od tysięcy rys marmurowej posadzce. Łapy stawiała miękko jak kot, gdyby nie pazury, poruszałaby się prawdopodobnie zupełnie bezszelestnie, pomimo tego, że ważyć musiała już przynajmniej tyle, co dwa bojowe rumaki. I za każdym razem wspominałaś, bym przypadkiem zbyt mocno im nie wierzyła.
Bo widzisz, wiele jest bardzo głupich bajek. Jedne są ciekawe, choć nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, inne sięgają po prawdę bardzo blisko, lecz spoglądać na nie trzeba przez palce... istnieją też tak idiotyczne, że samo czytanie ich stanowi obrazę dla własnego intelektu. Ale czasem można natrafić na bajkę, w której kryją się mocno zawoalowane wskazówki. Autorzy przecież często inspirują się tym, co widzą wokół siebie.
Nie rozumiem. Gdy wyszły na główny korytarz, smoczyca z trudem wyminęła znacznie mniejszego samca o intensywnie żółtych łuskach i zjeżyła się od zalewającego nozdrza ludzkiego zapachu. Spojrzenia zaciekawionych studentów, choć przecież już dawno powinni się do niej przyzwyczaić, prawie wierciły jej dziury w łuskach. Jak w takim razie odróżnić dobrą bajkę od głupiej?
Chyba tylko dzięki życiowej mądrości. Doświadczeniu. I intuicji. Lhynne skręciła na szerokie kamienne stopnie i zamarła z nogą wspartą o pierwszy z nich, unosząc głowę w stronę majaczącego powyżej podestu półpiętra. Podparła boki pięściami i mrużąc oczy, chciwie liznęła wzrokiem wszystko, co znajdowało się wokół – przypominającą ogień pomarańczową farbę na ścianach, wzbogaconą przedziwnym perłowym połyskiem; ostrołukowe wnęki, w których kryły się marmurowe popiersia zasłużonych profesorów, wykonane z taką dbałością, jakby to ich prawdziwe doczesne szczątki zaklęto w białawy kamień; witrażowe okno o różowo-złotych prostokątnych szybkach, przez które niczym przez taflę wody przenikały zamglone promienie słońca... Położyła dłoń na rzeźbionej poręczy z ciemnego drewna, przesunęła palcem po skomplikowanych wzorach układających się w kształt liści ziół najczęściej wykorzystywanych przez Uzdrowicieli.
Więc skąd wiesz, że właśnie uwierzyłaś właściwej bajce? Khrimme śledziła ją w skupieniu. Była tak zaskoczona, że nie zdołała się skupić na tyle, by z myśli swojej jeźdźczyni wyłuskać odpowiednie informacje.
W tym rzecz, że nie wiem. Eksperymentuję. Z tego wynikają doświadczenie i życiowa mądrość. Odetchnęła głęboko i zamknęła oczy, skupiając się na otaczającej je energii. Spróbowała odgrodzić się od gwaru ludzkich głosów, powoli niknącego za grubymi drzwiami, od zapachu pasty polerskiej do drewna i starych murów, latami chłonących wilgoć niczym olbrzymia gąbka.
I tak można z każdą bajką? W głosie smoczycy oprócz niedowierzania zaczęła pobrzmiewać jawna złość. Też z tą, którą czytałaś na głos ostatnio?
Już, już to miała... Już niemal udało jej się uruchomić ten dodatkowy zmysł, bezbłędnie, choć wciąż tajemniczo prowadzący ją przez korytarze zamku Myllhaven... Nic z tego – otworzyła oczy, zdumiona potrząsnęła głową i odwróciła się do Dzikiej z bezradną miną.
– Że co? – spytała na głos. Cóż poradzić, że podobne zaskoczenie dało się przyodziać w tylko taki kształt...
Mówię o tej dziwnej bajce o smokach, którą razem czytałyśmy. Khrimme szczerzyła kły, szczerze oburzona. I to ledwie wczoraj. Ludzie mają aż tak słabą pamięć?
Na męki Radrossa, Khrimme! Ukryła twarz w dłoniach i zdławiła rozpaczliwy okrzyk. Ja już nie wiem, jak ci to wytłumaczyć... Ta książka to była wyjątkowo głupia bajka i sama o tym dobrze wiesz.
Ja to wiem, prychnęła, wypuszczając z nozdrzy kłęby gryzącego dymu. Ale czy ty to wiesz? Bo zgodnie z teorią, którą właśnie mi przedstawiłaś, skłonna jestem założyć, że i taką bajkę mogłabyś przetestować i zaliczyć do...
Błagam, powiedz, że sobie ze mnie żartujesz! Ręce dosłownie jej opadły. Khrimme, w tej książce smoki działały jak upośledzone pszczoły. Żyły w wielkiej skale. Z jeźdźcami łączyły się tylko samce, a jedyna samica tkwiła w środku tego wszystkiego jako królowa i wzbijała się w powietrze jedynie podczas lotu godowego raz do roku... Co mówi ci na to twoja intuicja?
Ty mi powiedz!, żachnęła się śmiertelnie poważnie. Ogon uderzał o posadzkę, jakby należał do przerośniętego i naprawdę wściekłego kota – kota od czubka wilgotnego nosa, poprzez drgające wibrysy, aż po mięciutkie opuszki łap pragnącego rzucić się na swojego wroga i wydrapać mu oczy.
No to już ci mówię. To była fikcja literacka. Pod tym względem to była głupia bajka.
To dlaczego ją czytałaś?
Bo miała przekazać coś zupełnie innego. To nie była naukowa rozprawa o życiu i zachowaniu smoków, tylko powieść o smoczycy i jej jeźdźczyni, które wyrywają się z utartych przez wieki ograniczeń... Rany, z mało której bajki ważną treść da się odczytać tak po prostu, nie na darmo użyłam dopiero co stwierdzenia, że wskazówki są zawoalowane. Rozumiesz teraz?
Poniekąd.
Jakbym rozmawiała z dziesięcioletnią mną, pomyślała wilkokrwista ze złością.
Mogę już zacząć się bawić w testowanie bajki, czy masz jeszcze jakieś wątpliwości?, spytała ciut zbyt zgryźliwie. Śmiertelnie obrażona Khrimme łaskawie skinęła jej łbem, odwracając się następnie w drugą stronę, by ostentacyjnie nie patrzeć na nią.
Świetnie. A więc jeszcze raz.
Zamknęła oczy, uspokoiła oddech i spróbowała wyłączyć pozostałe zmysły. Zapomnieć o szmerze głosów z zamkniętych pomieszczeń, skrytych w kokonie grubych ścian, i o śpiewie ptaków, przenikającym szczelinami starego witraża. Znieczulić się na lekką nutę spalenizny z oddechu Khrimme, na zapach starego papieru i farby drukarskiej, wydobywający się z torby przewieszonej przez ramię, zapomnieć o rozbrzmiewającym wciąż na samej granicy postrzegania szepcie Mgielnego Ostrza...
To jaką bajkę właśnie testujesz?
Aż podskoczyła, lecz jakimś cudem zdołała tym razem utrzymać kruche skupienie. Głos smoczycy wydobywał się z dokładnie tego miejsca w jej głowie, które musiała rozbudzić i zaangażować.
Pamiętasz historię o Mądrej Warryenie? Czytałam ci ją ładnych parę razy.
Pamiętam. Khrimme, tak zaintrygowana, że nie zdołała już dłużej się boczyć, nachyliła się gdzieś nad nią...
Gdzieś nad jej ciałem, bo Lhynne znajdowała się w trochę innym miejscu, tuż obok, właściwie chyba wreszcie za cieniutką jak pajęczyna zasłoną oddzielającą tu i teraz od... tego drugiego świata, którego nie pojmowała, a jednak już raz zdołała spytać go o podpowiedź i dała się poprowadzić jego głosowi. O ile sobie tego jedynie nie wmówiła.
Mądra Warryena odkryła bardzo prostą rzecz: tajemną magię złej czarownicy można oszukać, zamykając oczy. Wzrok jest dominującym ludzkim zmysłem. Zaklęcie czarownicy zamieniło korytarze jaskini w labirynt, lecz działało jedynie na podstawowe zmysły. Wystarczyło, że Warryena zamknęła oczy i wyłączyła ludzkie postrzeganie, przełączyła się na to bardziej tajemnicze... zaczęła patrzeć sercem, nie oczami, i wsłuchiwać się w energię tajemnych tuneli... a magia przestała działać. Podążając za podszeptami ukrytych zmysłów, odnalazła wyjście i pokonała czarownicę. A teraz ja spróbuję zrobić to samo: pójdę z zamkniętymi oczami tam, gdzie według wszelkich zasad logiki powinno znajdować się przejście, i zobaczę, co się stanie.
Zderzysz się ze ścianą?, podsunęła niepewnie Khrimme, gdy wilkokrwista zaczerpnęła głęboko powietrza i postawiła stopę na kolejnym schodku.
Może i tak. Ale nie zaszkodzi spróbować. Najwyżej będę chodziła z wielkim guzem przez kilka następnych dni...
Ostrożnie postąpiła kolejny krok naprzód, i jeszcze jeden. Dokładnie badała każdy ze stopni, pofalowany i nierówny od śladów milionów stóp, żłobiących stopniowo w kamieniu coraz większe wgłębienia. Palce prawej dłoni sunęły po śliskiej powierzchni poręczy, zapach pasty do polerowania drewna wgryzał się w opuszki i linie papilarne...
Nie, żadnych zapachów! Tylko dotykowi można ufać. I słuchowi, ale temu wewnętrznemu, temu, który potrafił wyłapać głos Khrimme i wszystkie szelesty z tego dziwnego obok.
Tutaj było półpiętro. Zawahała się na chwilę, gdy stopa trafiła w próżnię, zamiast oprzeć się na kolejnym schodku. Ostrożnie posunęła dłonią dalej, dopasowując się do łuku, jakim zakręcała drewniana powierzchnia. Skóra zapiekła leciutko, liźnięta przez przesiąkające witrażem światło słońca, słuch zdekoncentrował się na krótką chwilę, wyławiając zewnętrzny odgłos Khrimme przeskakującej ciąg schodów i lądującej ze stukotem szponów tuż obok, słoneczny gorąc na ramionach zdmuchnął pęd powietrza wzburzonego wielkimi skrzydłami. Ostrożnie, nie trać skupienia, wilcza dziewczynko...
Na bogów, dlaczego jej wewnętrzny głos zawsze musiał gadać jak Kriggs von Eckhardt? Mało brakowało, a parsknęłaby śmiechem, wypuszczając z myślowych palców ledwo widoczną wstęgę właściwej drogi.
Dasz radę, wilcza dziewczynko. Przecież to właśnie ty zwykłaś sięgać po wszystko, czego ci nie wolno, prawda? Jeśli znajduje się tu przejście, to któż mógłby je odnaleźć, jeśli nie ty?
Właśnie tutaj powinna być ściana, która stanęła jej przed oczami wyobraźni, gdy Khrimme wspomniała o magii maskującej przejścia. Miejsce wyglądało bardzo podejrzanie już wcześniej – schody zakręcały zupełnie nagle i niknęły po lewej stronie portalowym przejściem, wsysającym każdego przechodnia, a następnie wypluwającego go na drewnianych, pomalowanych na głęboki wiśniowy kolor stopniach prowadzących w dół, aż pod wejście do biblioteki. Mało to jednak w Akademii było podobnych labiryntów? Owszem, Lhynne przesunęła wcześniej ciekawską dłonią po chłodnych kamieniach, wznoszących się litym murem dokładnie tam, gdzie powinna ciągnąć się klatka schodowa, ale nie poświęciła im wiele uwagi. Nawet jeśli znajdowało się tutaj przejście, można było bez cienia zawahania uznać, że zostało zamurowane, a to nie dziwiło, bo w wielu miejscach budynku tkwiły jemu podobne, zakończone w o wiele bardziej prowizoryczny sposób. Uznała wtedy, że z jakiegoś powodu drogę zablokowano, by korzystać od tego czasu z innej, ukrytej przed oczami uczniów. Być może schody zawaliły się ze starości pod ciężarem zbyt wyrośniętego smoka. Może zniszczono je jeszcze podczas walk toczących się w stolicy, gdy szalony król Vrarghr Lemarr bronił się ostatkami sił, a posłuszne mu Dzikie smoki paliły i rujnowały wszystko, oszalałe ze strachu swojego pana.
A może właśnie było inaczej – schody tam były, lecz zamaskowane za pomocą czystej magii. Zakazanej pierwotnej magii, za której użycie religijni fanatycy zwykli palić na stosie, wciąż zbyt silni i zbyt skutecznie porywający swoimi słowami tłumy, aby nawet sam Erghon Zdobywca mógł sprzeciwić się ich barbarzyńskim praktykom...
Tak, tutaj powinna być ściana. Ale jej nie było. Lodowate zimno zakłuło wszystkie zakamarki ciała, nawet te skryte pod powleczonym brudem i pajęczynami ubraniem, jakby Lhynne nagle wylał ktoś na głowę wiadro lodowatej wody, jakby stanęła pod przygniatającymi niemożliwym ciężarem strugami górskiego wodospadu, spływającego z wysokiej skały... Zatchnęło ją na moment, zgubiła oddech, zgubiła odpowiedni rytm serca, złożyła się wpół – bogowie, umieram? – lecz wszystko skończyło się równie nagle, jak przyszło, pozostawiając po sobie jedynie lekkie mrowienie skóry i dziwaczne łaskotanie w głowie, jakby ktoś smyrał ją delikatnym piórkiem po wnętrzu czaszki.
Nie wierzyłam, że to zadziała.
Gwałtownie wróciła do siebie i otworzyła oczy, odwracając się przez ramię. Khrimme rozglądała się wokół ślepiami szeroko otwartymi z zaskoczenia, jej źrenice były tak wąskie, że aż prawie niewidoczne.
– Ja chyba nadal nie wierzę – wykrztusiła, z trudem przeciskając głos przez zaciśnięte gardło.
Właściwe schody, mające kończyć się na kamiennej ścianie, znajdowały się tuż za nią – wystarczyło zrobić jeden krok w tył, aby ponownie znaleźć się na niewielkim podeście, z którego skręcało się w portal i korytarz prowadzący do biblioteki. Smoczyca wciąż tylnymi łapami stała na niezamaskowanych stopniach, a jej ogon sięgał niemal do półpiętra z witrażem, przypiekany przez słoneczny blask. Jednak jej łeb i cała Lhynne znalazły się właśnie tam, gdzie jeszcze przed momentem znajdowała się niemożliwa do przebycia ściana.
Czyli jednak to nie była głupia bajka? Dzika przechyliła niepewnie łeb, kładąc pokornie kolczasty grzebień na karku, jak skrzyczany pies tulący uszy do czaszki.
Jednak Mądra Waryenna jest o wiele mądrzejsza, niż można by przypuszczać, szepnęła Lhynne i ostrożnie ruszyła naprzód, próbując nie zastanawiać się nad tym, jaki efekt przyniosły jej działania. Jeśli bariera zniknęła całkowicie, jeśli przełamała ją na dobre nie tylko dla własnych zmysłów... Cóż, w takim wypadku wyższe piętra nie pozostaną długo taką tajemnicą, jak do tej pory.
Zapraszający ją ciąg kamiennych stopni był o połowę krótszy niż poprzednie i prowadził do stosunkowo krótkiego korytarza o podłodze wyłożonej starymi deskami i ścianach w znajomej barwie ognia, lecz nie wymalowanej, a osiągniętej tapetą w subtelnie tłoczony wzór, w wielu miejscach odchodzącą już ze starości, zwijając się jak smocza wylinka, z tym że zamiast świeżych, lśniących łusek, odsłaniała nagie kamienne ściany, pozieleniałe od wszędobylskich porostów, znajdujących doskonałą pożywkę w tysiącletniej wilgoci. Wzorzysty chodnik, tak brudny od kurzu, że ciężko było choćby określić dominujący go kolor, ciągnął się do samego końca, do ślepej ściany ozdobionej poczerniałym całkowicie portretem, gdzie skręcał w lewo, w niewidoczne z miejsca Lhynne przejście. Po obu stronach zapraszały drzwi do pokoi lub dawnych sal lekcyjnych, obramowane ozdobnymi ościeżnicami rzeźbionymi w symetryczne kwiaty o niezliczonych płatkach.
Zawahała się, lecz Khrimme zaraz zawarczała głęboko nad jej głową:
Chodźmy dalej. Jeśli coś się tutaj czai, spłonie szybciej, niż pomyśli, że mogłoby cię zaatakować.
Uśmiechnęła się pod nosem. Mgielne Ostrze śpiewało, prosząc, aby pozwoliła mu się wyłonić, lecz nawet ono nie było potrzebne, gdy miała tu smoka...
A może Mgielne Ostrza, gdy znikały, znajdowały się właśnie w tym przedziwnym świecie obok, z którego właśnie kolejny raz jakimś sposobem zaczerpnęła siły, energii i mądrości? Zdecydowanie należało poruszyć ten temat, jak tylko przyjdzie jej ponownie porozmawiać z Mglistymi Rycerzami dłużej niż tylko dla wymienienia uprzejmości podczas królewskiej uczty.
Szybko pokonała stopnie i ruszyła korytarzem, starając się nie zwracać wielkiej uwagi na kłęby kurzu, unoszące z barwnego włosia pod jej stopami za najlżejszym muśnięciem. Khrimme wahała się dłużej, lecz szybko dogoniła ją niewysilonym kłusem, szeroko rozwierając nozdrza i nadstawiając lekko kolczastych uszu, aby wyczuć lub dosłyszeć ewentualnego wroga, nim ten ukaże jej się w pełnej okazałości, lecz Lhynne była spokojna. Dlaczego? Sama nie wiedziała, ale jakimś dodatkowym zmysłem – zmysłem typowo wilczym lub okruchem niewygasłych jeszcze do końca zmysłów odczuwających świat obok – wyłapywała wszystko, co potrzebne było, aby stwierdzić, że były tutaj same. Cokolwiek kryły wyższe piętra, nie było to nic żywego. Przez chwilę kusiło ją, aby przemienić się w wilka, by łatwiej wychwycić wszelkie zmiany aury, lecz po cóż to było, skoro miała dostęp do wszystkich zmysłów smoczycy, równie czujnych jak wilcze? Tylko nawdychałaby się niepotrzebnie kurzu, opuszczając łeb w stronę tego burzowego chodnika za każdym razem, gdy coś by ją zainteresowało.
Barwna, zakurzona wstęga zaprowadziła ją w miejsce, którego się spodziewała: do kolejnych schodów. Nie były już tak okazałe, znacznie węższe od głównych i drewniane, lecz zaczynały się bogato rzeźbionym portalem z ciemnego drewna, formowanym w ziejące ogniem smoki i kolczaste pędy pnących się roślin, oświetlone zaś były blaskiem padającym z umiejscowionego na półpiętrze okazałego witraża, którego niesamowicie drobne szkiełka układały się w motyw drzewa o złotych owocach i pniu porośniętym korą przypominającą smocze łuski.
Zanim tam weszła, zawróciła i spróbowała po kolei klamek wszystkich pokoi, lecz żadna nie chciała się obrócić. Nie wiedziała, dlaczego aż tak ją to zaskoczyło, lecz ponaglana bulgotem gotującym się w gardle Dzikiej, zaatakowała wreszcie drewniane schody, krzywiąc się na ich spazmatyczne skrzypienie. Wolała nawet nie patrzeć na podążającą krok w krok za nią smoczycę, pewna, iż konstrukcja się zawali, ledwie odczuje jej ciężar... a jednak jakimś cudem dotarły piętro wyżej bez zbędnych przygód. Kolejny obłędnie zdobiony portal wypluł je na wysokim korytarzu, mlecznym i dławiącym od unoszącego się wokół kurzu, lecz na tyle fascynującym, by Lhynne odechciało się wycofywać.
Stosunkowo wąski, lecz tak długi, że biec musiał przez całą długość głównego budynku Akademii, był wysoki aż do surowego, drewnianego poszycia dwuspadowego dachu i skrzył się perłowo pudrowym różem pięknej tapety, tak doskonale czystej, że wyglądała jak wnętrze wyrzuconej na brzeg egzotycznego morza muszli, jak drogocenna perła z naszyjnika szlachcianki, za którą kupić można byłoby sporą dzielnicę stolicy. Odruchowo uniosła dłoń i przesunęła wrażliwymi palcami po wypukłych mazańcach, przypominających fałdy źle nałożonej i zastygłej farby, ewidentnie mających jednak fakturę cieniutkiego, delikatnego jak tchnienie materiału. Bogowie, czegoś tak doskonałego nie powinno się dotykać w obawie, że już sama wilgoć oddechu zdoła zasiać nieuchronne zniszczenie...
Po jednej stronie korytarza, graniczącej z klatką schodową, znajdowało się coś w rodzaju muzeum – a przynajmniej tak się to Lhynne skojarzyło. Obrazy w bogato zdobionych ramach przedstawiały postaci, których nie potrafiła rozpoznać, nawet jeśli z poczerniałych smug barwnej emulsji wynurzały się twarze o wciąż wyraźnych rysach. Co parę metrów natrafiała na meble – różnej wielkości stoliki, komody i witrynki, wszystkie z ciemnego drewna rzeźbionego pyszniej niż najpiękniejszy, najbardziej kunsztowny ołtarz, jaki kiedykolwiek widziała, a na nich, w niewielkich szklanych gablotkach, pokrytych miękką warstwą kurzu, spoczywały przedmioty: biżuteria wysadzana drogocennymi kamieniami, ozdoby do włosów zdobione macicą perłową i porcelaną, naczynia malowane w historyczne sceny, drewniane szkatuły i kuferki w kwiatowe wzory, kieszonkowe zegarki o kopertach, na których w jednej miniaturowej płaskorzeźbie zawierały się panoramy największych miast Ragharranu...
Za jedną taką rzecz urządziłabym się do końca życia, mruknęła w myślach, muskając szybę okazałej witryny, za którą błyskały w słabym świetle rzędy pierścionków ze złota i srebra. Odmian szlachetnych kamieni było tam tyle, że nie zdołała nawet ich wszystkich nazwać.
Twoje życie będzie bardzo długie, parsknęła Khrimme, kichając zaraz od cisnących się do nosa tumanów kurzu, wzburzonych oddechem. Albo nawet nieskończone. Nie pozwolę ci przecież umrzeć, a skoro masz ten dziwny miecz...
Skrzywiła się nagle i cofnęła dłoń. Miłość Khrimme poruszyła coś... jakieś dziwne uczucie, jakiś żal, gnieżdżący się wciąż koło serca, niedostrzegalny, nim nie urósł do niewytrzymania...
Ach, tak. Ten pomarańczowy smok. Ból w sercu tkwił, odkąd spojrzała mu w ślepia, odkąd zobaczyła, jak odpycha go własny jeździec. Dziwne, przecież to nie była jej sprawa, przecież miała prawo złościć się na nich obu – i złościła się nadal, krew wciąż wrzała w jej żyłach, szept Ostrza wciąż był zbyt głośny, a jednak...
On niczemu nie zawinił, szepnęła Khrimme. Ten smok.
No właśnie. Odruchowo wyciągnęła dłoń, a smoczyca szybko wcisnęła w nią gorący nos, mrużąc oczy i poddając się całkowicie pieszczocie.
On go odepchnął, syknęła ze złością, jakiej nie dało się poznać po przymkniętych z lubością ślepiach.
Odepchnął, potwierdziła cicho. Z nienawiścią, jeśli mogę pokusić się, aby to tak nazwać.
Tak, to była nienawiść. Ale... dlaczego?
Nie wiem. Nie rozumiem. Jak można nienawidzić swojego smoka? Przecież... my jesteśmy jednym. Kocham cię, odkąd pierwszy raz zobaczyłam jajo, w którym siedziałaś. Ja pokochałam to burzowe jajo, spałam z nim pod kołdrą, by je ogrzać, troszczyłam się, myślałam wciąż o nim... Nosiłabym je nieustannie przy sobie, gdyby tylko nie było tak ciężkie. A potem, gdy zobaczyłam cię pierwszy raz...
Zdemolowałam ci całe mieszkanie.
A ja nawet nie byłam przez to zła.
Przestraszyłaś się barwy moich łusek.
Oczywiście, że tak. Ale dlatego, że od razu pokochałam cię tak bardzo, że nie mogłam znieść myśli, że coś... może być z tobą nie tak.
Nic nie jest ze mną nie tak! Jedno oko uchyliło się, zdradzając oburzenie. Po prostu jestem Dziką. W połowie.
Wiesz, co mam na myśli. Przestraszyłam się, bo zaświtało mi w głowie, że ktoś może zechcieć zrobić ci krzywdę. A ja bym tego nie zniosła, w jednej sekundzie stałaś się całym moim światem.
Nawet jeśli na początku nie wiedziałaś, jaką mam płeć. Zaśmiała się łagodnie.
A kto by wiedział? Kriggs von Eckhardt miał odpowiednie doświadczenie, by to rozpoznać, ale nie znam nikogo oprócz niego, kto zorientowałby się w płci smoczego pisklęcia, zanim to mu się przedstawi.
W każdym razie ten pomarańczowy...
Pomarańczowy został odepchnięty przez swojego jeźdźca. Nie wiem, co byś musiała zrobić, abym mogła potraktować cię tak...
Z takim obrzydzeniem.
Jak można brzydzić się swojego smoka? To jest w ogóle możliwe?
Podobno ludzie potrafią brzydzić się samych siebie. A jesteśmy jednym.
Ale to coś zupełnie innego. Smok jest... inny. Smok nie jest mną. Ty nie jesteś mną. Ty jesteś częścią mnie, ale tą bezwarunkowo doskonałą, tą najlepszą, tą bez żadnej skazy. Obojętnie, jak nienawidziłabym siebie, ciebie znienawidzić bym nie umiała. Jeździec bez smoka umiera!
A smok bez jeźdźca cierpi. Wielki łeb przylgnął do boku Lhynne, jego rozkoszne ciepło promieniowało na całe ciało.
On naprawdę mi... zazdrościł? Zazdrościł, że wybrał mnie smok z domieszką krwi Dzikiego?
Ja też to od niego czułam.
Nie zakładajmy nic, dopóki nie dowiemy się, jaka jest prawda...
Lecz jaki inny miałby być powód tych wypadków? On cię zaatakował. On czuje obrzydzenie do swojego smoka. On... Khrimme utopiła dalsze słowa w przypływie przekleństw i wypuściła kilka iskier spomiędzy kłów.
Szkoda mi tego smoka, Khrimme.
Mi też, Lhynne.
Chwilę trwały tak w przesyconym kurzem półmroku, skupione na własnych oddechach i niespiesznym tempie własnych myśli. Na wątpliwościach i obcych demonach, których nie potrafiły rozpoznać... Na całe szczęście smocza niecierpliwość dała o sobie znać, zanim zdradliwe szczypanie w kącikach oczu przerodziło się w łzy dyktowane wilczą empatią.
Idziemy dalej? Khrimme trąciła kobietę nosem, popychając głębiej w korytarz. Chcę wiedzieć, co tam jest!
Lhynne ostatni raz podrapała ją za uchem i rozejrzała się uważnie wokół, szukając źródła światła. Witrażowy blask z klatki schodowej nie sięgał daleko, a zakurzone światło wpadające przez maleńkie świetliki w wysokim spadzistym stropie wystarczało jedynie do tego, aby dostrzec zarysy mebli i nie potknąć się o nic po drodze. Z potężnych drewnianych belek zwieszały się wprawdzie niewielkie żyrandole o krystalicznych szkiełkach, lecz zatknięte w nich świetlne kule wyglądały na całkowicie wyczerpane lub uruchamiane mechanizmem, którego nie dostrzegała...
Zdławiła okrzyk, gdy Khrimme dmuchnęła w jeden z nich ogniem. Błysnęło, trzasnęło na samej krawędzi słyszalności, blask rozgorzał we wszystkich żyrandolach po kolei, aż do samego końca korytarza, niknącego w kurzowej mgle.
– Na bogów, Khrimme, co ty robisz?! – krzyknęła Lhynne, nie przejmując się już tym, że ktoś, kto dosłyszałby jej głos, mógłby skierować się tutaj po ich śladach.
Zapalam światło. Khrimme oblizała się beztrosko i przymrużyła jedno oko, przez co wyglądała jak człowiek unoszący pytająco brew.
To jest przedwieczny zabytek! A jakbyś je zniszczyła?! A jakbyś podpaliła budynek?!
Ale nic się nie stało, więc nie ma o czym dyskutować.
Wilkokrwista zacisnęła dłonie w pięści i głębokim oddechem zmusiła się do zachowania spokoju. Smoczyca coraz mocniej kojarzyła jej się z nastolatką wkraczającą w okres buntu...
Albo tym, jak powinna taka wyglądać – nie poznała żadnej na tyle dobrze, by móc to oceniać, a okres własnego młodzieńczego buntu spędziła w burzowym lesie, w większości w wilczym ciele.
Od kiedy w ogóle świetlne kule działają podgrzane smoczym ogniem?, spytała wreszcie, interesując się o wiele istotniejszą kwestią. Przypatrzyła się sceptycznie krystalicznym żyrandolom, których szkiełka rzucały na piękną tapetę tęczowe refleksy, lecz wisiały zbyt wysoko, by mogła dojrzeć szczegóły wprawionych w nie szklanych form.
Nie znam się na świetlnych kulach.
Ja też, ale wiem o nich wystarczająco wiele, by mieć pewność, że rozpala się je gestem, a ładuje jedynie magią Luminatów. Ludzie latami szkolą się w Aspekcie Światła, by umieć to robić.
W takim razie to jakieś dziwne kule.
Jęknęła bezradnie, lecz musiała przyznać, że jedynie to wyjaśnienie miało jakikolwiek sens. Tak, to musiały być wyjątkowo dziwne kule...
Po lewej stronie korytarza, naprzeciwko pięknych mebli i zgromadzonych na nich dzieł, znajdowały się zamknięte drzwi do pomieszczeń. Ostrożnie stawiając stopy na drewnianej podłodze, podeszła do pierwszych i bez specjalnej nadziei nacisnęła klamkę odlaną w kształt głowy smoka. Zamarła na chwilę z zaskoczenia, gdy zamek ustąpił, a zawiasy skrzypnęły przeraźliwie. Prawie słyszała trzask rozrywających się pajęczyn, spowijających ościeżnicę, ustępujących pod naporem ruchu i delikatnego falowania powietrza.
Wszystkie poprzednie były zamknięte, szepnęła w myślach, zamierając w chwili, gdy szpara między drzwiami a futryną wyniosła niewiele więcej ponad szerokość dłoni.
Może tutaj nie ma nic wartościowego, podsunęła Khrimme.
Albo siedzi tutaj magia na tyle zjadliwa, by zdołać obronić zawartość pokoju przed ciekawskimi, nawet gdy zamek jest otwarty, przemknęło kobiecie przez myśl, lecz pozwoliła, by słowa zawisły tam, gdzie rozwiewały się wszystkie nieuformowane wystarczająco, aby przemienić się w telepatyczną mowę. Smoczyca przecież i tak znała wszystko, co tkwiło w jej głowie, obojętnie jaką formę przybrało.
Bzdura, żachnęła się nad jej głową, parskając dymem. Wyczułabym magię.
Tak samo, jak wyczułaś tą, która ukrywała przejście?
Wypraszam sobie! Kły błysnęły w blasku świetlnych kul, podszyte tęczą krystalicznych szkiełek. Przecież naprawdę ją wyczułam!
Domyśliłaś się, a nie wyczułaś.
A ty się niepotrzebnie czepiasz szczegółów. Miałam rację? Miałam.
No dobrze. Bez ryzyka nie ma zabawy. Lhynne w myślach policzyła do dziesięciu, ułożyła w razie czego lewą dłoń w takiej pozycji, by bez trudu móc przywołać Mgielne Ostrze, i pchnęła drzwi mocniej.
Pomieszczenie było wysokie, choć nieduże, znacznie mniejsze od sal wykładowych na piętrach poniżej. Od razu, gdy drzwi otworzyły się na całą szerokość, blaskiem zapłonął zwieszający się z sufitu kuty żyrandol, jakby zaraził się światłem z korytarza, a opromienione ciepłą poświatą meble szybko ściągnęły uwagę, jaką Lhynne mogłaby mu poświęcić. Po lewej stronie znajdowały się biurko, zawalone papierami pożółkłymi ze starości, i kominek tak ogromny, że bez trudu mogłaby pościelić sobie w nim łoże. Oprócz nich ściany aż do wysokiego sklepienia dominowały regały wypełnione po brzegi starymi księgami o kolorowych grzbietach i skrzące się kusząco różnobarwne szklane słoje. Podłoga z surowego drewna nagle zalśniła i zatańczyła...
Wilkokrwista skuliła się i przez chwilę myślała, że upadnie, gdy oszalał jej błędnik. Cienie zadrgały i przesunęły się, a następnie umknęły zwinnie z zasięgu Mgielnego Ostrza, sztychem wyciągniętego w...
Kominek? Och, bogowie, na kominku nie wiadomo jakim cudem zapłonął nagle ogień. Stare drewniane pieńki, zgromadzone w eleganckim stosiku w samym środku, zajęły się nagle iskrą i to ich migoczący blask wprawił cienie w taniec, myląc wilczą orientację i wprawiając serce w szaleńcze bicie.
Khrimme!, ryknęła w myślach, bo gardło miała nadal zbyt ściśnięte strachem, aby wydobyć z siebie głos.
No co? Smoczyca przechyliła łeb, otwarcie się z niej śmiejąc. Rozwidlony język wysunął się spomiędzy kłów i na chwilę zwinął w przedziwną spiralę.
Czy to było smocze robienie min? Nawet nie wiedziała, jak to skomentować.
Jeśli komin jest zatkany i się tu przez ciebie udusimy... Pozwoliła, by groźba zawisła w myślach.
Nie jest zatkany, słyszę, jak gwiżdże w nim wiatr. Smoczyca zupełnie po ludzku przewróciła oczami.
Naprzeciwko znajdowały się kolejne drzwi, nieco wyższe od tych, którymi dostała się do pokoju, i pomalowane łuszczącą się zieloną farbą, spod której wyzierało poszarzałe ze starości drewno, lecz zanim do nich podeszła, Lhynne sięgnęła po pierwszą z brzegu książkę na regale. Chwilę ważyła ją w dłoniach, przyglądając się jednocześnie kolorowym słojom, lecz nie umiała rozpoznać, co pływa w wypełniającej je cieczy, otworzyła więc tom. Strona tytułowa była pusta, przewróciła więc kilka kartek, wypełnionych przedziwnie zdobionym odręcznym pismem. Nie umiała rozszyfrować niepotrzebnie udziwnionych liter, musiałaby poświęcić im znacznie więcej czasu i skupić się w lepszym, stałym świetle, przekartkowała więc to coś, co stanowiło najwyraźniej pierwszy rozdział, i zatrzymała się dopiero na wyrysowanej tuszem innej barwy tabeli. Kartki aż chrzęściły w dłoniach, tak stare były, a odrysowane niedbale linie...
Zaraz.
Co to jest? Wielki łeb Khrimme, która nie zdołała zmieścić się do pokoju, zawisł wilkokrwistej tuż nad ramieniem. Smocze oczy wbiły się w pożółkłe kartki, choć równie dobrze widziały je w myślach jeźdźczyni.
Lhynne chwilę wpatrywała się w tabelę, nie wiedząc, co powinna odpowiedzieć. W jakie słowa ubrać coś, co nie wiadomo, czym właściwie było? Nazwy nadawały wielką moc, pozwalały zyskać władzę nad nazwanym... lecz nie dało się nadać nazwy czemuś, co stanowiło tak złożoną tajemnicę.
Ostrożnie zamknęła książkę. Sama nie wiedziała dlaczego, ale położyła na niej troskliwie dłoń, jakby tym krótkim gestem chciała przeprosić wiekowy papier za zakłócanie mu spokoju. Pojęcia nie mam, co to jest... ale wygląda zupełnie jak wyliczenia, które widziałam w Instytucie, zanim z niego uciekłam.
Khrimme parsknęła i wyprostowała się, zawadzając jednym z rogów o żyrandol.
Instytut... Po moim trupie! Nie będziesz mieć z nimi nic więcej do czynienia, a ja nie puszczę cię tam już nigdy!, zapowiedziała ze złością.
Nigdzie się nie wybieram. Ale wydaje mi się, że powinnam to pokazać Kriggsowi.
Smoczyca zaburczała głęboko, lecz nie zaprotestowała, gdy dziewczyna chowała starą książkę do torby z podręcznikami. Obie zerknęły jednocześnie w stronę wciąż zamkniętych kolorowych drzwi...
Następnym razem, obiecała Lhynne cicho. Straciłyśmy już chyba jeden wykład. Jak tak dalej pójdzie, Rhienne Bhardo każe nam znaleźć sobie innego protektora.
Tylko to jedno przejście, nęciła Khrimme żałosnym tonem. Nie mów, że ty nie chcesz wiedzieć, co tam jest...
Tych przejść może tu być jeszcze całkiem sporo.
Jedne drzwi. To naciśnięcie jednej klamki i lekkie pchnięcie. Tylko tyle. Żaden wysiłek.
Westchnęła ciężko i uległa. Bo i jak miałaby nie ulegać, skoro podobna ekscytacja ściskała jej wnętrzności, wprawiając je w paskudne, niemożliwe do wytrzymania łaskotanie? Ignorując skrzypienie podłogi, podeszła do zielonych drzwi i nacisnęła ich klamkę – już nie tak zdobną jak ta, dzięki której dostała się tu z korytarza, lecz równie solidną. Coś trzasnęło sucho, szczęknęło metalicznie i kolejne drewniane wieko ustąpiło, budząc kurzowe tornado. Przygasający ogień w kominku zatańczył spazmatycznie, jakby wstrząsnęły nim przedśmiertne drgawki.
Za drzwiami mieściła się biblioteka. Niezmierzona, ogromna, nieskończona – bogowie, przynajmniej dwukrotnie większa od tej dostępnej dla studentów, niknąca daleko w mroku. Wysokie regały pękały w szwach od stosunkowo cienkich książek, łudząco podobnych do tej ciążącej w torbie Lhynne.
Kurz chrzęścił jak miażdżony podeszwami butów piasek, gdy podeszła bliżej i niecierpliwie wyciągnęła jedną z książek. Tak, to były dokładnie te same wykresy. Skomplikowane tabele, obliczenia – i te dziwne, mieniące się w oczach litery...
Nie podoba mi się to, warknęła Khrimme.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz